arturpalyga.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
arturpalyga.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - arturpalyga.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Paryż 1

  

W Paryżu za pierwszym razem było śmiesznie, bo nie mogliśmy znaleźć wieży Eiffla. Wiadomo, jak większość Polaków wyobrażaliśmy sobie, że to jak z warszawskim Pałacem Kultury, który stoi w środku miasta i jest znakomicie widoczny z otaczających Śródmieście dzielnic. No więc w Paryżu tak nie jest.

Ten pierwszy raz to było pierwszego dnia, kiedy wjechaliśmy do Francji i kiedy po drodze do Bretanii postanowiliśmy wpaść na lody do Paryża. Ustawiłem GPS na Montmartre, bo była to pierwsza paryska ulica, jaka mi przyszła na myśl i byłem pewien, że jest w centrum. Wjeżdżało się przyjemnie, jadąc wzdłuż Sekwany przy tak francuskiej muzyczce z radia, jak tylko sobie można wyobrazić - akordeonik i bard. Do tego słoneczko, więc przyjemnie. Tylko po pierwsze wąskie uliczki,gdzie te szerokie aleje barona Haussmanna??? Gdzie Eiffel Tour??? No i wreszcie gdzie tu, do diaska, zaparkować? Są! Wolne miejsca! Jakieś dziwne urządzenia obok. NIe, to nie parkomaty. W końcu się domyślamy. To są miejsca doładowania dla elektrycznych samochodów, których trochę jeździ po Paryżu. No trudno, po półgodzinnym krążeniu przy Montmartre stanęlśmy najprawdopodobniej nielegalnie na chodniku i fru na lody i kawę. Akurat nam się trafił za rogiem Kościół Świętej Trójcy słynący z muzyki i muzyków.Tu odprawiano pogrzeby Rossiniego i Berlioza, a do 1992 roku organistą był tu Olivier Messaien. No i proszę sobie wyobrazić, kogo spotkaliśmy wówczas pierwszego dnia we Francji? Mianowicie młodzież w koszulkach z napisem Cracovie wyjeżdżającą do Krakowa na Światowe Dni Młodzieży. Tu się zbierali i stąd wyruszali. Wypiliśmy wymarzoną kawkę na placu Sainte Trinite i z powrotem do auta z radością, że nie ma mandatu.

A teraz drugi raz. Od południa. Od tej strony wieżę Eiffla widać z daleka. Objeżdżamy ją. Tak jak wtedy nie mogliśmy jej znaleźć, tak teraz krążymy wokół niej, mijając ją o 20 metrów, gdyż nie ma gdzie zaparkować. O dziwo nagle przy jednej ulicy dojazdowej są wolne miejsca parkingowe. Zadowoleni wysiadamy. Parkomat. Merdre! Cztery euro za piętnaście minut!!!! Wsiadamy z powrotem. I tu posłuchaj rady samochodowy podróżniku, podjedź od strony Pola Marsowego. Ja tak uczyniłem. Podjechałem pod samo Pole Marsowe i był parking po cztery euro za godzinę, uff, to już przełkniemy. Czterokrotnie taniej niż dwieście metrów dalej.

Na Polu Marsowym tłum ludzi piknikujących na trawce. Pomiędzy nimi przechadzają się czarnoskórzy sprzedawcy z małymi, chińskimi wieżyczkami Eiffla. Co jakiś czas przechodzą uśmiechnięci żołnierze lub żołnierki z karabinami maszynowymi, trzymając palec na spuście. Długa kolejka do kontroli przed wejściem do wejścia na wieżę. Ale szybko idzie. Bramki, prześwietlanie bagaży, jak na lotnisku. Druga kolejka do kasy, też szybko. Dopiero przed samą kasą zorientowaliśmy się, że to kasa z biletami do wchodzenia po schodach. Na windę z drugiej strony placu. No ok, to wejdziemy po schodach.

Wieża z bliska wygląda delikatnie. W słońcu wygląda jak utkana ze złotej koronki. To już jednak babcia.

Wchodzimy z entuzjazmem, Mikołaj też. Zakręt, zakręt, zakręt. Widzimy ludzi zakrywających oczy, bo tak wysoko. Dochodzimy do piętra z kawiarniami i z kinem. I tam jest najlepsze! Fragment szklanej podłogi. Pod nogami widzi się wysokość. Wspaniałe wrażenie!

Idziemy dalej. Minęła chyba już godzina tej wspinaczki. Mikołaj, o dziwo, mimo swych niecałych czterech lat, maszeruje po schodach z niegasnącym entuzjazmem. Drugi i ostatni poziom z kawiarniami i z tarasem przyprawiającym o lekki zawrót głowy. Zaczynam przeliczać czas, w jakim możemy pokonać resztę odległości do wierzchołka plus schodzenie w dół. Nie wyrobimy się. Nie mamy szans zdążyć przed godziną, do której jest opłacony parking. Trudno. Tym razem nie zdobędziemy wieży Eiffla całkowicie pieszo. Ostatni, trzeci etap pokonujemy windą.

Na szczycie straszny wiatr. Zimno. Paryż u stóp. W minibufeciku sprzedają niesłychanie drogie wino na lampki. Pary kupują sobie po dwie lampki i sączą, robiąc sobie selfie.

Ciekawe, przy wszystkch tych środkach bezpieczeństwa, jak łatwo wystawić rękę z czubka wieży i zrzucić coś na dół, choćby kieliszek z winem.

Obeszliśmy dookoła, zjechaliśmy na trzeci poziom i dalej siu po schodach w dół. Można dostać kręćka.

Na dole siedzi stary murzyn, który każdemu pokazuje wyjście.

Dorzucam kasę za parking, przekraczamy Sekwanę i idziemy przez Plac Warszawski, na którym stoi pomnik żołnierzy polskich walczących o wolność Francji, na plac Trocadero, słynne Trocadero. Ładnie stąd widać wieżę. Dlatego Hitler tu sobie zażyczył mieć sesję fotograficzną po zdobyciu Paryża.

Cholera, 3:38. Kończę. CDN

2016-08-27 | Dodaj komentarz
Rajmund Pollak
2016-08-27 14:30:56
Szanowny Panie Arturze. Powinien Pan lepiej przygotować się do opisu Paryża. - Po pierwsze, to MONTMATRE, to nie jest (jak Pan twierdzi) ulica lecz malownicza, jedna z najpiękniejszych dużych dzielnic, która stanowi samodzielny XVIII kwartał ( okręg) wewnątrz Paryża. - Po drugie, to BOULEVARD BARONA GEORGES EUGENE HAUSSMANN'a nie jest aż tak szeroki jak Pan sugeruje i nie znajduje się aż tak blisko la Tour d' Eiffel. -Po trzecie, to chyba pogubił się Pan w stolicy Francji. Pozdrawiam
arturpalyga
2016-08-27 22:09:09
No dzielnica, dzielnica. Tak, tak. Też się właśnie zdziwiłem, że nie tak szerokie. Nie mam myśli tylko ulicy nazwanej imieniem szanownego barona, ale wszystkie te aleje, które na jego zlecenie przeprowadzono podczas wielkiej przebudowy centrum Paryża w XIX wieku.
Komentarzy (0)

Boissy-le-Cutte

  

Jesteśmy czterdzieści trzy kilometry na poludnie od francuskiego punktu zero w Paryżu. Punkt zero jest oznaczony na drodze, znajduje się w południowym Paryżu przy katedrze Notre Dame. Od niego liczy się odległości drogowe we Francji, gdy podaje się dystans do stolicy.

Boissy-le-Cutte to niewielka miejscowość zamieszkana przez ponad tysiąc osób, z których, jak sądzę, większość pracuje w Paryżu. Nazwa miasteczka pochodzi od bukszpanu.

Przyjmuje nas tu Sebastien, informatyk i wykładowca w szkole w Paryżu. Mieszka sam w starym domu. Ma kury, króliki i kota. Oraz parę grządek warzywnych przy domu. Czeka na nas z wieczornym obiadem. To kolejny facet tutaj, który nam gotuje. Pierwsze danie po francusku, czyli pokrojone pomidory i tyle. Same pomidory. Saute. Potem jakieś sery i makaron. To druga część pierwszego dania. Wreszcie z pieca wyjeżdża danie główne - duży, zapiekany omlet z jaj od kur przydomowych. Oraz wino, którego Sebastien nie pije.

- Nienawidzę wina - mówi. Twierdzi, że Francuzi w zasadzie już nie piją wina do posiłku, że ten zwyczaj zaniknął. Że jeszcze starsi ludzie go pielęgnują i tyle. Nie mogłem uwierzyć. Sprawdzałem potem w necie, w danych statystycznych. Rzeczywiście! Tylko co dziesiąty Francuz pije jeszcze wino do posiłku, a ta liczba maleje. Ciekawe. Picie francuskich win natomiast, jak wynika z danych, staje się zwyczajem chińskim. Tysiące litrów wina eksportuje się rokrocznie z Francji do Chin.

Omlet u Sebastiena spożywamy z Chinką, która też trafiła tu przez kontakt w necie. Chinka studiuje biznes w Bostonie i przyjechała pozwiedzać Europę. Jest dynamiczna, chętnie dyskutuje, znakomicie mówi po angielsku i bardzo się ciekawi, skąd i kim jesteśmy. Od razu wyszukuje w smartfonie Bielsko-Białą, ogląda zdjęcia, czyta. Znów bardzo poważnie rozmawiają z Jasiem. O jego zainteresowaniach, o koniach. Bez cienia protekcjonalizmu, bez poklepywania po plecach itp. To jest bardzo fajne i pouczające.

Rozmawiamy o Paryżu, do którego chcemy się stąd wybrać. Chinka kolejny dzień jeździ stąd zwiedzać Paryż. Poleca nam cmentarz Pere Lachaise, ten na którym jest m.in. grób Fryderyka Chopina i Jima Morrisona.

- To bardzo spokojne i piękne miejsce - mówi.

Nieunikniony temat - zamachy terrorystyczne. Czy w Paryżu jest bezpiecznie. Czy może teraz lepiej tam nie jechać.

- Ja tam jeżdżę codziennie do pracy - uśmiecha się Sebastien. - Jak miliony ludzi. To są wypadki.

To, że zdarzają się wypadki drogowe i karambole, a po ulicach jeżdżą pijani, nie powoduje, że ruch drogowy zamiera, i nikt się nie zastanawia, czy z tego powodu nie przestać poruszać się po ulicach.

- Poza tym - kontynuuje - sądzę, że turystyczne miejsca w Paryżu, jak wieża Eiffla, czy Luwr to są teraz najbezpieczniejsze miejsca w całej Francji, bo żadne inne nie są tak strzeżone.

Rozmawiamy jeszcze o muzułmanach. O tym, że więcej jest tych muzułmanów we Francji, którzy jako francuscy wojskowi bombardują Państwo Islamskie niż tych, którzy się na niego powołują.

O zabiciu księdza w Normandii.

- Jestem ateistą - mówi Sebastien. - Ale mną też to mocno wstrząsnęło. Jakaś granica została przekroczona.

Nie mówi jednak, że zabili go muzułmanie. Zabiła go para nastoletnich chłopców powołujaca się na ISIS, z którym Francja prowadzi otwartą wojnę.

To kolejna taka rozmowa tutaj.

2016-08-24 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Couture-sur-Loir

  

Słońce wczoraj się wkradło między nas przy stole,
By znienacka w twe oczy zajrzeć opuszczone.

Pierre de Ronsard (tłum. M. Wronicka)

Do miejsca urodzenia Ronsarda trzeba zjechać z autostrady i jechać kilkadziesiąt kilometrów wąską drogą przez szerokie pola, mijając charakterystyczne dla Francji stada białych krów. Jesteśmy pomiędzy Bretanią, a Paryżem, w sercu kraju. Pola, pola, pola i krowy. O zachodzie słońca dojeżdżamy do Couture sur Loir, maleńkiej miejscowości, w której urodził się książę poetów, francuski Jan Kochanowski, twórca na wieki słynnej renesansowej grupy poetyckiej Plejady.

Stajemy pod kościołem. Stary, piękny kościół. Czynny. Przychodzi tu na niedzielne msze mieszkający w pobliżu Valery Giscard d"Estaing, były prezydent Francji.

Podjeżdża po nas, poznany przez internet, Brice, który gości nas u siebie. Brice ze swoją brodą wygląda morsko. I faktycznie jest kapitanem żeglugi morskiej. Niedawno przypłynął z rejsu i za parę dni znów wypływa. Mieszka tuż koło zamku Ronsarda. Jego stary dom przylega do wysokiej wapiennej skały. W skale są pieczary. Od stuleci ludzie tutaj z tej skały brali materiał na swoje domy. Zamek Ronsarda też z tej skały. W skale też piwniczka na wino.

Brice mieszka z psem. Dzieci już odchowane, wyjechały do Paryża. Dzieci Brice'a pochodzą z Polski. W latach osiemdziesiątych był w Gdańsku i adoptował trójkę dzieci z domu dziecka.Opowiada nam o tym przy wyśmienitym wieczornym obiedzie, który dla nas przygotował. Obiad według francuskiego porządku,czyli najpierw przekąski, potem danie główne, potem deser. Szaszłyki, sery białe i żółte, pleśniowe wędliny, lody no i wino z piwniczki.

W domu jest sporo książek. Poukładane są tematycznie. W jadalni - marynistyka. W innym pokoju - literaturoznawstwo, w innym - poezja.

Po obejrzeniu zdjęć z rejsów morskich rozmowa nieuchronnie schodzi na gorący temat - terroryzm. Zamach w Nicei.

- Straszna tragedia - mówi Brice. - Ale źródłem tego zła jest wielkie upokorzenie - mówi. Dopytuję, co ma na myśli.

- Muzułmanie we Francji tylko pozornie mają równe prawa. Wolność, równość, braterstwo mamy tylko w deklaracjach - mówi Brice. Milknę. Nie wiem, co powiedzieć. Myślę sobie, że po polskich zaciętych i strasznych dyskusjach na ten temat, w jakich brałem udział, kompletnie jestem nieprzygotowany na taki ton tu, we Francji, na francuskiej wsi. Oczywiście, wiem, że i tu są różne na ten temat poglądy, że się spierają, że jest Marie Le Pen i że pewnie ci, co nie lubią innych, nie zaprosiliby Polaków do swojego domu, ale i tak mnie to mocno porusza.

Dom tchnie historią. W każdym jego zakątku czuć wieki i pokolenia, jakie tu żyły. Nie ma tu takiego idealnego porządku, jaki widziałem w amerykańskich domach. Nie jest to też bałagan. Powiedzmy, kontrolowany żywioł.

Jaś odkrywa "Asteriksy" i całe półki komiksów. Wymieniają z Bricem uwagi. Okazuje się, że mój syn znakomicie sobie radzi po angielsku. Tatuś puchnie z dumy, choć nie daje po sobie poznać, udając, że to całkowcie naturalne.

B. słusznie zauważa, że tu, we Francji, naszego nastolatka traktują wszyscy bardzo poważnie. Cierpliwie, poważnie i chętnie z nim rozmawiają.

Z lampką wina zasiadamy w tej cudnej, pachnącej altanie przed tą przedziwną, zrytą przez czas, starożytną skałą, matką tej miejscowości. Świerszcze naparzają, słońce zachodzi, dzieci szaleją z psem. Jesteśmy po dobrym jedzeniu. Czeka nas ciche i wygodne spanie. Jest błogo.

Nazajutrz Brice prowadzi nas do zamku Ronsarda. Nie chce się zgodzić, żebyśmy kupowali bilety. Kupuje dla nas wszystkich.

Po zamku, oprócz nas snuje się jeszcze dwójka turystów. Ronsard to nie Jim Morrison, nie pielgrzymują doń tłumy fanów, choć jest Morrisona duchowym pradziadem.

Ekspozycja tradycyjna, bez żadnych efektownych muzealnych nowinek.

Spójrz, majowa gałązka rozkwitła różami

W krasie najpierwszych pąków, w urokach młodości,

Żywego jej rumieńca i niebo zazdrości,

Kiedy ledwo zbudzony świt zrosi ją łzami.

W płatkach jej czarujących miłość gniazdko wije,

Zapach odurza cały ogród, poi drzewa,

Lecz gdy się rozszaleje burza, grad, ulewa,

Róża opada, listek po listku, nie żyje.

Tak zgaśnie świeżość twoja, jutrzenkowe lata,

Kiedy hołd ci składają wszystkie moce świata,

W pył się rozwiejesz, Parki wiernie śmierci służą.

A gdy cię grzebać będą, wraz z żalem i łzami,

Przyjm mleka pełen puchar i dzbany z kwiatami,

Żebyś, różo, po śmierci także była różą.

(przełożyła Jadwiga Dackiewicz)

Tu, w tej pachnącej wiosce nad Loarą, rodziła się sztuka życie wieczne łącząca z miłością życia doczesnego, ze zmysłowością. Tu, w tej śliczności okolicy, w tych wapiennych ścianach zamkowych, ten ziemski ogród różany zasadzono.

Z tyłu zamku oczywiście ogród, oczywiście róże.

2016-08-21 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Mont Saint Michel

  

To wygląda, jak fatamorgana, kiedy się patrzy z ostrygowego Cancale. Naprawdę. Jakby pośrodku morza postawił ktoś gotycką katedrę. Jeden z cudów Francji, Mont Saint Michel, to już Normandia. Jadąc wybrzeżem kanału La Manche, z Cancale, przekracza się granicę tych niegdyś walczących z sobą krain. Stąd tyle otoczonych murami obronnymi zamków na granicy Bretanii z Normandią.
Pielgrzymki turystów ciągną do Mont Saint Michel. Po cichej i kameralnej Bretanii to jak wjazd do mrowiska. Trzy i pół miliona turystów rocznie* to wprawdzie nic w porównaniu z szesnastoma milionami rocznie w paryskim Disneylandzie, ale Mont Saint Michel to jest naprawdę maleństwo jak na te liczby odwiedzających, więc jest ciasno, co zapowiadają już parkingi, hektary parkingów, na których zostawia się auta i się idzie na autobus, który przewozi na wysepkę po dwukilometrowym moście. Jechaliśmy w czasie odpływu, więc pod mostem tylko zaschnięte błoto. Wygląda to przedziwnie i pomimo całej tej turystycznej ciasnoty pomyślałem, kurcze, warto, bo bardzo ciekawe. Że malownicze, to wiadomo.
Co za mikrokosmos stworzono na tej wysepińce. Jak tu się żyło, zanim się to zamieniło w turystyczny skansen i jarmark? Ludzie przez pokolenia patrzący sobie w okna, bez możliwości budowy nowych domów, bo po prostu koniec miejsca, z ograniczonym dostępem do stałego lądu. Mnisi z klasztoru, jasne. Ale całe to mikromiasteczko wokół klasztoru!
Wchodzi się jak do muzeum, strażnicy sprawdzają zawartość toreb i plecaków. A potem tłum, tłum, tłum, tłum szorujący ciasnymi uliczkami, włażący i wyłażący do kawiarenek, restauracyjek, sklepików, przebierający w pamiątkach, koszulkach, alkoholach, breloczkach... I jak wszędzie w tak zmaltretowanych turystycznie miejscach, trudno o życzliwość i zrozumienie ze strony sprzedawców. Po raz pierwszy we francuskiej kawiarni spotykamy się z nieserdecznością.
- Państwo kupiliście lody w wafelku, więc nie do konsumpcji w lokalu.
- Ale kupiliśmy je u państwa.
- Ale nie w pucharku, tylko w postaci przeznaczonej do jedzenia na wynos.
- Ale tam jest straszny tłum i nie ma gdzie usiąść, ani nawet gdzie przystanąć, a syn ma niecałe cztery lata i może sobie nienajlepiej radzić z lodem w takim tłumie.
- Przykro mi.
Wbijamy w boczną odnogę uliczki, wychodząc z tłumu. Jednak nie wszystko ogarnął! Wspinamy się po schodach biegnących między dachami domków. Obok jednego z dachów znajdujemy malusieńki cmentarz. Z okna na poddaszu domu obok można wyjść na ten cmentarzyk. Kilkanaście grobów, również stosunkowo nowych. Pewnie nawet nieboszczykom trudno zagrzać miejsce na dłużej w takiej ciasnocie.
Wszystkie drogi i dróżki szybko schodzą się w tym samym punkcie. Imponujący klasztor na szczycie. I imponująca kolejka do wejścia. No ale głupio już nie stać, skoro się już tu jest. Łażę więc z Mikołajem pomiędzy tłumem, oglądamy morze z wysokich, stromych murów, a B. i J. stoją. Kolejka szła szybciej niż myślałem. Przeciskając się przez tłum metodą „służbowo, na statek" dogoniliśmy ich, kiedy przechodzili przez bramki-wykrywacze.
Nie będę opisywał klasztoru Mont Saint Michel, bo to nie ma sensu. Opisów, zdjęć i filmików w necie jest sporo. Osobiście polecam widok z krużganków na przepaść. Kiedyś tu nie było tej grubej, ochronnej szyby. Oraz polecam wejść do środka ogromnych kominków w refektarzu i popatrzeć w górę.
Byliśmy zmęczeni, jak jeszcze nigdy podczas tej podróży. Zmęczeni nieustannym tłumem. No ale wiadomo. Każdy, jak my, chce sprawdzić ten cud na własne oczy. Ale jeśli ktoś chce pokontemplować średniowieczne klimaty, to zdecydowanie bardziej się do tego nadają bretońskie zamki. W klasztorze Mont Saint Michel, który po rewolucji przerobiono na więzienie, na kontemplacyjne nastroje nie ma szans. Z ulgą wydostajemy się autobusem z zakorkowanej turystami wysepki. Robi się ciemno, zimno, wieje przenikliwy wiatr, zbliża się przypływ.

- - -

*Dla porównania, w najczęściej odwiedzanym miejscu w Polsce, czyli w Muzeum Auschwitz-Birkenau, w 2015 r. odnotowano rekordową liczbę miliona siedmiuset dwudziestu tysięcy zwiedzających.

2016-08-18 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Combourg

  

Coroczna wyprzedaż. Całe miasteczko pełne jest stoisk. Mieszkańcy wylegli na ulicę i wyprzedają, co się da. Zadziwiające, jakie rzeczy ludzie mogą próbować sprzedawać. Np. starą mydelniczkę. Albo papierowe obrazki. Albo grzebień. Ale też hełmy z I wojny światowej, czapki z amerykańskiej wojny secesyjnej i elementy mundurów, zabawki - przekrój przez cały chyba wiek XX i czasy obecne, ogromny wybór komiksów, oczywiście książki, oprawki na książki, zakładki, śrubki, gwoździe, ubrania, stare buty, stare pudełka, monety, znaczki, widokówki, talerze, miski, sztućce, radioodbiorniki. Pchli targ, ale taki, który ogarnia całe miasteczko, wszystkie uliczki.

Sporo samochodów, bo przyjeżdżają na tę wyprzedaż z całej okolicy. Niektórzy z dużą zapamiętałością wyszukują różnych rzeczy, czy to ciekawych, czy to przydatnych. Obserwujemy parę, która kilkakrotnie kursuje do samochodu z kolejnymi zakupionymi rzeczami - z taboretami, z instrumentami, z narzędziami - po czym wracają po kolejne zakupy.

Nie dajemy rady przejść wszystkiego. Zresztą tę parę godzin jarmarku nam wystarczy. M. przyssał się do klocków, J. do pamiątek z I wojny.

Warto tu zaznaczyć, że Wielka Wojna 1914-1918 jest tu upamiętniona na każdym kroku. W wielu mieścinkach są pomniki, tablice, cmentarze. Więcej ich niż z II wojny, co wydaje się absolutnie zrozumiałe, patrząc na postawę Francji w II wojnie i na różnicę między I a II.

Mam wrażenie, że sporo tych rzeczy na sprzedaż, a może i większość, jest wystawiana z roku na rok. Tak przynajmniej wygląda. Targujemy się. Z piętnastu na trzynaście euro zbijamy cenę francuskiego hełmu z Wielkiej Wojny.

Domki z kamieni, jak we wszystkich bretońskich miasteczkach. Ozdobione obficie kwiatami, jak wszędzie tutaj.

Nad miasteczkiem góruje zamek. Piękny zamek, jak wszystkie tutaj. Przy granicy Bretanii z Normandią budowano obronne zamki, bo to była w średniowieczu granica. Zamek w Combourg popadł w ruinę i odnowiono go w XIX wieku na fali mody na gotyk. Więc zamek combourski jest bardziej jeszcze gotycki niż gotyk. Romantyczny, z serca Romantyzmu. Mieszkał tu Chateaubriand, znany bardzo we Francji romantyczny pisarz, w Polsce kompletnie nieznany. Zamek zatem jest celem pielgrzymek wielbicieli i zawiera liczne pamiątki po pisarzu. Jeden pisarz przyciąga drugiego. Z racji krążącego po Combourg ducha Chateaubrianda, bywał tu jeden z jego admiratorów, Marcel Proust. Miasteczko Combray ze "Straconego czasu" ma klimat Combourg.

Lody w kafejce na rynku. Do lodów dostajemy dużą karafkę wody. Znów serdeczność kelnera-barmana. M. zaczyna mówić po francusku. Fraise et vanille boule.

2016-08-13 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Na górze: Hitler na Trocadero


SZTUKI:

1. Guma balonowa
2. Testament Teodora Sixta
3. Nic co ludzkie
4. Żyd
5. Wodzirej. Koszalin Kulturkampf
6. Hamlet'44
7. Turyści
8. Wszystkie rodzaje śmierci
9. Ostatni taki ojciec
10. V(F) ICD-10 Transformacje
11. Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami
12. Już się ciebie nie boję, Otello
13. Idź w noc, Margot
14. Auschwitz Cat
15. Bitwa o Nangar Khel
16. Szwoleżerowie
17. Obywatel K
18. Nieskończona historia - warszawska
19. Nieskończona historia - zabrzańska
20. Nangar Khel. Postscriptum.
21. Truskawkowa niedziela
22. Aporia 43
23. Love
24. Morrison/Śmiercisyn
25. w środku słońca gromadzi się popiół
26. Historie bydgoskie - osiem historii.
27. Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci
28. I nikt mnie nie poznał. Violetta Villas
29. Lalka. Adaptacja.
30. Western
31. Y
32. Znak Jonasza
33. Psubracia
34. Exodus 2.0
35. Narysowałam więcej, niż tu widać
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W sprawach wszelakich proszę pisać do mnie na adres:
appalyga@gmail.com

Archiwum:


2016
» sierpień (9)
» lipiec (9)
» czerwiec (7)
» maj (2)
» kwiecień (4)
» marzec (4)
» luty (4)
» styczeń (2)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (3)
» wrzesień (3)
» sierpień (2)
» lipiec (2)
» czerwiec (4)
» maj (8)
» kwiecień (10)
» marzec (4)
» luty (5)
» styczeń (2)

2014
» grudzień (5)
» listopad (2)
» październik (2)
» wrzesień (7)
» sierpień (9)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (2)
» kwiecień (6)
» marzec (8)
» luty (7)
» styczeń (5)

2013
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (3)
» wrzesień (9)
» sierpień (9)
» lipiec (7)
» czerwiec (4)
» maj (10)
» kwiecień (11)
» marzec (10)
» luty (6)
» styczeń (9)

2012
» grudzień (6)
» listopad (9)
» październik (3)
» wrzesień (11)
» sierpień (13)
» lipiec (7)
» czerwiec (9)
» maj (11)
» kwiecień (7)
» marzec (4)
» luty (8)
» styczeń (4)

2011
» grudzień (4)
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)

2010
» grudzień (4)
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)

2009
» grudzień (9)
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)

2008
» grudzień (8)
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)

Ostatnie komentarze


[arturpalyga]
No dzielnica, dzielnica. Tak, tak. Też się właśnie zdziwiłem, że nie tak szerokie. Nie mam...
[Rajmund Pollak]
Szanowny Panie Arturze. Powinien Pan lepiej przygotować się do opisu Paryża. - Po pierwsze, to MONTMATRE, to...
[]
butenafine solubility dgceckffgefaefdd

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 1093174
Newsów: 634
Komentarzy: 2045
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Artur Pałyga, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała