arturpalyga.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
arturpalyga.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - arturpalyga.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Wrześniowe wspominki

  

Zaczęło się.

Wrzesień zwalił się na głowy.

Przestałem się martwić tym, że nie ogarniam nawału rzeczy do zrobienia.

Wakacje wydrenowały, ale przecież to jest naprawdę strasznie ważne. Później się tego wydrenowania nie pamięta, a całą resztę bardzo i wraca się nieraz myślami. I ważne, że razem, że z dziećmi.

No ale teraz trzeba się wygrzebać z sytuacji kryzysowej.

Całe środowisko ogląda serial "Artyści" Strzępki/Demirskiego. Cuda panie wianki, na ścianach teatrów puszczają, w knajpach wspólne oglądanie, szaleństwo. Wreszcie ktoś o nas zrobił serial, i to fajny, że fajni jesteśmy, chociaż porypani czasami.

- Jeśli to tak wygląda, to wy jesteście jak na froncie, jesteście jakimś szańcem obrony kultury - powiedziała mi bliska osoba.

- Tak? Wygląda znacznie gorzej. To jest jeszcze nic, co tam pokazują - powiedział mi bliski teatralny twórca często kontaktujący się z władzą.

Foka miał pięćdziesiątkę. Tak. Zaczęły się już na dobre pięćdziesiątki. Cholera! Z tej okazji w BWA mieliśmy występy. Reunion II to się nazywało. Doborowe performerskie towarzystwo. Wspaniale. Sporo ludzi przyszło.

Przypomniałem sobie, jak w Akwarium obchodziliśmy z Foką jego czterdziestkę, tylko we dwójkę przy stoliku. Myślałem sobie wtedy, że to już taki czas, kiedy musi się okazać, co jest warte nasze życie. Potem założyliśmy grupę Włochy. Z programem "TIny Therapeutic Theatre" pojeździliśmy po Polsce, i pojechaliśmy do Niemiec i Francji. A zaraz potem życie przekierowało mi się na teatr. Ale tak. Artyści weszli mi w życie, a ja w ich życie, mniej więcej wtedy, dziesięć lat temu, kiedy z Foką obchodziliśmy jego czterdziestkę.

Niewiarygodne, ile się stało przez te dziesięć lat. Niewiarygodne.

Przypominam sobie nieraz tę decyzję. Jeszcze byłem dziennikarzem. Trochę się błąkałem, zwolniony z "Trybuny Śląskiej", po różnych gazetach i przechodziłem koło BWA,i pomyślałem, że jak nie teraz to nigdy, że jak nie teraz, to już zawsze będę dziennikarzem, takim coraz bardziej pewnie zobojętniałym na wszystko. Że trzeba wrócić do tego, co było przed dziennikarstwem, do tych marzeń wszystkich. Wszedłem do BWA i spytałem, czy mogę mieć w kawiarni Akwarium wieczorek poetycki. I się namyślili, i zgodzili. Wygrzebałem więc stare jakieś kawałki, szkice, opowiadania, wiersze i wszystko to wydało mi się strasznie złe. Więc szybko napisałem nowe. Wziąłem baloniki, magnetofon, epidiaskop pożyczyłem od galerii, robiłem cuda, wygłupy. Przyszło trochę znajomych. Foka na to przyszedł. Zostaliśmy potem, gadaliśmy, że mu się podobało. To uskrzydla.

Kurcze, gdyby nie to wtedy, jakby te dziesięć lat wyglądało? Czy coś innego by się działo z równą intensywnością? Czy nic. Czy można było to przegapić? Czy ludzie przegapiają?

Mam poczucie, że to była niezwykle udana dycha. Taka, która ustawia całe życie. Całe życie poprzez nią się widzi.

Tak jakoś niechcący wyszło podsumowanie, nie wiem, czemu.

Jutro próba Dada, pierwszego spektaklu, który sam reżyseruję. Jutro warsztaty w ramach festiwalu nauki, w Bibliotece Pedagogicznej.

I noc pisania teraz. Wpadłem w tryb - pisanie do czwartej rano, spanie do jedenastej. I na rozgrzewkę mózgu: "Nie ma Albertyny".
2016-09-16 | Dodaj komentarz
Duża Ula
2016-09-16 17:51:34
Tak na to podsumowanie; życzę dużo sił, wytrwałości i cały czas dobrej weny ! Powodzenia w reżyserce !
Mada L
2016-09-19 16:32:19
"Całe życie poprzez nią się widzi". Gratuluję!
Komentarzy (0)

Paris, Paris

  

Wieża, wiadomo, jedno z najbardziej obleganych przez turystów miejsc świata. Ale dlaczego właśnie ona? Nic nie chcę jej ująć, jest bardziej malownicza, bardziej przyjazna, bardziej koronkowa niż myślałem. Widok z góry jest faktycznie interesujący, ale za wszystkim stoi ta myśl: Jestem na Wieży Eiffla, ha!
Idea i jej wykonanie utrafiły w globalne zapotrzebowanie. Wieża, która jest bardzo, bardzo, wszystko bardzo. Która wiele kosztowała wysiłku ludzkiego i która, i to może najważniejsze, nie służy niczemu innemu niż, żeby się na nią wspinać i ją podziwiać. A jeśli czemuś innemu służy to mocno przy okazji. To w zasadzie rzeźba. Pomnik. Gigantyczna konstrukcja wykonana po to, by ją odwiedzano i aby dostarczać radości, satysfakcji samym swoim istnieniem. Możliwe, że pierwsza taka w ogóle w historii świata. Jej postawienie nie miało żadnego celu religijnego, militarnego, użytkowego. Jest, żeby była. Żeby miliony turystów dzień w dzień od dziesięcioleci deptały te schody i opierało się o te barierki i napawało się myślą: Jesteśmy tutaj.
I ja się napawałem.
Usiedliśmy w kafejce nad Sekwaną w cieniu wieży, żeby się jeszcze ponapawać.
Po drodze na Trocadero - sprzedawcy, deskorolkowcy i tłum z całego świata, i przenośne punkty gry w trzy kubki. Ciekawe, po dłuższej obserwacji, odkryłem, że to ta sama grupa. I to spora. Rozkładają się w kilku miejscach naraz i wymieniają się. Jeden gra gracza w trzy kubki, a kilku innych gra publiczność. Wśród publiczności role są rozdzielone. Jeden gra entuzjastę, inny sceptyka, jeden przegrywającego, inna wygrywającą. Co zwraca uwagę, od początku obstawiają bardzo duże sumy i to jest pierwszy punkt, gdzie zarzucam im brak profesjonalizmu. Nikt normalny, kto przechodzi obok gry w trzy kubki na ulicy, nie obstawi od razu 50 euro. A ci tak. Jakby im szkoda było czasu na lepsze rozegranie, na rozpoczęcie od małych sum. Obsady grup się wymieniają. Po jakimś czasie gracz przenosi się do innej grupy, gdzie gra publiczność i obstawia 50 euro. To drugi punkt, w którym zarzucam im brak profesjonalizmu. W ciągu pół godziny ten sam facet w jednej grupie grał gracza manewrującego kubkami, w drugiej grał faceta-sceptyka z publiczności, który wybrzydzał, ale w końcu obstawił. No ale rozumiem, że cały ten spektakl jest obliczony na ludzi, którzy tylko raz tędy przechodzą i nie śledzą wszystkich tych grupek i nie obserwują, jak się zamieniają rolami. I nie zorientują się, że w całej kilkuosobowej grupce, która stanowi publiczność, tylko oni są prawdziwi, że cały ten spektakl jest tylko dla nich. Kiedy stanęliśmy przy jednej grupce, żeby obserwować, spektakl się specjalnie dla nas rozkręcił. A tu ktoś przegrał, a tu ktoś się denerwuje, a tu ktoś wygrał i jest zdziwiony, a tu grupka rośnie. I cała dramaturgia, która ma na celu, żebyś się turysto wkręcił, poczuł emocje i żebyś poczuł, że rozgryzasz, że już czaisz sposób, w jaki gracz manewruje kubkami, żebyś poczuł, że odkryłeś jego sekret, i dziwisz się, że inni tego nie widzą, i wiesz na pewno, że jak spróbujesz... Jeden Japończyk się wkręcił. Najpierw wygrał, ale okazało się, że nie dostanie swoich pieniędzy, ponieważ gra jest dwuetapowa i żeby je dostać, musi grać dalej. Żeby grać dalej, musiałby dopłacić. No sorry, jak ktoś ma nadzieję, że ten gość od kubków, jak dostanie do ręki pięćdziesiątkę, grzecznie ją zwróci, musi ciężko zapłacić za lekcję, jaką dostaje.

Ciekawe, jak się dzielą potem tą pięćdziesiątką. Po równo? Czy manewrujący dostaje więcej. Czy mają podział na główne role i statystów? Czy mają dramaturga?
Jest oczywiste, że jeden z głównych punktów turystycznych świata ściąga ludzi, którzy chcą się tu jakoś wyżywić, mniej lub bardziej sprytnie.
Na schodach przed Trocadero siedzi tłum ludzi, oglądają grupkę tancerzy-aktorów. Scenariusz prastary, myślę, że podobnie odbywało się to w średniowieczu, gdy zajechała do miasta trupa teatralna. Zagadują ludzi z publiczności, proste pytania - skąd jesteś. Po czym szybciutko improwizują scenkę na temat tego kraju, miejsca. Śmieszną, mniej lub bardziej pomysłową. Korea Południowa? Fabryka, ukłony, uśmiechy, parodiowanie koreańskiego języka. Wszyscy się śmieją. Oklaski. Niemcy? Kiełbaski, dyscyplina, marsz. Ludzie na całym świecie lubią się śmiać z rzeczy, które znają i ludzie na całym świecie lubią, jak ktoś z nich żartuje. Większość tutaj chciałaby, żeby zapytali jego, żeby zażartowali z niego. Ale z sąsiada też fajnie. Dlatego tu siedzą. W przerwach, w interludiach - taniec.
Rondo Trocadero ze stacją metra. Wracam dorzucić do parkomatu, zostawiając rodzinę. Wydawało mi się, że to blisko, przecież wieża tuż tuż. A jednak godzinę mi zeszło w tym tłumie na tam i z powrotem. Za to z dobrą nowiną. Kończy się czas płatny. Możemy tam stać do rana.
Są głodni i źli, że mnie tak długo nie było. Siadamy więc na ostatni w te wakacje francuski obiad. A niech tam! Zjemy po francusku w Paryżu, pod wieżą. A niech tam! Charakterystyczne, francuskie stoliki na chodniku, gdzie piesi przechodzą tuż obok jedzących. Obok nas kiosk z prasą. Obserwuję starszego mężczyznę, który, chyba jak od lat, tak to wyglądało, przyszedł, bez słowa zapłacił i wziął pod pachę „Le Figaro".
Zamawiam na koniec coś, co nie pamiętam, jak się nazywa, a co pachnie jak polskie flaki, tylko są to flaki w kiszce, a nie w zupie. Przyjemna ohydka.
Idziemy na metro. Jedziemy na Montparnasse. Metro tylko kawałeczek jedzie pod ziemią, a potem jest nad ziemią. Zasuwamy przez wieczorny Paryż po wiaduktach.
Włóczymy się po Montparnasse. Sklepy, wystawy, wystawy, sklepy, stare kamienice. Bardzo widać, jak podobna jest ta ulica do ulicy w centrum Budapesztu, której nie pamiętam nazwy. Gdyby nie francuskie napisy, można by strzelić zdjęcie i podpisać Budapeszt. Paryż, jako wzorzec nowoczesnego miasta w XIX wieku. Dziś to zwykła ulica, po prostu. Jakich wiele w Europie. Na pożegnanie z Francją późnym wieczorem, po długim spacerze zasiadamy w kawiarence na Montparnasse na cafe gourmant - bardzo mi się podoba ten zwyczaj - czyli kawę z próbkami kilku deserów. Dużo nie ma, ale można posmakować kilku miejscowych rarytasów naraz. Siadamy przy stolikach ustawionych specjalnie tak, żeby można było oglądać przechodniów. Ulica paryska jako spektakl. Została z tego spektaklu tylko widownia. O dwudziestej drugiej w wakacyjny wieczór Montparnasse jest opustoszały. Przechodnie są nieliczni.
Z Mikołajem na plecach dowlekamy się z powrotem do metra. Mijamy, jak sądzę, cygańską rodzinę, matka z córeczkami koczująca na chodniku. Leży z nimi pod kołdrą, oparta o płot, przy ruchliwym skrzyżowaniu. Dziewczynki wyglądają na rozbawione, bawią się w coś. Matka też uśmiechnięta. I jeszcze staruszek z psem, i jeszcze kilku układających się do snu mieszkańców ulicy mijamy.
Wieża Eiffla rozświetlona. Światełkami miga jak choinka. Tłum na Polu Marsowym, jak w dzień. Biwakują, piją wino, piwo. Dużo młodych, ale też rodziny z dziećmi na rozłożonych kocach. Między nimi niezmordowani sprzedawcy miniaturek wieży.
Bonne nuit, mon Paris!
Au revoir, gościnna i serdeczna Francjo! Merci!

- - - - - - - - - - - ---- - --- - -- - - - - - - - - - - - - - - -

PODSUMOWUJĄC

Przemierzyliśmy, rodzina z dwójką dzieci, wzdłuż i wszerz wschodnią Bretanię, zahaczając po drodze o Normandię, kraj nad Loarą i Paryż. Wszędzie gościli nas ludzie poznani tuż przed wyjazdem przez internet. Ani oni o nas, ani my o nich nic specjalnie nie wiedzieliśmy. Nikt z nich nie chciał słyszeć o zapłacie, czy choćby o zwrocie kosztów naszego pobytu (woda, prąd, gaz). Gościli nas w swoich domach, karmili nas, częstowali winem. Carole użyczyła nam swojego mieszkania, sama mieszkając w tym czasie u mamy. Sebastien pół nocy naprawiał nam laptopa, Brice zafundował bilety do muzeum. Wszystko to zupełnie bezinteresownie, nie oczekując niczego w zamian.

Przez cały pobyt we Francji nikt nigdzie ani razu nie próbował nas oszukać, okraść, czy w jakikolwiek sposób wykorzystać. Nieraz za to zaskakiwała nas nieoczekiwana serdeczność. Nigdzie ani przez moment nie czuliśmy się w najmniejszym stopniu zagrożeni, podobnie jak podczas wcześniejszych podróży rodzinnych po Węgrzech, potem po Rumunii, po Bułgarii, po Turcji i po Niemczech.

Świat jest kompletnie inny niż wynikałoby to z telewizyjnych i prasowych wiadomości. Polecam!

2016-08-29 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (2)

Paryż 1

  

W Paryżu za pierwszym razem było śmiesznie, bo nie mogliśmy znaleźć wieży Eiffla. Wiadomo, jak większość Polaków wyobrażaliśmy sobie, że to jak z warszawskim Pałacem Kultury, który stoi w środku miasta i jest znakomicie widoczny z otaczających Śródmieście dzielnic. No więc w Paryżu tak nie jest.

Ten pierwszy raz to było pierwszego dnia, kiedy wjechaliśmy do Francji i kiedy po drodze do Bretanii postanowiliśmy wpaść na lody do Paryża. Ustawiłem GPS na Montmartre, bo była to pierwsza paryska ulica, jaka mi przyszła na myśl i byłem pewien, że jest w centrum. Wjeżdżało się przyjemnie, jadąc wzdłuż Sekwany przy tak francuskiej muzyczce z radia, jak tylko sobie można wyobrazić - akordeonik i bard. Do tego słoneczko, więc przyjemnie. Tylko po pierwsze wąskie uliczki,gdzie te szerokie aleje barona Haussmanna??? Gdzie Eiffel Tour??? No i wreszcie gdzie tu, do diaska, zaparkować? Są! Wolne miejsca! Jakieś dziwne urządzenia obok. NIe, to nie parkomaty. W końcu się domyślamy. To są miejsca doładowania dla elektrycznych samochodów, których trochę jeździ po Paryżu. No trudno, po półgodzinnym krążeniu przy Montmartre stanęlśmy najprawdopodobniej nielegalnie na chodniku i fru na lody i kawę. Akurat nam się trafił za rogiem Kościół Świętej Trójcy słynący z muzyki i muzyków.Tu odprawiano pogrzeby Rossiniego i Berlioza, a do 1992 roku organistą był tu Olivier Messaien. No i proszę sobie wyobrazić, kogo spotkaliśmy wówczas pierwszego dnia we Francji? Mianowicie młodzież w koszulkach z napisem Cracovie wyjeżdżającą do Krakowa na Światowe Dni Młodzieży. Tu się zbierali i stąd wyruszali. Wypiliśmy wymarzoną kawkę na placu Sainte Trinite i z powrotem do auta z radością, że nie ma mandatu.

A teraz drugi raz. Od południa. Od tej strony wieżę Eiffla widać z daleka. Objeżdżamy ją. Tak jak wtedy nie mogliśmy jej znaleźć, tak teraz krążymy wokół niej, mijając ją o 20 metrów, gdyż nie ma gdzie zaparkować. O dziwo nagle przy jednej ulicy dojazdowej są wolne miejsca parkingowe. Zadowoleni wysiadamy. Parkomat. Merdre! Cztery euro za piętnaście minut!!!! Wsiadamy z powrotem. I tu posłuchaj rady samochodowy podróżniku, podjedź od strony Pola Marsowego. Ja tak uczyniłem. Podjechałem pod samo Pole Marsowe i był parking po cztery euro za godzinę, uff, to już przełkniemy. Czterokrotnie taniej niż dwieście metrów dalej.

Na Polu Marsowym tłum ludzi piknikujących na trawce. Pomiędzy nimi przechadzają się czarnoskórzy sprzedawcy z małymi, chińskimi wieżyczkami Eiffla. Co jakiś czas przechodzą uśmiechnięci żołnierze lub żołnierki z karabinami maszynowymi, trzymając palec na spuście. Długa kolejka do kontroli przed wejściem do wejścia na wieżę. Ale szybko idzie. Bramki, prześwietlanie bagaży, jak na lotnisku. Druga kolejka do kasy, też szybko. Dopiero przed samą kasą zorientowaliśmy się, że to kasa z biletami do wchodzenia po schodach. Na windę z drugiej strony placu. No ok, to wejdziemy po schodach.

Wieża z bliska wygląda delikatnie. W słońcu wygląda jak utkana ze złotej koronki. To już jednak babcia.

Wchodzimy z entuzjazmem, Mikołaj też. Zakręt, zakręt, zakręt. Widzimy ludzi zakrywających oczy, bo tak wysoko. Dochodzimy do piętra z kawiarniami i z kinem. I tam jest najlepsze! Fragment szklanej podłogi. Pod nogami widzi się wysokość. Wspaniałe wrażenie!

Idziemy dalej. Minęła chyba już godzina tej wspinaczki. Mikołaj, o dziwo, mimo swych niecałych czterech lat, maszeruje po schodach z niegasnącym entuzjazmem. Drugi i ostatni poziom z kawiarniami i z tarasem przyprawiającym o lekki zawrót głowy. Zaczynam przeliczać czas, w jakim możemy pokonać resztę odległości do wierzchołka plus schodzenie w dół. Nie wyrobimy się. Nie mamy szans zdążyć przed godziną, do której jest opłacony parking. Trudno. Tym razem nie zdobędziemy wieży Eiffla całkowicie pieszo. Ostatni, trzeci etap pokonujemy windą.

Na szczycie straszny wiatr. Zimno. Paryż u stóp. W minibufeciku sprzedają niesłychanie drogie wino na lampki. Pary kupują sobie po dwie lampki i sączą, robiąc sobie selfie.

Ciekawe, przy wszystkch tych środkach bezpieczeństwa, jak łatwo wystawić rękę z czubka wieży i zrzucić coś na dół, choćby kieliszek z winem.

Obeszliśmy dookoła, zjechaliśmy na trzeci poziom i dalej siu po schodach w dół. Można dostać kręćka.

Na dole siedzi stary murzyn, który każdemu pokazuje wyjście.

Dorzucam kasę za parking, przekraczamy Sekwanę i idziemy przez Plac Warszawski, na którym stoi pomnik żołnierzy polskich walczących o wolność Francji, na plac Trocadero, słynne Trocadero. Ładnie stąd widać wieżę. Dlatego Hitler tu sobie zażyczył mieć sesję fotograficzną po zdobyciu Paryża.

Cholera, 3:38. Kończę. CDN

2016-08-27 | Dodaj komentarz
Rajmund Pollak
2016-08-27 14:30:56
Szanowny Panie Arturze. Powinien Pan lepiej przygotować się do opisu Paryża. - Po pierwsze, to MONTMATRE, to nie jest (jak Pan twierdzi) ulica lecz malownicza, jedna z najpiękniejszych dużych dzielnic, która stanowi samodzielny XVIII kwartał ( okręg) wewnątrz Paryża. - Po drugie, to BOULEVARD BARONA GEORGES EUGENE HAUSSMANN'a nie jest aż tak szeroki jak Pan sugeruje i nie znajduje się aż tak blisko la Tour d' Eiffel. -Po trzecie, to chyba pogubił się Pan w stolicy Francji. Pozdrawiam
arturpalyga
2016-08-27 22:09:09
No dzielnica, dzielnica. Tak, tak. Też się właśnie zdziwiłem, że nie tak szerokie. Nie mam myśli tylko ulicy nazwanej imieniem szanownego barona, ale wszystkie te aleje, które na jego zlecenie przeprowadzono podczas wielkiej przebudowy centrum Paryża w XIX wieku.
Komentarzy (0)

Boissy-le-Cutte

  

Jesteśmy czterdzieści trzy kilometry na poludnie od francuskiego punktu zero w Paryżu. Punkt zero jest oznaczony na drodze, znajduje się w południowym Paryżu przy katedrze Notre Dame. Od niego liczy się odległości drogowe we Francji, gdy podaje się dystans do stolicy.

Boissy-le-Cutte to niewielka miejscowość zamieszkana przez ponad tysiąc osób, z których, jak sądzę, większość pracuje w Paryżu. Nazwa miasteczka pochodzi od bukszpanu.

Przyjmuje nas tu Sebastien, informatyk i wykładowca w szkole w Paryżu. Mieszka sam w starym domu. Ma kury, króliki i kota. Oraz parę grządek warzywnych przy domu. Czeka na nas z wieczornym obiadem. To kolejny facet tutaj, który nam gotuje. Pierwsze danie po francusku, czyli pokrojone pomidory i tyle. Same pomidory. Saute. Potem jakieś sery i makaron. To druga część pierwszego dania. Wreszcie z pieca wyjeżdża danie główne - duży, zapiekany omlet z jaj od kur przydomowych. Oraz wino, którego Sebastien nie pije.

- Nienawidzę wina - mówi. Twierdzi, że Francuzi w zasadzie już nie piją wina do posiłku, że ten zwyczaj zaniknął. Że jeszcze starsi ludzie go pielęgnują i tyle. Nie mogłem uwierzyć. Sprawdzałem potem w necie, w danych statystycznych. Rzeczywiście! Tylko co dziesiąty Francuz pije jeszcze wino do posiłku, a ta liczba maleje. Ciekawe. Picie francuskich win natomiast, jak wynika z danych, staje się zwyczajem chińskim. Tysiące litrów wina eksportuje się rokrocznie z Francji do Chin.

Omlet u Sebastiena spożywamy z Chinką, która też trafiła tu przez kontakt w necie. Chinka studiuje biznes w Bostonie i przyjechała pozwiedzać Europę. Jest dynamiczna, chętnie dyskutuje, znakomicie mówi po angielsku i bardzo się ciekawi, skąd i kim jesteśmy. Od razu wyszukuje w smartfonie Bielsko-Białą, ogląda zdjęcia, czyta. Znów bardzo poważnie rozmawiają z Jasiem. O jego zainteresowaniach, o koniach. Bez cienia protekcjonalizmu, bez poklepywania po plecach itp. To jest bardzo fajne i pouczające.

Rozmawiamy o Paryżu, do którego chcemy się stąd wybrać. Chinka kolejny dzień jeździ stąd zwiedzać Paryż. Poleca nam cmentarz Pere Lachaise, ten na którym jest m.in. grób Fryderyka Chopina i Jima Morrisona.

- To bardzo spokojne i piękne miejsce - mówi.

Nieunikniony temat - zamachy terrorystyczne. Czy w Paryżu jest bezpiecznie. Czy może teraz lepiej tam nie jechać.

- Ja tam jeżdżę codziennie do pracy - uśmiecha się Sebastien. - Jak miliony ludzi. To są wypadki.

To, że zdarzają się wypadki drogowe i karambole, a po ulicach jeżdżą pijani, nie powoduje, że ruch drogowy zamiera, i nikt się nie zastanawia, czy z tego powodu nie przestać poruszać się po ulicach.

- Poza tym - kontynuuje - sądzę, że turystyczne miejsca w Paryżu, jak wieża Eiffla, czy Luwr to są teraz najbezpieczniejsze miejsca w całej Francji, bo żadne inne nie są tak strzeżone.

Rozmawiamy jeszcze o muzułmanach. O tym, że więcej jest tych muzułmanów we Francji, którzy jako francuscy wojskowi bombardują Państwo Islamskie niż tych, którzy się na niego powołują.

O zabiciu księdza w Normandii.

- Jestem ateistą - mówi Sebastien. - Ale mną też to mocno wstrząsnęło. Jakaś granica została przekroczona.

Nie mówi jednak, że zabili go muzułmanie. Zabiła go para nastoletnich chłopców powołujaca się na ISIS, z którym Francja prowadzi otwartą wojnę.

To kolejna taka rozmowa tutaj.

2016-08-24 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Couture-sur-Loir

  

Słońce wczoraj się wkradło między nas przy stole,
By znienacka w twe oczy zajrzeć opuszczone.

Pierre de Ronsard (tłum. M. Wronicka)

Do miejsca urodzenia Ronsarda trzeba zjechać z autostrady i jechać kilkadziesiąt kilometrów wąską drogą przez szerokie pola, mijając charakterystyczne dla Francji stada białych krów. Jesteśmy pomiędzy Bretanią, a Paryżem, w sercu kraju. Pola, pola, pola i krowy. O zachodzie słońca dojeżdżamy do Couture sur Loir, maleńkiej miejscowości, w której urodził się książę poetów, francuski Jan Kochanowski, twórca na wieki słynnej renesansowej grupy poetyckiej Plejady.

Stajemy pod kościołem. Stary, piękny kościół. Czynny. Przychodzi tu na niedzielne msze mieszkający w pobliżu Valery Giscard d"Estaing, były prezydent Francji.

Podjeżdża po nas, poznany przez internet, Brice, który gości nas u siebie. Brice ze swoją brodą wygląda morsko. I faktycznie jest kapitanem żeglugi morskiej. Niedawno przypłynął z rejsu i za parę dni znów wypływa. Mieszka tuż koło zamku Ronsarda. Jego stary dom przylega do wysokiej wapiennej skały. W skale są pieczary. Od stuleci ludzie tutaj z tej skały brali materiał na swoje domy. Zamek Ronsarda też z tej skały. W skale też piwniczka na wino.

Brice mieszka z psem. Dzieci już odchowane, wyjechały do Paryża. Dzieci Brice'a pochodzą z Polski. W latach osiemdziesiątych był w Gdańsku i adoptował trójkę dzieci z domu dziecka.Opowiada nam o tym przy wyśmienitym wieczornym obiedzie, który dla nas przygotował. Obiad według francuskiego porządku,czyli najpierw przekąski, potem danie główne, potem deser. Szaszłyki, sery białe i żółte, pleśniowe wędliny, lody no i wino z piwniczki.

W domu jest sporo książek. Poukładane są tematycznie. W jadalni - marynistyka. W innym pokoju - literaturoznawstwo, w innym - poezja.

Po obejrzeniu zdjęć z rejsów morskich rozmowa nieuchronnie schodzi na gorący temat - terroryzm. Zamach w Nicei.

- Straszna tragedia - mówi Brice. - Ale źródłem tego zła jest wielkie upokorzenie - mówi. Dopytuję, co ma na myśli.

- Muzułmanie we Francji tylko pozornie mają równe prawa. Wolność, równość, braterstwo mamy tylko w deklaracjach - mówi Brice. Milknę. Nie wiem, co powiedzieć. Myślę sobie, że po polskich zaciętych i strasznych dyskusjach na ten temat, w jakich brałem udział, kompletnie jestem nieprzygotowany na taki ton tu, we Francji, na francuskiej wsi. Oczywiście, wiem, że i tu są różne na ten temat poglądy, że się spierają, że jest Marie Le Pen i że pewnie ci, co nie lubią innych, nie zaprosiliby Polaków do swojego domu, ale i tak mnie to mocno porusza.

Dom tchnie historią. W każdym jego zakątku czuć wieki i pokolenia, jakie tu żyły. Nie ma tu takiego idealnego porządku, jaki widziałem w amerykańskich domach. Nie jest to też bałagan. Powiedzmy, kontrolowany żywioł.

Jaś odkrywa "Asteriksy" i całe półki komiksów. Wymieniają z Bricem uwagi. Okazuje się, że mój syn znakomicie sobie radzi po angielsku. Tatuś puchnie z dumy, choć nie daje po sobie poznać, udając, że to całkowcie naturalne.

B. słusznie zauważa, że tu, we Francji, naszego nastolatka traktują wszyscy bardzo poważnie. Cierpliwie, poważnie i chętnie z nim rozmawiają.

Z lampką wina zasiadamy w tej cudnej, pachnącej altanie przed tą przedziwną, zrytą przez czas, starożytną skałą, matką tej miejscowości. Świerszcze naparzają, słońce zachodzi, dzieci szaleją z psem. Jesteśmy po dobrym jedzeniu. Czeka nas ciche i wygodne spanie. Jest błogo.

Nazajutrz Brice prowadzi nas do zamku Ronsarda. Nie chce się zgodzić, żebyśmy kupowali bilety. Kupuje dla nas wszystkich.

Po zamku, oprócz nas snuje się jeszcze dwójka turystów. Ronsard to nie Jim Morrison, nie pielgrzymują doń tłumy fanów, choć jest Morrisona duchowym pradziadem.

Ekspozycja tradycyjna, bez żadnych efektownych muzealnych nowinek.

Spójrz, majowa gałązka rozkwitła różami

W krasie najpierwszych pąków, w urokach młodości,

Żywego jej rumieńca i niebo zazdrości,

Kiedy ledwo zbudzony świt zrosi ją łzami.

W płatkach jej czarujących miłość gniazdko wije,

Zapach odurza cały ogród, poi drzewa,

Lecz gdy się rozszaleje burza, grad, ulewa,

Róża opada, listek po listku, nie żyje.

Tak zgaśnie świeżość twoja, jutrzenkowe lata,

Kiedy hołd ci składają wszystkie moce świata,

W pył się rozwiejesz, Parki wiernie śmierci służą.

A gdy cię grzebać będą, wraz z żalem i łzami,

Przyjm mleka pełen puchar i dzbany z kwiatami,

Żebyś, różo, po śmierci także była różą.

(przełożyła Jadwiga Dackiewicz)

Tu, w tej pachnącej wiosce nad Loarą, rodziła się sztuka życie wieczne łącząca z miłością życia doczesnego, ze zmysłowością. Tu, w tej śliczności okolicy, w tych wapiennych ścianach zamkowych, ten ziemski ogród różany zasadzono.

Z tyłu zamku oczywiście ogród, oczywiście róże.

2016-08-21 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:


Na górze: Reunion II.


SZTUKI:

1. Guma balonowa
2. Testament Teodora Sixta
3. Nic co ludzkie
4. Żyd
5. Wodzirej. Koszalin Kulturkampf
6. Hamlet'44
7. Turyści
8. Wszystkie rodzaje śmierci
9. Ostatni taki ojciec
10. V(F) ICD-10 Transformacje
11. Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami
12. Już się ciebie nie boję, Otello
13. Idź w noc, Margot
14. Auschwitz Cat
15. Bitwa o Nangar Khel
16. Szwoleżerowie
17. Obywatel K
18. Nieskończona historia - warszawska
19. Nieskończona historia - zabrzańska
20. Nangar Khel. Postscriptum.
21. Truskawkowa niedziela
22. Aporia 43
23. Love
24. Morrison/Śmiercisyn
25. w środku słońca gromadzi się popiół
26. Historie bydgoskie - osiem historii.
27. Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci
28. I nikt mnie nie poznał. Violetta Villas
29. Lalka. Adaptacja.
30. Western
31. Y
32. Znak Jonasza
33. Psubracia
34. Exodus 2.0
35. Narysowałam więcej, niż tu widać
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W sprawach wszelakich proszę pisać do mnie na adres:
appalyga@gmail.com

Archiwum:


2016
» wrzesień (1)
» sierpień (10)
» lipiec (9)
» czerwiec (7)
» maj (2)
» kwiecień (4)
» marzec (4)
» luty (4)
» styczeń (2)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (3)
» wrzesień (3)
» sierpień (2)
» lipiec (2)
» czerwiec (4)
» maj (8)
» kwiecień (10)
» marzec (4)
» luty (5)
» styczeń (2)

2014
» grudzień (5)
» listopad (2)
» październik (2)
» wrzesień (7)
» sierpień (9)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (2)
» kwiecień (6)
» marzec (8)
» luty (7)
» styczeń (5)

2013
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (3)
» wrzesień (9)
» sierpień (9)
» lipiec (7)
» czerwiec (4)
» maj (10)
» kwiecień (11)
» marzec (10)
» luty (6)
» styczeń (9)

2012
» grudzień (6)
» listopad (9)
» październik (3)
» wrzesień (11)
» sierpień (13)
» lipiec (7)
» czerwiec (9)
» maj (11)
» kwiecień (7)
» marzec (4)
» luty (8)
» styczeń (4)

2011
» grudzień (4)
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)

2010
» grudzień (4)
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)

2009
» grudzień (9)
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)

2008
» grudzień (8)
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)

Ostatnie komentarze


[Mada L]
"Całe życie poprzez nią się widzi". Gratuluję!
[Duża Ula]
Tak na to podsumowanie; życzę dużo sił, wytrwałości i cały czas dobrej weny ! Powodzenia...
[arturpalyga]
No dzielnica, dzielnica. Tak, tak. Też się właśnie zdziwiłem, że nie tak szerokie. Nie mam...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 1116840
Newsów: 636
Komentarzy: 2047
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Artur Pałyga, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała