arturpalyga.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
arturpalyga.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - arturpalyga.blog.bielsko.pl

Komentarzy (0)

Santa Monica

  
- To dla mnie ważna chwila - powiedziała Joanna, kiedy postawiła przede mną filiżankę z kawą. - To jest filiżanka Jana Kotta.
Prawie się zakrztusiłem.
- Jak to Jana Kotta?
Jeździłam do niego i dostałam część rzeczy po nim. I teraz ty z niej pijesz.
Nie wiedziałem, że on tu mieszkał. Mieszkał w Los Angeles?
W Santa Monica.
No i właśnie jesteśmy w Santa Monica. Parę wieżowców, ale nie takich wysokich. Nie ma tu wysokich, bo to rejon trzęsień ziemi. Palmy na ładnie przystrzyżonych trawnikach. Jasne słońce. Idziemy na plażę. Po raz ostatni przed wyjazdem na pustynię, idziemy na plażę.
Widać duży szacunek do drzew. Płotki, chodniki, ścieżki omijają drzewa. Drzewa są wszędzie, również między ulicą i chodnikiem w centrum.
Ludzie są swobodni. Znacznie swobodniejsi niż u nas. Nikomu nic do tego, jak kto się ubiera, co nosi i co robi na chodniku. Rób, co chcesz, tylko nie rób krzywdy innym.
Tuż obok plaży biegnie trzypasmowa ulica z przeszklonym przejściem nadziemnym. Plażę od ulicy odziela ciąg budynków mieszkalnych. Duża skarpa. Bardzo duża. Zastanawiamy się, jak to możliwe, że się nie obsypuje na tę ulicę. Nie ma żadnych zabezpieczeń.
Plaża tak szeroka jak w Venice, ale to pierwsza plaża tutaj, która jest zatłoczona. Nie tak, że ciało przy ciele, ale jak na tutejsze warunki i jak na amerykańską potrzebę prywatności, są dość blisko jeden drugiego.
Rozkładamy się. Piasek, długo niegłęboko, woda ciepła, spokojnie. Cudownie, cudownie. Jaś idzie pływać, Joanna zostaje z nim. A ja z Darkiem idę na długi spacer wzdłuż plaży. Oglądamy malusieńkie kraby, mewy, ale najciekawsi są ludzie. Ich różnorodność. Różnorodność kolorów skóry, rysów twarzy, wieku. Ludzie osiemdziesięcioletni są tutaj normalnie aktywni. Bez problemu rozbierają się na plaży do kostiumu, do kąpielówek. Mam wrażenie, że poziom tolerancji dla własnego i cudzego wyglądu jest tu dużo, dużo większy. I, jeszcze bardziej niż na ulicy, dla ludzkich zachowań. Ludzie sobie tańczą, ćwiczą jogę, śpiewają.
Kładę się na wodzie, przy samym brzegu, unoszony falami. Ciepłe, lekko chłodne od dołu, gorące od góry. Zastygam potem, siedząc w tych rytmicznie liżących mnie falach na nie wiem, jak długo. Być może to jest właśnie ta słynna medytacja...
2017-07-22 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Santa Barbara

  

Na molo w Santa Barbara można wjechać samochodem pod sam jego koniec, przed sam ocean. Nie ma barierek. Gdyby ktoś się po prostu nie zatrzymał, nie poczułby żadnego oporu. Chciałeś się utopić, twój problem. Zaparkować nie ma gdzie, wszystko zajęte, więc łatwo się zdenerwować i chlupnąć.
W miasteczku wszystko białe. Wszystkie budynki są białe. Tak jak budynek dawnej misji świętej Barbary. Nieskalana biel. Biel dobrze dobrana. Ani jeden budynek się nie wyłamuje. Biel i zieleń drzew, brązowo-siwe pnie palm, brązowe, drewniane molo, piaszczysta plaża i biel jachtów - to kolory Santa Barbary. I żółty kabriolet, który powoli jedzie przez molo, w którym siedzi Brad Pitt. Słowo daję, Brad Pitt. Z jakimś kolegą. Obaj uśmiechnięci, wiedzą, że są na widoku. Obaj w marynarskich, białych czapeczkach.

- Naprawdę? To był Brad Pitt? - pyta Darek. - Ja patrzyłem tylko na ten żółty kabriolet, nie zwróciłem uwagi, kto tam siedzi.

- Naprawdę? Brad Pitt? A jaką miał bródkę? - wypytuje Jasiek.

Dużo ich tu mieszka, tych hollywoodzkich bogów, w Santa Barbara. Gdzieś tu była willa Michaela Jacksona. Blisko LA, blisko wytwórni Capitol, blisko Hollywod, blisko do pracy. Góry i ocean. Trochę jak połączenie Ustronia i Ustki. Albo raczej Zakopanego i Ustki, bo góry wyższe. Dużo plaż jest zamkniętych dla ogółu. Są prywatne. Należą do rezydencji. Podobnie te góry. Wspinanie się grozi natknięciem się na ogrodzenie i tabliczki: Private property. No trespassing. I to jest ta różnica.

Przed wejściem na molo boisko do siatkówki. Na skraju plaży niezwykła rzeźba z piasku. Amerykański żołnierz klęczy przy leżącym, rannym koledze. Leżący trzyma w dłoni małą flagę państwową. Obok rzeźby siedzi na krzesełku mężczyzna. Ludzie przechodzą, zerkają, fotografują. Mężczyzna lekko się uśmiecha.
Na molo dużo wędkarzy, kobiety i mężczyźni w różnym wieku, ale przeważnie o azjatyckiej urodzie, ciekawe.
Wbrew temu, czego spodziewałem się po Santa Barbara, nie mam wrażenia luksusu. Bardziej luksusowo wygląda chyba molo w Sopocie. Łowią, dowcipkują, spacerują, palą papierosy w miejscach wyznaczonych do palenia, piją piwo, bo pod koniec mola, przy parkingu jest knajpka piwna z ogródkiem. Piwo w normalnej cenie, ale nie kupujemy, bo kolejka i nie chce się nam czekać. Łazimy za to długo po sklepiku z pamiątkami. Dużo kalifornijskich tablic rejestracyjnych do kupienia na pamiątkę, mnóstwo magnesów na lodówkę, zabawne kartki pocztowe i maszyna Zoltar do wróżenia za pieniądze.Patrzymy na ocean i myślę sobie, że gdyby tak płynąć prosto przed siebie, to dopłynęłoby się po długim czasie do Japonii, chyba że udałoby się po drodze trafić na Hawaje, i to jest dziwne uczucie.

2017-07-21 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Solvang

  

Amerykańskie rodziny przechadzają się wśród słodko duńskich domków. Wszystko to przesadzone, przesłodzone, jak w Disneylandzie. Gdyby w Disneylandzie istniało duńskie miasteczko, wyglądałoby jak Solvang. Śliczne to wszystko, zadbaniutkie. Domek z pamiątkami, domek z ciasteczkami, domek z pamiątkami, domek z ciasteczkami i wiking z plastiku przed sklepem, i wiatrak. Taki duński skansen w sam raz na wypad w wolne popołudnie. W sam raz na spacer zadbaną uliczką pomiędzy domami w kratkę, z dużymi lodami w ręku. A na ryneczku koncert. Tradycyjnie, jak to w Stanach, dwójka ludzi gra na gitarach i śpiewa. Zemsta Dylana. Wszędzie dylanopodobne muzykowanie. Pomnik Andersena. Poczet królów duńskich.
Solvang zbudowane zostało przez duńskich pionierów w czasach zdobywania Dzikiego Zachodu. I z duńskości dziś miasteczko czerpie profity. Specjalizują się tu w ciasteczkach. Różne amerykańskie miasteczka w różnych rzeczach się specjalizują. A to mają najlepsze taco, a to najlepszą pizzę, a to potrawy z grochu. Wtedy w całym miasteczku rozkwitają sklepiki z danym produktem, o którym w każdym przewodniku piszą, że jest specjalnością miasteczka i wieść się niesie. I każdy kto przyjedzie do Solvang, musi kupić ciasteczka. No jak nie kupić, skoro to tutejsza specjalność?
Kupiliśmy z dodatkiem wielkiej kawy. Smaczne.

Kiedy wyjeżdżamy z Solvang, natrafiamy na zamkniętą drogę. Jest zamknięta, bo jest impreza. Rodeo. Nieduże to rodeo. Pllacyk wielkości połowy boiska piłkarskiego. Jeźdżcy przgotowani. W kowbojskich strojach. Ludzi na widowni tyle, co u nas na meczu okręgówki. Postanawiamy zobaczyć. Wysiadamy z auta i idziemy do wejścia. Wejście zamknięte niskim płotkiem. Łatwo przez niego przejść. Zastanawiam się z Jasiem, czy przejść. I wtedy widzę starego kowboja. Ma skórzane nakładki na nogawki spodni, ma broń za pasem, ma kapelusz, ma wszystko, co powinien mieć kowboj. I wygląda kowbojsko. Widzę, ze patrzy na nas i mówię Jasiowi, że wracamy.

Kiedy wracamy, powoli podjeżdża do nas na koniu.

- W czymś wam mogę pomóc?

- Chcieliśmy na rodeo.

- To prywatny teren i prywatne rodeo.

- Ok, nie wiedzieliśmy.

- W porządku.

- Ale drogą publiczną nie możemy przejechać?

- Nie. Zamknięta, bo rodeo.

Jedziemy dookoła. Mijamy prywatne rancza, prywatne pola golfowe, prywatne pola i prywatne gołe ziemie nieużywane. Wyjdziesz z samochodu, zrobisz pięć kroków od drogi w bok, albo i dwa kroki i prywatne. Ale bardzo ładne te prywatne krajobrazy.

W drodze powrotnej wstępujemy coś zjeść obiadowego, bo w Solvang drogo. Hamburgerownia. Bardzo smakowite i fajnie przyrządzone hamburgery, ale rachunek mnie zaskakuje.

- Jak to? Czemu tak dużo? - pokazuję na cenę w menu.

No tak. Zapomniałem! Do ceny podanej w menu trzeba sobie doliczyć podatek, który jest różny i nie wiem, od czego zależy. Oraz do ceny w menu trzeba sobie doliczyć napiwek. Napiwek dają wszyscy. Daje się napiwek. Nie można w zasadzie nie dać napiwku. W rachunku podają napiwek sugerowany. Minimum dziesięć procent, a normalny napiwek to dwadzieścia procent ceny.

- A frytki? Nie zamawiałęm frytek. Myślałem, że były w cenie.

- Niestety, nie były w cenie.

Pytał, czy chcę frytki i nie zrozumiałem i zamówiłem niechcący.

I nagle cena dwóch hamburgerów rośnie do dwudziestu dolarów. Masakra. No przynajmiej smaczne. Nie to, co w MacDonaldzie.

MacDonaldów widzimy mało, bardzo mało, nieporównywalnie mniej niż w Polsce. McDonald w Stanach to jadłodajnia dla ubogich. W Macu na wjeździe do LA od strony Santa Monica jest brudno i niechlujnie, a w ubikacji dramat! Za to jest dużo taniej.

2017-07-20 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (1)

Monty Roberts Ranczo

  
Brama. Naciskamy dzwonek. Otwiera się bez pytań. Długą aleją dojeżdżamy na parking przed ranczem.
To jest Pat, żona Montiego - szepcze Jasiu.
Pat wita nas serdecznie, zaprasza do środka. Trzeba wypełnić oświadczenia, że wchodzimy na własne ryzyko i jak na koń kopnie albo coś, to nie będziemy zgłaszać pretensji. Nie ma żadnych opłat. Jesteśmy gośćmi rancza.
Jest duże i bardzo zadbane. Pośrodku kącik palacza - smoking corral. Dookoła stajnie. Słynny Shyboy - tytułowy bohater jednej z książek Robertsa, ma boks specjalnie oznaczony. Oglądamy basenik do mycia koni. Akurat jeden się myje. U nas takich nie ma.
W małej ujeżdżalni mały Meksykanin ujeżdża dzikiego mustanga. I tu jest ta zmiana. Amerykańska tradycja ujeżdżania mustangów to łamanie konia. System kar i represji, oparty na przemocy. Stary system, który swego czasu również w Europie stosowano do wszystkiego, także do dzieci i do kobiet. Monty Roberts opracował własną metodę oswajania, ujeżdżania dzikiego konia bez przemocy, poprzez porozumienie z koniem, przyswojenie jego języka, jego sposobu komunikacji i jego reguł postępowania.
Obserwujemy, jak mały Meksykanin powoli podchodzi do konia, głaszcze go. Koń wyrywa się, wyskakuje w górę, próbuje doskoczyć do nas kopytami. Fascynujący spektakl, ale długotrwały.
Podglądamy kursantów, którzy akurat mają tu dziś zajęcia. Rozmawiamy z paniami przy siodłach. Mówią, że Monty Roberts właśnie zaczyna lekcję, możemy tam iść.
I rzeczywiście. W osobnej ujeżdżalni odbywa się seans samego mistrza. Wchodzimy po cichu. Starszy pan tłumaczy nam szeptem, że to trzeci seans z tym koniem, a na trzecim seansie odbywa się zakładanie siodła.
Monty mówi do konia, ale też rozmawia z nami. Chodząc wokół konia, mówi spokojnie do nas. Pyta, skąd jesteśmy. Mówi, że był w Warszawie.
Wyobrażam sobie, że Jasiu może czuć coś takiego, jak ja bym czuł w wieku piętnastu lat, gdyby zmaterializował się przede mną Winnetou i Old Shatterhand.
Przez godzinę oglądamy w ciszy i skupieniu seans siodłania dzikiego konia. Jasiek zafascynowany, Darek i ja zaczynamy nieco przysypiać. Seans wygląda zapewne ekscytująco dla znawców i pasjonatów. Zostawiam więc Jasia i wymykam się po cichu do smoking corral, a potem siadam przed wejściem.
Wszystko ok? - pyta mężczyzna, jak się okazuje, pracownik rancza. Często tu słyszę to pytanie, czy wszystko ok. Bo jest gorąco, bo można zasłabnąć, bo ludzie są różni etc.
Tak, dziękuję. A można tu gdzieś kupić kawę? - pytam, bo czuję, jak przysypiam.
Kupić nie, ale zapraszam tutaj.
Wchodzę do biura rancza, dostaję kubek i mam się sam obsłużyć kawą z dużego ekspresu.
No problem - mówi pan.
Miło, miło.
Jasiek wraca podekscytowany, że Monty Roberts rozmawiał z nim i zaprosił go na kurs, jak będzie starszy, bo kurs tutaj dopiero od 16 lat.
Ciągle nie mogę w to uwierzyć - mówi.
Chcemy zobaczyć jeszcze tor wyścigowy. Błądzimy. Wjeżdżamy na jakiś teren, między jakieś stajnie, mijamy jakichś ludzi, rodzinę, która macha nam, jedziemy dalej. Stajemy na placyku, łazimy między stajniami i między uprawami winogron, szukając koni i toru.
Podchodzi do nas szeroko uśmiechnięta pani.
Czy wszystko ok? - pyta.
Tak, dziękujemy.
A czego szukacie? Bo wjechaliście na teren prywatny. Machaliśmy wam. To nasze ranczo - mówi z życzliwym uśmiechem.
Zaczynamy gorąco przepraszać i tłumaczyć się.
- Ależ nie ma sprawy. Chciałam pomóc - mówi. Pyta, skąd jesteśmy i oprowadza nas trochę po stajniach. Na koniec machają nam wszyscy serdecznie na pożegnanie. Idylla.
2017-07-18 | Dodaj komentarz
Duża Ula
2017-07-19 22:11:53
To była uczta dla Jasia. Wspaniale ! Będzie pamiętał to do końca życia. A Panowie zapamiętają smak kawy z Rancha Monty Robertsa. Pozdrawiam i życzę dalszych wspaniałych dni w Kalifornii !
Komentarzy (3)

Route 101

  
To było pragnienie Jasia. Pojechać na ranczo Monty Robertsa. Dwie i pół godziny autostradą na północ od Los Angeles. Monty Roberts to zaklinacz koni. Wydał kilka książek o jeździectwie naturalnym, o ujeżdżaniu dzikich koni bez przemocy. Na całym świecie uczy się jego metody. Od niedawna i w Polsce jest kilkoro instruktorów. Dla koniarzy Monty Roberts to postać legenda. No i on właśnie tu mieszka i tu ma ranczo. Pojechaliśmy.
Route 101 biegnie zachodnim wybrzeżem, wzdłuż Pacyfiku.
Odcinek Los Angeles - San Francisco jest uznawany za jedną z najpiękniejszych dróg świata - mówi Joanna.
Jedziemy wzdłuż tych wszystkich słynnych plaż i miejscowości znanych z amerykańskich seriali. Santa Monica, Santa Barbara, Malibu... To od nazwy tej miejscowości pochodzi drink malibu.
W Malibu widzimy samochody surferów, te w których mieszkają i podróżują, szukając długiej fali. I samych surferów, których jest tu mnóstwo, bo fala jest piękna.
Z prawej strony - góry, których szczyty są w chmurach, z lewej - ocean, w którym skaczą delfiny. Naprawdę! Widziałem skaczące delfiny! Patrzę w lewo - szczyty w chmurach, w prawo - delifny, w lewo - brązowo-zielono-sepiowe góry, w prawo - błękitny Pacyfik. Niesamowite są te kolory, niespotykane zupełnie w Europie.
W oddali, w górach płonie ogień. O tej porze roku zdarzają się pożary. Zdarza się, że dochodzą do domów.
Wszystko to dość niesamowite.

Przerywam. Padam. Skończę jutro. Chciałem napisać cokolwiek, żeby zachować dyscyplinę i regularność, bo już wiem, że jak nie, to wszystko się to rozlezie. Ale mroczki w oczach.

2017-07-18 | Dodaj komentarz
Danka
2017-07-18 21:17:01
Bardzo dziękuję, że pomimo potwornego zmęczenia jednak zmusił się Pan do napisania ciekawego opowiadania. Panie Arturze powinien Pan pisać książki. Tym czasem życzę odpoczynku i żeby Pan się wyspał !
arturpalyga
2017-07-18 22:40:12
Cieszę się, że ktoś to chętnie czyta. Dziękuję!
stala czytelniczka z czecha
2017-07-19 21:57:15
To wspaniale ze Jas mial okazje zobaczenia rancha i porozmawiania z samym mistrzem to bedzie wspomnienie na cale zycie.Arturze zazdroszcze tych wspanialych widokow i zycze dalszych ciekawych wrazen. Sciskam WAS

Informacje:


SZTUKI:

1. Guma balonowa. Klub Osiedlowy Widok, BB
2. Testament Teodora Sixta. Teatr Polski w Bielsku-Białej
3. Nic co ludzkie. Scena Prapremier Invitro. Lulblin.
4. Żyd. Teatr Polski w Bielsku-Białej. Teatr Rampa w Warszawie. Kompania Teatr w Lublinie. Skene Szinhaz w Budapeszcie. Teatr Telewizji.
5. Wodzirej. Koszalin Kulturkampf. Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie.
6. Hamlet'44. Muzeum Powstania Warszawskiego. Warszawa.
7. Turyści. Teatr Polski w Bydgoszczy.
8. Wszystkie rodzaje śmierci. Łaźnia Nowa w Nowej Hucie.
9. Ostatni taki ojciec (Tato). Scena Prapremier Invitro. Lublin. Teatr Bagatela w Krakowie.
10. V(F) ICD-10 Transformacje. Teatr Polski w Bydgoszczy.
11. Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
12. Już się ciebie nie boję, Otello. Scena Prapremier Invitro. Lublin.
13. Idź w noc, Margot. Kompania Teatr. Lublin.
14. Auschwitz Cat. Sala Beckett. Barcelona.
15. Bitwa o Nangar Khel. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
16. Szwoleżerowie. Teatr Polski w Bydgoszczy.
17. Obywatel K. Teatr Nowy w Zabrzu.
18. Nieskończona historia. Teatr Powszechny w Warszawie. Teatr Nowy w Zabrzu. Akademia Teatralna w Białymstoku. Teatr 59 w Warszawie. Teatr Horzycy w Toruniu.
19. Nangar Khel. Postscriptum. Festiwal Malta w Poznaniu.
20. Truskawkowa niedziela. Teatr Polski w Bydgoszczy. Landesbhune Theater w Willhelmshaven.
21. Aporia 43. Scena Prapremier Invitro w Lublinie. Teatr Arabeski w Charkowie.
22. Love. Cieszyńskie Studio Teatralne.
23. Morrison/Śmiercisyn. Teatr Lalki i Aktora w Opolu.
24. w środku słońca gromadzi się popiół. Teatr Stary w Krakowie. Wrocławski Teatr Lalek. Polskie Radio.
25. Historie bydgoskie - osiem historii. Teatr Polski w Bydgoszczy.
26. Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci. Teatr Fredry w Gnieźnie.
27. I nikt mnie nie poznał. Violetta Villas. Teatr Capitol we Wrocławiu. Teatr Nowy w Łodzi.
28. Lalka. Adaptacja. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
29. Western. Teatr Śląski w Katowicach.
30. Y. Teatr Capitol we Wrocławiu.
31. Znak Jonasza. neTTheatre. Polskie Radio. Warszawa. Lublin.
32. Psubracia. Teatr Śląski w Katowicach.
33. Exodus 2.0. Teatr Węgierki w Białymstoku.
34. Narysowałam więcej, niż tu widać. Strefa Wolnosłowa. Warszawa.
35. Klątwy. Teatr Osterwy w Lublinie.
36. Rewizor. Będzie wojna. Teatr Ludowy w Nowej Hucie.
37. Dybbuk. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
38. Muzułmany. Teatr Śląski w Katowicach.
39. Panna Nikt. Wrocławski Teatr Współczesny.
40. Dada z łasiczką. Teatr Śląski
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W sprawach wszelakich proszę pisać do mnie na adres:
appalyga@gmail.com

Archiwum:


2017
» lipiec (14)
» czerwiec (6)
» maj (2)
» kwiecień (5)
» marzec (1)
» styczeń (2)

2016
» grudzień (7)
» listopad (2)
» październik (3)
» wrzesień (2)
» sierpień (10)
» lipiec (9)
» czerwiec (7)
» maj (2)
» kwiecień (4)
» marzec (4)
» luty (4)
» styczeń (2)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (3)
» wrzesień (3)
» sierpień (2)
» lipiec (2)
» czerwiec (4)
» maj (8)
» kwiecień (10)
» marzec (4)
» luty (5)
» styczeń (2)

2014
» grudzień (5)
» listopad (2)
» październik (2)
» wrzesień (7)
» sierpień (9)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (2)
» kwiecień (6)
» marzec (8)
» luty (7)
» styczeń (5)

2013
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (3)
» wrzesień (9)
» sierpień (9)
» lipiec (7)
» czerwiec (4)
» maj (10)
» kwiecień (11)
» marzec (10)
» luty (6)
» styczeń (9)

2012
» grudzień (6)
» listopad (9)
» październik (3)
» wrzesień (11)
» sierpień (13)
» lipiec (7)
» czerwiec (9)
» maj (11)
» kwiecień (7)
» marzec (4)
» luty (8)
» styczeń (4)

2011
» grudzień (4)
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)

2010
» grudzień (4)
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)

2009
» grudzień (9)
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)

2008
» grudzień (8)
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)

Ostatnie komentarze


[Duża Ula]
To była uczta dla Jasia. Wspaniale ! Będzie pamiętał to do końca życia. A Panowie zapamiętają...
[stala czytelniczka z czecha]
To wspaniale ze Jas mial okazje zobaczenia rancha i porozmawiania z samym mistrzem to bedzie...
[arturpalyga]
Cieszę się, że ktoś to chętnie czyta. Dziękuję!

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 1312488
Newsów: 679
Komentarzy: 2103
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Artur Pałyga, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała