OPK*
„Merlin Mongoł" Nikołaja Kolady ze świetną Moniką Obarą, jako Merlin to najlepsza rzecz widziana ostatnio. W Bydgoszczy, w Teatrze Polskim. Polecam każdemu, kto miałby okazję. Ruska prowincja, Szapiłowsk. Doskonale budowana dramaturgia, cztery postacie na scenie wciągają w swój świat całkowicie. Niby wszystko to już widziane, nienowe, te rosyjskie klimaty wódczane, beznadziejne, te „ach do Moskwy, do Moskwy" westchnienia. Sztuka Kolady to „Trzy siostry" sto lat później - w zrujnowanym kompletnie posowieckim świecie, gdzie to już nie westchnienie jest, ale skowyt beznadziejny absolutnie. A jednocześnie z Koladowym humorem, więc nie ponuro.
Nie przebije tego ani „Mała Moskwa" - film, jak na kino polskie, bardzo staranny i dobrze zrobiony (no i brawo za temat - świat rosyjskich wojskowych w PRL - ciekawy, nierozpoznany), ale po paru dniach blednie w pamięci - ani „Happy-go-lucky!" ze słodką bombonierką - Sally Hawkins (choć tu przeciwnie - film pozornie błahy, zyskuje z czasem, kiedy się do niego wraca, myśli), ani ostatni ciężkostrawny kąsek muzyczny mój - „War requiem" Benjamina Brittena. Ani Bułhakow nawet, dramaty - lekkie i miłe. No może Apollinaire, Kaligramy - jako blog żołnierza z I wojny św.
Co tam jeszcze ostatnio udało się wciągnąć? „Kajtusia czarodzieja" w bydgoskim teatrze - baloniki spadające z balkonu, fajerwerki, tysiąc postaci na scenie. Przedziwny ten Korczak. A jednak rzeczywiście - trafna diagnoza pana reżysera Kosa, Kajtuś to mądrzejsza wersja Harry'ego Pottera. O niebo mądrzejsza! I dlatego kompletnie nie nadaje się na kasowy sukces. Kajtuś nie potrzebuje żadnych szkół magii. Kajtuś wie, że wystarczy zacząć czarować, żeby zostać czarodziejem. I kiedy to odkrywa, wywraca świat do góry nogami, bo trudno tego nie zrobić po takim odkryciu. I bardzo szybko zaczyna za to płacić, bo tak jest, że za takie rzeczy bardzo szybko zaczyna się płacić i to są najprostsze prawdy w formie prostej, niebanalnej. Kajtuś za swoje czary płaci najpierw wolnością, a potem życiem. Ten brak zakończenia książki i brak zakończenia spektaklu, to urwanie to śmierć Kajtusia. Śmierć niedopowiedziana. Nie można zakończyć książki dla dzieci śmiercią tytułowego bohatera, więc zakończenia nie ma. Urwane. Ale też nie można było zakończyć tej opowieści inaczej. Kajtuś to Faust dla dzieci. Odkrywa prawdę niedostępną dla Harry'ego Pottera, acz prostą i jasną dla dzieci. Prawdę o różnicy między czarodziejem, a wróżką. Czarodziej czarodziejską moc wykorzystuje dla siebie, a wróżka dla innych.
O „Happy-go-lucky" rzeczywiście, to zaskakujące, dość dużo się myśli po. W trakcie filmu miałem zjazdy. Nudziły mnie te perypetie wiecznie rozbawionej, chichoczącej trzydziestolatki. To, że w filmie nic się nie wydarza nie przeszkadza i jest nawet ciekawe. Nużący był ten chichot ciągły, jakaś jego płaskość, bezmyślność. Ale wszak nieprzypadkowo bohaterka nazywa się Poppy. Poppy to chodząca radość życia, to irytujące ucieleśnienie reklamowego sloganu „bądź sobą!" Poppy zajmuje się w życiu doskonaleniem siebie poprzez zapisywanie się na kursy oraz zabawą. Zawsze happy, zawsze smiling. Singielka, żeby bez zobowiązań. Bezdzietna rzecz jasna. Kolorowa Poppy, w błyskotkach. I tak mnie wkurza, wkurza ta śliczna szczebiotka, wkurza i wkurza i pojawia się karykatura mnie - zrzędliwa baba w ciąży, która mówi jej, co sam przed chwilą miałem ochotę jej powiedzieć - opamiętaj się, dziewczyno, pomyśl! Twoje życie to fifanie.
- Ale ja jestem szczęśliwa - mówi Poppy i mówi naprawdę. No i co? No jest szczęśliwa. No jest. No może i pusta ta popowa kultura, może i bezmyślna, ale może w niej spełnia się wszystko, może to - jestem szczęśliwa - to to spełnienie, ponad które nic więcej już nie ma do dodania. No po cholerę ja mam ją katować Brittenem i Apollinairem, jeśli ona ma TO bez tego?
I skojarzenie z tymi pięknymi beztroskimi ludźmi przyszłości z „Wehikułu czasu" Wellsa. Ludzie - motyle, ludzie z pianki morskiej.
Londyn Poppy i Szapiłowsk Merlin Mongoł to dokładnie dwa przeciwne bieguny. Ciekawe.
*Osobisty Przeglądzik Kulturalny
Codziennie jeden
Takie postanowienie noworoczne - codziennie jeden człowiek. Z dziś. Codziennie jeden Zdziś.
A więc pierwszy Zdziś to mężczyzna spotkany dziś w kościele w Krośnie Odrzańskim. W zaskakująco dużym, cholernie zimnym, poniemieckim kościele. Przed ołtarzem szopka z aniołkiem, który majta główką, gdy mu się wrzuci pieniążek. Przed szopką grupka dzieci z instrumentami gra i śpiewa kolędy. Z dziećmi garstka mamuś i tatusiów. Ton nadaje wszystkim, stojący na przedzie, tyłem do ołtarza, przodem do swojej maleńkiej orkiestry, mężczyzna, którego odbicie w tych słowach dzisiaj zastygamy. Wysoki, w eleganckim płaszczyku, w odprasowanych spodniach i błyszczących butach. Karnacja ciemna. Czarnowłosy z ciemnym wąsem. Na lotnisku w Tel Awiwie z pewnością zostałby zatrzymany do kontroli za sam wygląd, jak Awiszaj. Awiszaj narzeka, że zatrzymuje go w Izraelu każdy patrol, a on jest tylko sefardyjski. Ale nie o Awiszaju teraz. I nie o księdzu wesołku, który Jaśkowi przybił pionę, krzycząc: "Dawaj kasiorę!". Ale o czarnowąsym mowa. Więc czarnowąsy. Grał na gitarze z dużym zaangażowaniem. Grał z wprawą. Pewnie stale, pewnie zawsze grywa na gitarze i śpiewa na jakichś spotkaniach różnych ichnich. Taki elegancki facet z gitarą, w kościele. Ręce marzną, jak się gra na instrumentach - akordeon, flecik, gitara. WIem jak marzną, bo sam kiedyś kolędowałem, chodziło się z gitarami, klarnetami po jaworzańskich, komorowickich domach.
No ale dobra, Krosno Odrzańskie. Nieogrzewany kościół, gdy na dworze mróz. Już nie że jemu, ale tym dzieciom w ręce zimno. A może nie. Może tak przeżywają, że nie czują zimna, może takie to dla nich ważne. To możliwe i należy się szacunek.
Czarnowąsy ciągnął każdą pieśń, z wigorem, żywo, emocje na twarzy, a jednocześnie czuwa nad wszystkim, bacznie baczy na każdy ruch każdego dzieciaka. Pomyślałem sobie, że to taki głęboko wierzący ojciec rodziny, lider grupy rodzin, kochający, dobry, zawsze diabelnie uczciwy. Pomyślałem sobie, że pewnie mieli bardzo radosne, rozśpiewane, a jednocześnie takie mocno mistyczne Boże Narodzenie, które przeżywane jest jako niezwykle ważne wydarzenie duchowe i egzystencjalne. I z niego, z czarnowąsego ten dobry duch świąt udziela się wszystkim dzieciom, matce, innym rodzinom ze wspólnoty, czy z grupy, bo pewnie mają jakąś wspólnotę czy grupę. Zaskoczył mnie więc ten grymas, agresja, z jaką nagle zareagował na coś, nie wiem, czy ta mała dziewczynka się pomyliła, czy nie wzięła nut, ale warknął na nią i skrzywił się w jakiś taki sposób, że się od razu było całym sercem po stronie tego zmarzniętego dziecka i się nagle czuło z całą mocą dziecięce zgrabiałe ręce. To moment trwało. Potem jeszcze raz powtórzył, jeszcze raz warknął jak pies na tę samą. I dalej jedzie z kolędami, dalej ciągnie, dalej radośnie i żywo. Żadne z dzieci nie zareagowało poza nią, która próbowała się z czegoś tłumaczyć, ale została uciszona gestem. Kompletny brak reakcji pozostałych świadczył, że dzieje się coś normalnego, do czego wszyscy są przyzwyczajeni. I grają grzecznie i wesoło dalej. Wszyscy już wychodzili rozruszać się, rozgrzać, a oni grali dalej pilnowani czujnym okiem czarnowąsego ojca - gitarzysty. Spojrzał mi w oczy, kiedy patrzyłem na niego. Miał ciemne. Ciemne oczy.
Świerki
Świerki w płaszczach zarzuconych
W czapkach ostro zakończonych
Astrologów zgromadzenie
Ściętym braciom ślą ukłony
Lodziom które płyną Renem
Do sztuk siedmiu mając klucze
Dzięki starych drzew nauce
Co posiadły kunszt poety
Wiedzą, że zabłysną w krótce
Okazalej niż planety
Błysną gdy niepostrzeżenie
W śnieżne gwiazdy się zamienią
Dla Wigilii szczęsnej chwały
Święta świerków które drzemią
Z ramionami co omdlały
Świerki pięknych nut muzycy
Śpiewający kolędnicy
Kiedy wieje wiatr po nocy
Lub poważni czarownicy
Chmury burz zaklinający
W rzędach białe cherubiny
Zastąpią je w szronach zimy
Chwiejąc skrzydeł swych piórami
Latem wielcy to rabini
Lub milczące stare panny
Świerki konsyliarzy rada
Która maści swe przykłada
Gdy ciężarna rodzi góra
Czasem świerk sędziwy pada
Jęcząc kiedy dmie wichura
Apollinaire, Świerki, tłum. Artur Międzyrzecki
Stanęliśmy z E. jak wryci w ziemię. To ona zobaczyła i pokazała mi. Przez jakieś długie chwile nie wiedziałem, co powiedzieć poza "ha!". Na włazie kanalizacyjnym wygrawerowano "Hymn do miłości" świętego Pawła. Te wszystkie chodnikowe akcje Zabłockiego, takoż moje vlepki z fragmentami wierszy Wata na przystankach - wszystko to furda w porównaniu z tym tu lśniącym w zimowym słońcu zjawiskiem. Miłość! Miłość! Miłość! Nie zazdrości, nie szuka poklasku. Miłość! Gdybym jej nie miał! itd. Pokrywa. A pod spodem ściek. Ale też można odwrotnie - ścieki, ale Hymn do miłości. Piękna rzecz! Święty Paweł na pewno się cieszy. Muszę przyznać, że odczuliśmy z E. nawet coś w rodzaju wzruszenia. Dla uatrakcyjnienia codziennej drogi do pracy, nie powiem Państwu gdzie. Gdzieś w Bielsku-Białej. Proszę patrzeć, co depczecie!
PS
A Urząd Miasta znów wydał książkę. Baśnie bielskie, książka dla dzieci Renaty Piątkowskiej. Ciekawa rzecz i fajnie, że to się wydaje. No i tak pięknie rozpada się w rękach? Dawno widziałem aż tak byle jak sklejoną książkę. Warto ją nabyć, aby wspomnieć sobie z nostalgią zamierzchłe lata osiemdziesiąte. Po trzech dniach połowę kartek powypadało. Ale napis: Copyright by Urząd Miejski w Bielsku-Białej dumnie na tej bylejakości, na tych strzępach widnieje.
Notka bez znaczenia
Mam wrażenie, że zajmuję się głównie robieniem wrażenia, że się czymś zajmuję. A tak naprawdę to nie robię nic. Włóczę się po stacjach benzynowych, oglądam pluszaki. Siedzę w domu, patrzę. Śpię. Trochę czasu spędzam w łazience. Łażę z psem koło noclegowni, szpitala dla rakowców, macdonaldsa, kościoła, cmentarza, piekarni. Czczę. Spotykam się. Czasami gadam. Piszę coś tam. Czytam. Udaję, że czytam. Siedzę.
Napisałem to półtora roku temu. Jakoś tak. Jeden z wielu zapisków bez daty. Blog porządkuje, bo przynajmniej daty są. I co? I jakby się uruchomiło jakieś niesłychane, niewidziane koło napędowe zaraz potem, które kręci się coraz szybciej i mocno trzeba się trzymać, żeby się nie rozsypać. Jakby się włączył jakiś silnik odrzutowy półtora roku temu, który się jeszcze po włączeniu pół roku rozgrzewał i hop!
Inne strzępy sprzed obecnej ery, odnalezione na dysku:
Mile łechcące złudzenie, że opisanie strzępów tych ginących w jasnym pomroku rzeczy i zdarzeń coś DA. Kiedy znalazłem kalendarzyk z czasów liceum, w którym przez rok dzień w dzień opisywałem, co się wydarzyło, nie chciało mi się go czytać. Nawet sentymentalnie jest lekce ważący.
Jedyne istotne znaczenie ZAPISYWANIA ma wymiar ściśle doraźny. Porządkuje. Teraz. Przeczytam to jutro, pojutrze zerknę, finito.
Za to chętnie rzucam się na zapiski cudze - nie te przeznaczone do czytania, ale te intymne, prywatne, niczego nie pragnące ludzkości zakomunikować, przed ludzkością skryte. Porzucone listy zakupów, zmięte notatki z wykładu z rysuneczkami, list do dziewczyny pisany na lekcji, prośba do Matki Boskiej.
Mój rarytas, mój biały i czarny kruk, moje Złote Pióro to pamiętnik nastolatki. Autentic! Pod żadną publiczkę! W zeszycie, długopisem. Z marginesami czerwonymi. Stukartkowy. Dostałem go dziesięć lat temu i chowam w najskrytszym zakątku mojego mieszkania.
Gdybym miał próbować zapisać żywcem myśli, wyglądałoby to mniej więcej tak:
czternaście pięter, jako głowa, nie wiem, trzaski, dziś kartka on się oddala a ja niezupełnie mi się to wymyka. Mam zadzwonić w lutym. To wszystko ciasne i stratondato. One się próbują zbierać w jakieś Jak krople Jak krople Krople! Stałem z przez szybę bliski Korytarz na dziewiątym piętrze. Takie poblaski. Zachwycone. Kiedy się odezwiesz hof?
U Apollinaire'a to jest trochę. On to jakoś próbował. W "Strefie" na przykład, nie? Jukstapozycja - ładne słowo.
Informacje:
Fotka moja z Kubą: JAGODA PICTURES STUDIO
----------------------------------------------------------------
Guma balonowa
Testament Teodora Sixta
Nic co ludzkie
Żyd
Wodzirej. Koszalin Kulturkampf
Hamlet'44
Turyści
Wszystkie rodzaje śmierci
Ostatni taki ojciec
V(F) ICD-10
Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami
Już się ciebie nie boję, Otello
Idź w noc, Margot
Auschwitz Cat
Bitwa o Nangar Khel
Szwoleżerowie
Obywatel K
Nieskończona historia - Warszawa
Nieskonczona historia - Zabrze
--------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Archiwum:
2012
2011
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)
2010
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)
2009
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)
2008
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)
Linki polecane:
www.jacekproszyk.blog.bielsko.pl
www.poewiki.org/index.php/Strona_osobista:Artur_Pałyga
www.nieszuflada.pl
www.januszlegon.bielsko.pl
www.heniekurban.salon24.pl
www.e-teatr.pl
www.powszechny.art.pl
Ostatnie komentarze
Gratuluję. Szczerze się cieszę :-)
Pozwolę sobie podzielić się wrażeniami (impresjami) na bazie oglądanych sztuk: "Ikaria". Refleksja nad starością. Starzy...
ja wrocilem z bielska do korzeni czyli do mesznej i na szczescie ni chuja zadnego...
Reklama:
Statystyki bloga:
| Wyświetleń: | 322700 |
| Newsów: | 334 |
| Komentarzy: | 1178 |


