arturpalyga.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
arturpalyga.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - arturpalyga.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - sierpień 2014


Komentarzy (0)

W stronę Raju

  

Historia Sahary ładnie koresponduje z opowieścią o wygnaniu z Raju. Afryka. Pierwsi ludzie. Kolebka ludzkiego świata. Sahara to żyzna, zielona kraina, gdzie ludzie i zwierzęta żyją obok siebie. W opowieściach o genealogii plemion, u początków jest jedność ludzi i wybranych gatunków zwierząt. Wygnanie następuje pięć tysięcy lat temu. Raj zmienia się w pustynię. Na straży stają aniołowie suszy, burz biaskowych, pragnienia i śmierci. Zaczyna się wielka wędrówka.
Jeszcze ciemno. Naprzeciw nas człowiek śpi przed sklepem, na ziemi, przykryty kartonem. Deszcz pada i robi się błoto gęste i gliniaste. Ładujemy torby do starej, zielonej taksówki, gdypierwsi ludzie na rowerach, motorowerach i małych motorkach, z głowami przykrytymi czymkolwiek, zasuwają już przed siebie.
Kiedy jedziemy i z mroku wyłaniają się pierwsi idący, myślę sobie jeszcze, że oni nawet podczas deszczu chodzą powoli i spokojnie, jakby nigdzie nigdy się nie spiesząc. Lidia mówi, że jak kiedyś szybko szła, spiesząc się na autobus, ludzie się z niej śmiali. Szybkie chodzenie jest śmieszne.
Na dworcu tylko nasz autobus. Na północ. Na Sahel, do podsaharyjskich stref. Jestem pewien, że w Polsce takim autobusem nikt nie wybrałby się nawet z Biedaszewa Małego do Biedaszewa Wielkiego, bo bałby się wsiąść. Tutaj to pojazd na trudniejsze trasy. Bo te na północ są trudniejsze. A każdy kurs jest niespodzianką. Nie wiadomo, co nas spotka. Załoga to kierowca i kilku chłopaków, którzy sprawnie upychają bagaże, gdzie jeszcze jest miejsce. Autobus jest pełny. W półmroku nasze jasne skóry nie świecą tak bardzo. Ciekawe zresztą z tym widzeniem kolorów skóry. My jesteśmy przekonani, że to my jesteśmy biali, a oni czarni, choć wiadomo, że tak naprawdę, przyglądając się kolorom naszych skór, tacy oni czarni, jak my biali. A są tu takie plemiona, które uważają, że to oni są biali, a my jesteśmy pomarańczowi, więc mówią na nas czerwoni.
Ruszamy. Pokrzykiwania załogi,niczym chłopców okrętowych na odbijającym od brzegu frachtowcu. Okrzykami pomagają mu wyjechać z bram dworca. Dobrze, że w większości są szyby w oknach, bo wciąż pada. Ouagadougou powoli zostaje za nami. Autobus rozpędza się na nierównej drodze. Nie siedzimy razem. Nie było miejsc koło siebie. Foteli jest po pięć w każdym rzędzie, łączone po dwa i trzy. Siedzę trochę ściśnięty obok starszego mężczyzny, który porusza ustami, jak gdyby się modlił, po czym powoli i spokojnie okręca sobie głowę i twarz dużą chustą, pozostawiając tylko oczy, które zamyka.Krople na szybie, miły przewiew, trzęsienie. Choć strasznie jestem ciekawy tej drogi i chociaż nagle robi się jasno, jakby ktoś na pstryk włączył przyćmione chmurami deszczowymi słońce,dopada mnie sen, który owija mi głowę, powoli i spokojnie, pozostawiając tylko oczy, które zamykam. Śni mi się zlikwidowany Raj,obrócony w piasek i w czerwony pył. I ludzie, których spotkaliśmy. Recepcjonista z hotelu Delwende, który 24 godziny na dobę miał włączony telewizor, stacja Burkina. Przepytywał nas, skąd jesteśmy, kim jesteśmy i dokąd jedziemy. Pytał, ile mam żon. Jedną. On też ma jedną. Nie chce więcej. I grzeczny chłopiec, syn Saturnina, który odwiedził nas w hotelu i bardzo grzecznie i z uśmiechem odpowiadał na pytania Lidii, co słychać, i jak rodzina. I starszy człowiek siedzący w kucki na ziemi przy zwijających się wieczorem straganach, który uśmiecha się do mnie.

Wiem, że autobus stoi, że już od dawna nie jedziemy. Ale śpię po bezsennej nocy i chcę wrócić do snu. Odnotowuję tylko, że część ludzi wysiadła, a część siedzi dalej. Więc wolno siedzieć, wolno się nie ruszać. Człowiek z głową zawiniętą w chustę, obok mnie, śpi spokojnie. Więc pewnie nic nadzwyczajnego. Autobus się zepsuł na tej wyoboistej drodze i usiłują naprawić. Staliśmy tam podobno ze dwie godziny, zanim naprawili.Nie wiem. Spałem.

2014-08-29 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (3)

Bezsenność

  

Sen z powiek spędzał mi strach przed bezsennością. Że będę przewracał się z boku na bok w przepoconej pościeli. Że będą mijać godziny wpatrywania się w odrapany sufit i bezładnej plątaniny myśli i obrazów. Że minie tak wiele godzin a nazajutrz, zamiast chłonąć Afrykę, będę nieprzytomny.

I przyszła. Drugiej nocy w hotelu Delwende. Pomimo obfitującego we wrażenia dnia, pierwszego dnia w Afryce, pomimo marszu przez miasto na lotnisko i z powrotem, pomimo długiej rozmowy potem na balkonie, leżałem w przepoconej pościeli spryskany środkiem na komary i wpatrywałem się w odrapany sufit.

O piątej wstajemy - uderzała rytmicznie, jak główny akord myśl. - O piątej trzydzieści mamy być z bagażami na dole, gdzie będzie taksówka, która zawiezie nas na dworzec autobusowy.

Różne sposoby ułożenia ciała na pościeli.

Z przypadkowo ruszonych szufladek z pamięcią wypadają obrazy. Jestem mały. Leżę w łóżku, w swoim pokoju przy Jesionowej, jest późno, patrzę w światło z dużego pokoju odbijające się w przedpokojowej szafie i powtarzam w kółko: chcę zasnąć chcę zasnąć. A potem myślę sobie, że TO jest złośliwe i trzeba na przekór, i powtarzam: nie chcę zasnąć, nie chcę zasnąć, żeby TO oszukać. Ale ani jedno ani drugie nie przynosi skutku.

Kolejne nutki tej niekończącej się symfonii bezsenności to powracające motywy z dzisiejszego dnia, nie tyle porządkowanie informacji, co bezładne okruchy. Najsilniej, w różnych wariantach, z różnych punktów widzenia, powraca rozmowa z Charlesem i Aleksem. Charles - Mossi i Alex - Dogon, wspólnie muzykujący przyjaciele, do których w końcu nie trafiłem na próbę ich zespołu.

Mossi i Dogonowie to stare, o bogatej historii plemiona, które walczyły ze sobą. Ciekawe zresztą, że nazywamy je plemionami, a nie narodami. Kiedy plemię staje się narodem? Od czego to zależy?

Zwykły Europejczyk, który słyszy o plemionach w Afryce, wyobraża sobie grupkę murzynów w sukienkach z liści palmowych tańczących z dzidami dokoła ogniska, czy coś w tym rodzaju. I byłby zapewne zdziwony, że państwa afrykańskie mają historię nie uboższą niż europejskie. Egipt, ba! Egipt! No Egipt, wiadomo. Ale nie tylko Egipt. W tej części Afryki,w której nie mogę zasnąć, najstarszym państwem jest Ghana. Pierwsze zapisy na jej temat znajdują się w kronikach arabskich podróżników z VII wieku. Potomkowie tych arabskich podróżników dwieście lat później wspomnieli o państwie Mieszka I. Potem było Mali ze słynną dynastią Keita, która zbudowała tu średniowieczne imperium.

Około tysięcznego roku Afrykę nawiedził potężny klimatyczny kataklizm - wielkie susze i pustynnienie obrzeży Sahary w kierunku południowym. Mossi, lud myśliwych i wojowników, został wyparty przez piasek na południe zamieszkane przez liczne klany rolnicze nazywane ogólnie ludami woltyjskimi, od nazwy rzeki, która przepływa przez te tereny. Wojownicy Mossi szybko podbili cały ten rolniczy teren, narzucając mu własną organizację polityczną, i tworząc silne i sławne Królestwo Ouagadougou. W wyniku czegoś porównywalnego z naszym rozbiciem dzielnicowym, jeszcze w średniowieczu powstało drugie państwo Mossi - Królestwo Yatenga ze stolicą w Ouaigoui, do której dzisiaj o szóstej rano zawiezie nas autobus. Yatenga przez setki lat szarpało się, biło, czyniło najazdy na państwo Dogonów, dziś na pograniczu Burkina Faso i Mali. Podczas tych najazdów Mossi podbili inne mniejsze ludy na pólnocy, jak również szczycący się bogatą kulturą i historią lud Kurumba, który zamieszkuje Pobe Mengao i okolice.

Mossi tak się dali we znaki podbitym ludom, że kiedy w XIX wieku weszły tu wojska francuskie,Mossi musieli stawiać im czoła sami. Dogonowie i Kurumba nie dość, że nie kiwnęli palcem, to jeszcze przyjęli Francuzów jak serdecznych gości, którzy uwolnili ich od odwiecznego wroga. Na Francuzach jednak dowody sympatii nie zrobiły wielkiego wrażenia i szybko narzucili ludziom nowe jarzmo, drakońskie daniny i obowiązek darmowej pracy przymusowej, więc szybko doprowadzili do wrzenia i do zorganizowanego oporu. Ostatnia bitwa rozegrała się 25 lat po wkroczeniu Francuzów na te ziemie. Ostatni walczący Dogoni zamknęli się w ufortyfikowanej wiosce Tabi na terenie dzisiejszego Mali. Pułkownik Mangeot, komendant regionu Timbuktu, wysłał na Tabi oddział 140 żołnierzy, w tym 20 artylerzystów, działa oraz 200 pocisków, karabin maszynowy z 1500 nabojami. Każdy strzelec dostałpo 150 naboi. Naprzeciw siebie mieli afrykańskich wojowników wyposażonych w łuki, dzidy, oszczepy i w nieliczne strzelby. Na propozycję kapitulacji odpowiedzieli, że wolą umrzeć niż być wygnańcami lub niewolnikami. Zbudowali system okopów oraz kamiennych umocnień i bastionów. Bitwa rozpoczęła się 7 listopada 1920 roku. Przez trzy dni Francuzi ostrzeliwali Tabi z armat, nie ruszając się z miejsca. Gdy Dogoni odrzucili kolejną propozycję poddania się, 11 listopada ruszył szturm. Walki trwały kolejne trzy dni. Wioskę zdobyto 14 listopada. Okazało się, że przez ten tydzień opór stawiało 70 walczących. Wioskę za karę Francuzi postanowili wymazać z mapy. Budynki zrównano z ziemią, zniszczono drogi dojazdowe, a mieszkańców przesiedlono na pustynię.

Nazwa Tabi funkcjonuje tam do dziś trochę jak u nas Westerplatte.

Kiedy robi się jasno, postanawiam wziąć prysznic i zmyć z siebie całonocny pot. Nie mam świadomości, że to ostatni normalny prysznic w drodze na północ. Zmyty świeżą wodą, nareszcie zasypiam na chwilę. Bo to już. Piąta. Wstajemy. Pada deszcz.

2014-08-26 | Dodaj komentarz
siostra
2014-08-31 21:40:46
Czytam z zapartym tchem:) Cejrowski inaczej pisany...W Ghanie budujemy szkołę:) Wielu wrażeń nadal:)
arturpalyga
2014-08-31 22:50:30
Siostry są wszędzie :)
siostra
2014-09-02 22:28:51
tak....od września w Krakowie:):):)
Komentarzy (0)

Smak

  

Kiedy się czyta lub ogląda niektóre relacje z podróży, może się wydawać, że jedzenie jest jakby nową duchowością podróżowania przechodzącą w doświadczenia mistyczne. Egzotyka smaku, kontemplowanie niezwykłej estetyki posiłku,poznawanie podniebieniem nierzadko łączone z czymś na kształt filozofii, z medytacjami nad harmonią wszechświata ma dodawać podróży dodatkowy wymiar. Wymiar niewidzialnego. Wszystko, co niewidzialne w tego rodzaju relacjach z podróży, mieści się na talerzu w dobrym lokalu z regionalną kuchnią. Owszem, widzimy powierzchnię, barwną i interesująco przystrojoną, ale to, co najważniejsze jest niewidzialne dla oczu. Pokażemy ci wszystko, widzu, cały świat na tacy leży tu przed tobą, proszę, bierz! Ale smak musisz sobie wyobrazić. Smak jest niewidzialny. Jedynie on.

Nie wiem, może stąd w ogóle ten wariacki zalew kulinarnych programów w naszym świecie. Smak to jedyne uznawane niewidzialne. Świat, który sprawia wrażenie, że wszystko widać, wszystko jest pokazane, wszystko można zobaczyć, podglądnąć, podejrzeć tę jedną niewidzialność zostawił i wyniósł na piedestał. Świat smakoszy i degustatorów.

Zgroza na twarzy lekarki w Sanepidzie, gdzie poszedłem na obowiązkowe szczepienia przed wyjazdem, kiedy usłyszała, że zamierzam tam, w Afryce, jeść u ludzi i to samo, co oni.

- Będziemy też mieli nasze zupki w proszku - mówię.

- I bardzo dobrze!

Na stoliku, na naszym balkonie w hotelu Delwende,pojawia się jedzenie. Grzegorz kupił od ulicznej handlarki. Nalana do foliowych woreczków brudnozielonkawa ciapaja. Z woreczków przelewamy do naszych turystycznych naczyń. Coś pomiędzy gęstą zupą, a rzadkim czymś. Zagęszczony wywar z jakichś roślin. Ma kwaskowato-słonawy smak. Do tego przyprawa. Ostra jak wszyscy diabli.

- To pimo - mówi Lidia.

Jak w wielu biedniejszych regionach świata, gdzie z natury rzeczy mniej dba się o higienę, do potraw tradycyjnie dodaje się piekielnie ostre przyprawy. Odkażają.

Potem, kiedy spacerkiem wracamy z lotniska, gdzie poszliśmy sprawdzić, co z bagażem, zatrzymujemy się na afrykańskiego hot doga. Przy ulicy ogień pod rusztem. Na patyczkach małe kawałeczki baraniego mięsa. Sprzedawca bierze rozkrojoną bułę, wsadza do niej patyczek z mięskami i wyciąga patyczek. W piaszczystym kurzu afrykańskiej ulicy, po zachodzie słońca, pośród mnóstwa przyulicznych budek i straganów, po długim spacerze przez całe centrum, na lotnisko i z powrotem, ten znakomity i niepowtarzalny smak, proszę sobie wyobrazić!

2014-08-22 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Obława

  

To trudne doświadczenie. Trudne doświadczenie - stać się zwierzyną łowną. Idzie się przez centrum dwumilionowego miasta i nie widzi się ani jednego białego poza naszą trójką. I jest się przez wszystkich dokoła widzianym, obserwowanym. Większość kulturalnie zachowuje spokój, niektórzy uśmiechają się życzliwie, niektórzy machają. Ale dla wszystkich łowców, a takich w żadnej stolicy nie brakuje, jesteśmy jak na widelcu. Jesteśmy zwierzyną. Obfitujemy w mięso, czyli w pieniądze, jakie na pewno, wiadomo, to się zawsze sprawdza, posiada każdy biały.

- My friend! My friend! - słyszymy. Pokazują jakieś przedmioty, z pewnością atrakcyjne i ze specjalną ceną da turystów. Chyba najdziwniejszą rzeczą, jaką chciano nam sprzedać na ulicy, były duże szczotki do froterowania podłogi. Jesteśmy jak brzęczące w ich wyobraźni, pękate worki z pieniędzmi, które trzeba tylko delikatnie przechylić w swoją stronę, żeby sobie coś uszczknąć. Co pewien czas ktoś przyłącza się do nas, ściska dłoń, wypytuje, zaprzyjaźnia się, próbuje wybadać, czego chcemy, czego tu szukamy.

- Może kobietę? Piękną afrykańską kobietę? Chcesz? - zachęca na koniec jeden z przygodnych towarzyszy spaceru przez centrum Łaga.

Nie ma rzeczy, której nie mógłbyś sobie zażyczyć. Od butów przez szczotki po kobiety. Jestem pewien, że gdybyśmy okazali zainteresowanie bronią maszynową bądź adopcją dzieci, każdy z tych przygodnych towarzyszy z miejsca zaangażowałby się w doprowadzenie transakcji do końca. Kwestia ceny.

Usilnie staram się przestać być zwierzyną. Znaleźć ludzkie porozumienie. Zmienić relację.

I tu następuje obława pod pocztą.

Przyszliśmy na pocztę wysłać kartki do Polski.

Większość białych (nielicznych, bo jak dotąd nie spotkaliśmy żadnego) najwidoczniej wcześniej czy później trafia na pocztę. Myśliwi o tym wiedzą.

Rozdzielają nas. Każdego z nas w mgnieniu oka dopadają grupy myśliwych, którzy, nie wiem, może czatują tu od rana. Na początek każdy chce nam sprzedać komplet kartek pocztowych. Otaczają mnie kręgiem. Dyskutują, przekonują, pokazują, wkładają do ręki. Nie są agresywni. Nie ma w tym cienia agresji. Trudno nawet powiedzieć, że są nachalni. Po prostu wykonują swoją pracę, jak mogą najlepiej. Są życzliwi, serdeczni, uśmiechają się. Śmieję się, ale czuję, że mięknę. Zresztą potrzebuję kartek. Targowanie się. Pamiętam, że mam się targować, że to uświęcony zwyczaj, że suma, którą podaje sprzedający jest znacznie zawyżona, bo do ostrych negocjacji.

Nie umiem jeszcze tego. Nie rozumiem się jeszcze ni w ząb na afrykańskim targowaniu się, które jest szalone. Pojmę to z grubsza dopiero przedostatniego dnia wyprawy. Na razie jestem zwykłym żółtodziobem, kompletnym laikiem, i oni to czują od razu, wiedzą od razu. Targuję się rozsądnie, po europejsku. Jak facet chce za 10 własnoręcznie robionych pocztówek i 10 kopert piętnaście tysięcy cefa (czyli około 90 złotych), to jestem bardzo zadowolony, kiedy udaje mi się stargować aż o jedną trzecią i wziąć 10 pocztówek i 5 kopert za dziesięć tysięcy cefa. Rozstajemy się serdecznie, ściskając sobie dłonie, obaj zadowoleni.

Tymczasem afrykańskie targowanie się polega na tym, że jak ktoś ci rzuca cenę 15 tysięcy, to ty mówisz tysiąc, i być może spotkacie się pośrodku. A są i tacy gracze, którzy za tę samą rzecz zażądają 30 tysięcy, mając nadzieję, że wyjdziesz od tysiąca, spotkacie się pośrodku i będzie miał 15 tys., co jest rewelacyjną ceną za 10 pocztówek. Teoretycznie to wydaje się proste, mówisz tysiąc i ani franka więcej, a na koniec dorzucasz drugi, on się godzi i jest git. W praktyce jednak, w starciu z mistrzami sprzedaży ulicznej z Łaga, uwierzcie nie jest łatwo. Mnie przynajmniej nie było.

Owszem, bardzo byłem z siebie zadowolony, kiedy po kupieniu pocztówek, obstąpili mnie artyści z obrazami, i kiedy kupiłem obrazek, który miał cenę 35 tysięcy cefa, za jedyne 5 tysięcy. Tyle że ja w ogóle nie chciałem kupować żadnego obrazka!

Kiedy po pocztówkach i obrazkach przyszła kolej na zabawki dla dziecka wykonane z puszek po napojach i na ludowe instrumenty muzyczne, stwierdziłem, że muszę to jakoś przerwać, bo za chwilę zostanę bez pieniędzy. Widziałem Lidię i Grzegorza otoczonych grupkami sprzedawców, ostro negocjujących, oglądających masę wkładanych im w ręce rzeczy. Musiałem sobie radzić sam. Przejąć inicjatywę!

- O! O! - pokazałem na ścianę poczty, wykrzykując i gestykulując raptownie.

Wszyscy moi odwrócili się i spojrzeli na ścianę. Duża jaszczurka wbiegająca pionowo po murze, zatrzymała się i też spojrzała na nas. To na nią pokazywałem. Zaśmiali się.

- Pombaka.

- Pombaka?

- Pombaka.

- To w języku moore?

- Tak.

- Mówicie w moore?

- Wszyscy w Łaga mówią w moore.

- Jesteście z plemienia Mossi?

- Nie każdy, kto mówi w moore jest Mossi.

- Ja jestem Dogonem. Jestem z Mali. Jestem uchodźcą - pochwalił się chłopiec, który chciał mi sprzedać strunowy instrument ludowy.

- Ja jestem Mossi - powiedział sympatyczny sprzedawca zabawek z puszek. - Ale wszyscy w Łaga mówią w moore, bo najłatwiej się porozumieć, bo wszyscy w nim mówią.

- A ja jestem z Polski. Mam na imię Artur.

- Charles.

- Alex.

- Neda - mówię, pokazując na siebie. - Osoba.

- Mówisz w moore? - dziwią się.

- Znam parę słów. To zawsze dobrze działa, jak się zna parę słów - śmiejemy się. - Nie jestem zwierzyną łowną - mówię. - Jestem neda.

Śmiech. Uściski dłoni.

- Umiesz na tym grać, Alex? - pokazałem na instrument, który chciał mi opchnąć.

- Pewnie! - oburzył się.

- To pokaż.

Zaczął grać. Zaczął świetnie grać. Charles akompaniował mu na puszce i śpiewał. Grali reagge.

Zapaliliśmy po papierosie z mojej paczki. Porozmawialiśmy o Bobie Marleyu. Odłożyli rzeczy, które chcieli mi sprzedać i zaczęli grać. Świetnie grać.

- Powinniście grać razem.

- Gramy razem. Dzisiaj mamy próbę wieczorem. Przyjdź!

- Przyjdę. Mam nadzieję, że przyjdę. Bardzo chętnie przyjdę.

Charles, ten od zabawek z puszki, mówi, że jest artystą. Na dowód pokazał mi dowód. W dowodzie ma wpisane - artysta plastyk. Skończył studia artystyczne i zarabia na życie, robiąc takie pierdołki z puszek - mówi. - Poza tym gra reagge, maluje obrazy i przymiera głodem. Dzisiaj nic jeszcze nie jadł. Oni tu wszyscy artyści przed tą pocztą. Po szkołach, po studiach. Robią pocztówki, rzeźbią, malują obrazy, robią instrumenty oraz pierdołki z puszek dla turystów. Miejsce przed pocztą to miejsce artystów. Robia też poważniejsze rzeczy artystyczne, jeśli ktoś sobie zażyczy. Stale odwiedzał ich tu Lucjan z Polski, z muzeum afrykańskiego w Żorach, który zbierał eksponaty do muzeum.

Lidka i Grzegorz po zakupieniu różnych rzeczy przedarli się pod pocztę. Jeszcze w środku pomocny kolega pokazuje nam, gdzie, co i jak, po czym chce nam sprzedać koraliki.

Artyści odprowadzają nas do ogródka restauracyjnego. To jeden z najlepszych lokali w Łaga. Jest południe, skwar, patelnia. Aż wszystko, zdaje się, skwierczy wokoło. A tu jest cień, bo rosną przyjemne drzewa i stoliki stoją pod tymi drzewami. I jest trochę trawy, co jest rzadkie tutaj. Wytchnienie przy burkińskim piwie, Brakina, 0,65 l. Więcej niż jedno na tym słońcu źle by się mogło skończyć. Uff, komórki w mózgu szybko przegrupowują się, robiąc miejsce dla nowych doświadczeń i umiejętności.

2014-08-18 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (2)

miasto

  

Spacer po tym mieście zmusza do zrewidowania wyobrażenia miasta, jakie posiada Europejczyk.

Ouagadougou, czy też po Wagadougou lub Wagadugu, bo wszystkie te zapisy są w użyciu, nazywane pieszczotliwie Łaga, jest afrykańską metropolią zamieszkaną przez co najmniej dwa miliony ludzi. Więcej niż Warszawa czy Wiedeń. Więcej niż Bruksela i Amsterdam razem wzięte. Z grubsza tyle co Paryż. Inaczej niż w stolicach europejskich, liczba ludzi w Łaga bardzo szybko rośnie.

Zastanawiając się nad zasadniczą różnicą między filozofią miasta tu i tam, doszedłem do wniosku, że chodzi o relację między ruchomym i nieruchomym.

Dla nas miasto jest przede wszystkim czymś stabilnym, stałym. Zajmuje bardzo konkretne miejsce w przestrzeni, ma określone granice. Jest pełne budowli, skwerów i placów, które SĄ, stoją, tworzą stabilną, trwałą przestrzeń miasta. W tej stabilności, w tej konstrukcji, w tych budowlach istnieją ludzie wpasowujący się w tę przestrzeń.

W Łaga jest odwrotnie. Najpierw są ludzie. Pomiędzy nimi, wśród nich wytyczone są ulice, rzucone są budynki i garść placów. W związku z tym nic tu nie sprawia wrażenia stabilności, czy trwałej konstrukcji. Ma się wrażenie, żę gdyby te budynki i place jutro zmieniły swoje miejsce i kształt, nie zmieniłoby to charakteru miasta. Że gdyby miasto przemieściło się, bo ludzie przeszliby kawałek dalej, to też nic szczególnego by się nie stało. Domy i place musiałyby się dostosować.

Mrowie ludzi, a każdy próbuje coś sprzedać.

I między nimi idziemy my, troje białych. Czuję, jak skóra moja świeci. Jak alarmowa żarówka w ciemności, kiedy dwóch nastolatków na nasz widok rzuca słowo: - Czekolada!

- Tak tu nazywają białych - mówi Lidia. - Czekolada.

Więc inaczej nas widzą niż my siebie pośród nich.

Czekolada.

2014-08-17 | Dodaj komentarz
babcia
2014-08-25 13:10:34
Wokulski w Paryżu widział głównie ruch
ja
2014-08-26 02:17:57
Może to takie uniwersalne wrażenie, jak się nie zna miasta,j jest ono ruchliwe i jest się trochę oszołomionym.

Informacje:


SZTUKI:

1. Guma balonowa. Klub Osiedlowy Widok, BB
2. Testament Teodora Sixta. Teatr Polski w Bielsku-Białej
3. Nic co ludzkie. Scena Prapremier Invitro. Lulblin.
4. Żyd. Teatr Polski w Bielsku-Białej. Teatr Rampa w Warszawie. Kompania Teatr w Lublinie. Skene Szinhaz w Budapeszcie. Teatr Telewizji.
5. Wodzirej. Koszalin Kulturkampf. Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie.
6. Hamlet'44. Muzeum Powstania Warszawskiego. Warszawa.
7. Turyści. Teatr Polski w Bydgoszczy.
8. Wszystkie rodzaje śmierci. Łaźnia Nowa w Nowej Hucie.
9. Ostatni taki ojciec (Tato). Scena Prapremier Invitro. Lublin. Teatr Bagatela w Krakowie.
10. V(F) ICD-10 Transformacje. Teatr Polski w Bydgoszczy.
11. Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
12. Już się ciebie nie boję, Otello. Scena Prapremier Invitro. Lublin.
13. Idź w noc, Margot. Kompania Teatr. Lublin.
14. Auschwitz Cat. Sala Beckett. Barcelona.
15. Bitwa o Nangar Khel. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
16. Szwoleżerowie. Teatr Polski w Bydgoszczy.
17. Obywatel K. Teatr Nowy w Zabrzu.
18. Nieskończona historia. Teatr Powszechny w Warszawie. Teatr Nowy w Zabrzu. Akademia Teatralna w Białymstoku. Teatr 59 w Warszawie. Teatr Horzycy w Toruniu.
19. Nangar Khel. Postscriptum. Festiwal Malta w Poznaniu.
20. Truskawkowa niedziela. Teatr Polski w Bydgoszczy. Landesbhune Theater w Willhelmshaven.
21. Aporia 43. Scena Prapremier Invitro w Lublinie. Teatr Arabeski w Charkowie.
22. Love. Cieszyńskie Studio Teatralne.
23. Morrison/Śmiercisyn. Teatr Lalki i Aktora w Opolu.
24. w środku słońca gromadzi się popiół. Teatr Stary w Krakowie. Wrocławski Teatr Lalek. Polskie Radio.
25. Historie bydgoskie - osiem historii. Teatr Polski w Bydgoszczy.
26. Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci. Teatr Fredry w Gnieźnie.
27. I nikt mnie nie poznał. Violetta Villas. Teatr Capitol we Wrocławiu. Teatr Nowy w Łodzi.
28. Lalka. Adaptacja. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
29. Western. Teatr Śląski w Katowicach.
30. Y. Teatr Capitol we Wrocławiu.
31. Znak Jonasza. neTTheatre. Polskie Radio. Warszawa. Lublin.
32. Psubracia. Teatr Śląski w Katowicach.
33. Exodus 2.0. Teatr Węgierki w Białymstoku.
34. Narysowałam więcej, niż tu widać. Strefa Wolnosłowa. Warszawa.
35. Klątwy. Teatr Osterwy w Lublinie.
36. Rewizor. Będzie wojna. Teatr Ludowy w Nowej Hucie.
37. Dybbuk. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
38. Muzułmany. Teatr Śląski w Katowicach.
39. Panna Nikt. Wrocławski Teatr Współczesny.
40. Dada z łasiczką. Teatr Śląski
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W sprawach wszelakich proszę pisać do mnie na adres:
appalyga@gmail.com

Archiwum:


2017
» sierpień (5)
» lipiec (18)
» czerwiec (6)
» maj (2)
» kwiecień (5)
» marzec (1)
» styczeń (2)

2016
» grudzień (7)
» listopad (2)
» październik (3)
» wrzesień (2)
» sierpień (10)
» lipiec (9)
» czerwiec (7)
» maj (2)
» kwiecień (4)
» marzec (4)
» luty (4)
» styczeń (2)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (3)
» wrzesień (3)
» sierpień (2)
» lipiec (2)
» czerwiec (4)
» maj (8)
» kwiecień (10)
» marzec (4)
» luty (5)
» styczeń (2)

2014
» grudzień (5)
» listopad (2)
» październik (2)
» wrzesień (7)
» sierpień (9)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (2)
» kwiecień (6)
» marzec (8)
» luty (7)
» styczeń (5)

2013
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (3)
» wrzesień (9)
» sierpień (9)
» lipiec (7)
» czerwiec (4)
» maj (10)
» kwiecień (11)
» marzec (10)
» luty (6)
» styczeń (9)

2012
» grudzień (6)
» listopad (9)
» październik (3)
» wrzesień (11)
» sierpień (13)
» lipiec (7)
» czerwiec (9)
» maj (11)
» kwiecień (7)
» marzec (4)
» luty (8)
» styczeń (4)

2011
» grudzień (4)
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)

2010
» grudzień (4)
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)

2009
» grudzień (9)
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)

2008
» grudzień (8)
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)

Ostatnie komentarze


[Duża Ula]
Myślę, że jest to bardzo niesamowite być w miejscach w których byli nasi przodkowie. Na...
[Mada L]
Ale napisane! Jakby się tam było i dotykało! Dziękuję
[Duża Ula]
Na początku tak jak bym czytała jakiś dramat. Dobrze , że to się nie dzieje...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 1326361
Newsów: 688
Komentarzy: 2109
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Artur Pałyga, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała