arturpalyga.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
arturpalyga.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - arturpalyga.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - kwiecień 2015


Komentarzy (0)

Remember the Alamo!

  

San Antonio jest szczególnym miejscem w USA, a już szczególnie szczególnym w Teksasie.To tu, w centrum tego rozległego miasta znajduje się fort Alamo. Remember the Alamo! Pamiętaj o Alamo! - to zawołanie Teksańczyków. To też przykład wyjątkowego jak na ten kraj sukcesu, kultu klęski. Około dwustu bojowników o niepodległość Teksasu w walce z Meksykiem zamknęło się w budynku misji franciszkańskieji stawiło czoła ponad trzytysięcznej armii meksykańskiego generała Santa Any. Teksańczycy bronili się przez trzynaście dni. Wszyscy zginęli. Alamo padło. Niedługo później armia Santa Any została rozbita pod San Jacinto, ale o tym już mało kto pamięta, choć to po bitwie pod San Jacinto Teksas wygrał niepodległość i przez dziesięć lat był niepodległym państwem, zanim nie wchłonęły go Stany Zjednoczone.

Miejsce klęski jest otoczone kultem.W środku jest muzeum. W gablotach można obejrzeć fuzje i gwintówki, z których strzelali Teksańczycy. Akurat, kiedy tam jestem, przed fortem trwa uroczystość. Wojskowi stoją na baczność. Przemówienia.

- Teksas jest najważniejszym stanem Ameryki! Remember the Alamo! - mówi przemawiający. Oklaski! Na dwóch masztach łopoczą dwie flagi - amerykańska i teksańska. Jakby ktoś nie wiedział, to teksańska jest biało-czerwona, a od polskiej odróżnia ją biała, pięcioramienna gwiazda na niebieskim tle, z boku. Amerykańska nie może być wyżej od teksańskiej. Są na tym samym poziomie.

Trębacz gra "Ciszę". Wszyscy wstają. Oddajemy hołd wszystkim poległym w obronie Stanów Zjednoczonych. I koniec. Wszyscy się rozchodzą, trwa fiesta. Przez cały tydzień w San Antonio trwa coroczna fiesta. Są koncerty, parady, wszyscy chodzą w wiankach na głowie.

Za fortem Alamo jest park. Zanim tu był fort, Franciszkanie prowadzili tu misję. Na tej misji chronili się Indianie zagrożeni początkowo nie przez białych, ale przez innych Indian. W ogromnym Teksasie żyło 150 szczepów indiańskich, w tym dwa szczególnie ekspansywne i agresywne wobec innych, mianowicie Apacze i Komancze. Zakonnicy chronieni przez wojsko dawali schronienie Indianom zagrożonym przez Apaczów i Komanczów. Jak się okazało ostatecznie, nie na wiele się to zdało. Kiedy napłynęły tu masy białych osadników, Indianie zaczęli umierać na choroby, które przynieśli ze sobą biali, na które Indianie nie byli odporni. Przetrwali ci, którzy trzymali się od białych z dala, z wyjątkiem momentów, gdy zdejmowali z nich skalpy. więc wzmiankowani Apacze i Komancze. Długo jeszcze walczyli o teren z osadnikami.W latach 70 XIX wiekuTeksańczycy postanowili ostatecznie rozwiązać problem wciąż walczących z nimi Indian. A że nie dało się schwytać, jakiś spryciarz wymyślił, żeby zniszczyć podstawę ich egzystencji, czyli bizony. Nastąpiła wielka akcja likwidacji bizonów. Rzeczywiście to było skuteczne. Indianie poddali się i zostali zamknięci w rezerwatach. Remember the Alamo! Tu jeszcze próbowano ich chronić.

Polacy, którzy tu mieszkali, przypuszczalnie mieli to Alamo w nosie. W ogóle nie wiedzieli, co tu się zdarzyło. Podobnie jak dla przybyszów z Mongolii do Polski, pole pod Grunwaldem jest niczym innym, tylko łąką. Natomiast w wojnie z Indianami musieli brać udział. Prawdopodobnie uczestniczyli też w likwidacji bizonów, przynajmniej niektórzy

- Indianie zaprzysięgli zemstę wszystkim białym, jako nieprawym, według ich mniemania, najeźdźcom. Broni palnej nie mają. Strzelają z łuków strzałami zatrutymi jadem grzechotników..
Ludziom białym, gdy ich schwycą, skalpują głowę, zasuszają skórę z włosami i nosza ją na piersiach.
Zwinni są niezmiernie w biegu na koniach, pochyleni pod nimi bez siodeł i uzdy, jak sławni jacy jeźdźcy cyrkowi - pisał z pewnym podziwem ks. Adolf Bakanowski, proboszcz w Pannie Marii.

Dlatego zapewne Polacy dzielili z innymi białymi Teksańczykami radość z powodu pacyfikacji Indian. Mogli już spokojnie uprawiać swoje pola.

Jedziemy na cmentarz pod San Antonio zobaczyć groby tych pogromców Indian. Mnóstwo znajomo brzmiących nazwisk przeróżnie pisanych: Zajontz, Kiolbassa, Pierdolla, Moczygemba, Dziuk, Bednarz, Manka, Jarzombek i wiele, wiele innych. Są nazwiska, które w Polsce się nie uchowały, bo właściciele zmienili je, jako ośmieszające. Tu nikogo nie ośmieszały i zostały.

Grobów Indian nie ma. Remember the Alamo!

2015-04-27 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Steki i piwo

  

Kowboje nie przeganiają już za głodową wypłatę ogromnych stad bydła z Teksasu do potężnych rzeźni w Chicago. Rzeźnie są na miejscu. Mięso można zamrozić. Ewentualnie przewieźć żywe tymi bajeranckimi amerykańskimi ciężarówkami. Pokazał to Sam Peckinpah w filmie "Konwój", że dzisiejszymi kowbojami są kierowcy tych trucków. Jeździ ich tu mnóstwo. Robi wrażenie.

Natomiast jest bydło i są konie. Bydła nie widać tak dużo. Podobno są gdzieś te duże stada, ale nie przy drogach. A w Teksasie nie można sobie zejść z drogi i iść na spacer poszukać bydła. Nie. Ziemia jest podzielona, zapłacona, sprzedana. Cała. Wszystko jest prywatne. Tam gdzie kończy się pobocze, zaczyna się ogrodzenie. Przez całą długość drogi z miasteczka do miasteczka. W głębi są prywatne rancza, prerie, pastwiska, pola, rzeki, lasy, posiadłości. I tak aż po Rio Grande, czy też Rio Bravo. bo to ta sama rzeka, tylko dwa języki.

Bydło jest i są legendarne longhorny, tylko jest ich mniej. Przez kilka lat było sucho i ludzie pozbywali się krów. Ci co mieli sto, zostawili sobie pięćdziesiąt, ci co mieli pięćdziesiąt, zostawili dwadzieścia pięć, ci co mieli szesnaście, zostawili osiem. Są i tacy, którzy trzymają parę sztuk bydła przy domu wyłącznie przez sentyment.

- Wychowałem się wśród bydła. Dziadkowie, rodzice hodowali bydło. Brakowałoby mi w moim własnym domu zapachu krów - mówi Joseph Ebrom, potomek emigrantów z Opolszczyzny, właściciel zamożnej (jak na polskie warunki) posiadłości we Floresville. Przy pięknym, nowoczesnym domu Ebromów pasie się stadko krów.

W tradycyjnych rodzinach teksaskich bydło nadal jest piętnowane. Czyli wypala się krowie i byczkowi na skórze cattle brand - znak firmowy właściciela. Robi się tak tutaj od prawie już dwustu lat, czyli od kiedy są w Teksasie biali osadnicy. Jedną z pierwszych decyzji, jaką musieli podjąć przybysze ze Śląska był cattle brand - zaprojektowanie swojego znaku do wypalenia na bydlęciu. Najczęściej to były połączone w rozmaity sposób inicjały właściciela. Dlaczego? Plagą pogranicza były kradzieże bydła. Wprawdzie karano je ekstremalnie surowo, bo wykonaną od razu i na miejscu karą śmierci, niemniej niejeden uznawał, że warto podjąć ryzyko. Do granicy z Meksykiem blisko. Może się uda. A bydło stanowiło często jedyny, poza ziemią, mający realną wartość majątek tych ludzi i źródło utrzymania rodziny. Jak udowodnić złodziejowi, że krowa jest kradziona? Wypalonego piętna nie dało się zatrzeć. No a dziś? Po latach to się stała tradycja. Cattle brand zyskało rangę niemal herbu rodowego. I nie zmieniło tego czipowanie.

A po co hoduje się bydło w Teksasie? Jakie jest jego przeznaczenie? Nie na mleko. Nie opłaca się doić. Mleko sprowadza się z północy, gdzie specjalizują się w krowach mlecznych. Teksańskie bydło jest przeznaczone na steki i na hamburgery. Stek to firmowa teksańska potrawa.

Jedziemy na steka.

Nad barem przyszpilona, ucięta głowa longhorna. Na ścianach obrazki kowbojskie, rogi bydlęce itp. Do wyboru paleta steków. Trzeba wybrać: 1) krwisty, prawie surowy, 2) krwisty, lekko wysmażony, 3) dobrze wysmażony i bez krwi oraz 4) mocno wysmażony, twardy. Pierwsza opcja jest dla specjalistów smakoszy stekowych, zdecydowanie i z dużym naciskiem odradzana nowicjuszom. Druga opcja - dla lubiących ryzyko. Trzecia - dla początkujących. Czwarta dla smakoszy lubiących zmagać się z twardością podeszwy. Bez chojrakowania wziąłem trzecią. I powiem ok. Po ekscytacji, jaką daje wybieranie, po prostu się to zjada. Mięsko, no. Nie jestem z tych, co potrafią delektować się kawałkiem smażonego mięsa, a tym bardziej opisywać to delektowanie. W porządku. Punkt programu pt. -flagowa potrawa- zaliczony. Dziękuję fundatorom! Do tego oczywiście piwo. Meksykańskie. Nazywa się Dos Equis. W porządku.

A propos piwa, to dzięki teksańskim Ślązakom do Teksasu trafiło piwo tyskie. Byli w Polsce na wycieczce, pili tam Tyskie, zasmakowało im i po powrocie zgłosili zażalenie w miejscowej sieci hipermarketów, że nie mają Tyskiego. Nasz klient, nasz pan. Od tego czasu Teksańczycy piją Tyskie. Sam widziałem. Nie raz. Oni Tyskie, ja meksykańskie. Dobranoc!

2015-04-26 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (2)

Mleko dla Indianina

  

Poranek we Floresville, południowy Teksas. Ciepło. Obok kościół Sacred Heart i Catholic School of Sacred Heart.

- Czuj się, jak u siebie w domu - mówi ks. Franciszek Kurzaj. Jest tu od 1986 roku. Jest już Amerykaninem. Pochodzi z Opolszczyzny. W każdym słowie, geście od razu czuć, że to jest ktoś.

Po drodze na śniadanie rozmawiamy o tym, że na każdym rogu jest tu jakiś kościół, mniejszy lub większy, takiego lub innego wyznania. Każdy chodzi do jakiegoś kościoła. A ksiądz, o czym się nieraz później przekonam, to zawód bardzo wysokiego zaufania społecznego. Takoż siostra zakonna. Podobno siostry w sklepach nie płacą, bo zawsze znajdzie się ktoś, kto powie: "Siostro, ja zapłacę ten rachunek!".

Śniadań raczej nie jada się w domu. W drodze do pracy zatrzymuje się w barze. Takoż i my.

- Ola! - wita się po hiszpańsku ksiądz. W odpowiedzi serdeczny uśmiech.

- Wiem, co robię - mówi ks. Kurzaj. - Znam tych ludzi.

Zwyczaj jest taki, że po wejściu trzeba zgłosić, ilu nas jest i poczekać na wyznaczenie stolika. Wszędzie tak.

Bierzemy jajecznicę over heart, czyli na sztywno.

Ksiądz mówi o obozach, które de facto są więzieniami, do których trafiają przekraczający granicę Meksykanie. Duży procent wiernych z Sacred Heart to Meksykanie. I nie da się ukryć hiszpańskiego pochodzenia San Antonio, do którego jedziemy po śniadaniu. Podobnie jak San Francisco, Los Angeles i wiele innych.

San Antonio to jedno z największych miast w Stanach. W San Antonio była duża polska, śląska dzielnica, którą wyburzono, żeby zbudować szeroką drogę. W San Antonio swoich dni dożywała Greta Garbo, czyli Apolonia Chałupiec, do końca religijna i stale odwiedzająca kościół, gdzie są polskie siostry, do którego to kościoła jedziemy. Bo tuż przy nim mieszka pani Basia, która czeka na mnie.

- Proszę dobrze drzwi zamykać, bo skorpiony włażą - mówi pani Basia.

Mówi, że dziś była tu obok strzelanina.

- Nie boi się pani?

- Mam dobrych sąsiadów, mieszkam koło siótr. I nawet przez chwilę się tu nigdy nie bałam.

- A ma pani broń?

- Mam strzelbę i rewolwer.

Przyjechała do Ameryki w latach 70 i została. Poszła tu na studia.

- Komunizm tu był bardzo zdemonizowany - opowiada. - To był szatan! Diabeł z wielkimi rogami! Ja to odczułam na studiach, że wiedzieli, że przyjechałam z kraju komunistycznego. Czyli komunistka. Czyli szpieg i donosiciel.

Zamieszkała w Pannie Marii, pierwszej polskiej osadzie w USA. Przepięknie opowiada o mieszkańcach Panny Marii. Zapisałem jedną trzecią stukartkowego zeszytu, który wziąłem na cały tydzień.

Ci potomkowie Ślązaków z Opolszczyzny przybyłych tu w połowie XIX wieku, którzy przez kolejne pokolenia zachowali swój śląski język, byli zaskoczeni, kiedy zaczęli tu docierać Polacy turyści z innych rejonów Stanów i z Polski.

- To chyba nie są naprawdę Polacy - mówili między sobą o turystach. - Oni nie mówią tak, jak my. A to my jesteśmy Polacy.

Do tego co głupsi turyści pozwalali sobie na uwagi, że Maryjoki muszą się poduczyć polskiego. Maryjoki natomiast podejrzewały, że przybysze to w rzeczywistości Rosjanie albo zrusyfikowani Polacy. Zaczęli przed przyjezdnymi Polakami mówić po angielsku.

- Musiałam trochę tu pobyć, żebyśmy zaczęli normalnie rozmawiać - mówi pani Basia. - Na początku, kiedy podchodziłam, przechodzili na angielski.

Teksańska gwara śląska żyła, rozwijała się, wchłaniając nowe słowa. Jeszcze zanim istniał fejsbuk, Maryjoki lajkowały. Jeżdżą nie samochodem, ale karą, farmierze uprawiają korn i pinac, a do Europy latają furgoczem.

To naprawdę niezwykłe słuchać, jak czwarte pokolenie emigrantów płynnie mówi żywą gwarą. I to jest dla nich jedynie poprawna polszczyzna. Nie tylko w Pannie Marii. To samo w Kosciusko, w Cestohowie, w Saint Hedwig, we Floresville, w Yorktown oraz w odległej, wysuniętej najbardziej na zachód, Banderze, gdzie Ślązacy Polacy najbardziej narażeni byli na ataki Indian. Zachował się zapis, że niejaki Stanisław Kiełbasa ze Świbia każdego wieczoru wystawiał Indianom mleko i jaja, żeby pozostać w poprawnych stosunkach.

Dzisiaj Bandera, stworzona przez emigrantów z Opolszczyzny, jest kowbojską stolicą Stanów Zjednoczonych.

2015-04-24 | Dodaj komentarz
Marek Nocny
2015-04-24 06:33:24
Raczej nie Greta Garbo lecz Pola Negri... Ale to drobiazg - fajnie się Pana czyta!
arturpalyga
2015-04-24 14:30:19
Słusznie. Oczywiście. Pola Negri. Dzięki!
Komentarzy (0)

Po drugiej stronie westernu

  

Słońce ruszyło z miejsca w Waszyngtonie. Długa kolejka do tych słynnych urzędników, którzy mogą nie wpuścić mnie do Ameryki, nie podając powodu. Napis na tablicy głosi, że dopuszczenie się obrazy słowem bądź gestem wobec urzędnika wykonującego swoje obowiązki jest zagrożone karą grzywny bądź pozbawienia wolności. Dochodzę. Odciski palców. Ogląda mnie. Pyta, czy mam coś do oclenia. Wszystko. Welcome in United States! Druga kolejka. Kontrola. Bramki. Wszyscy ściągają buty, podnoszą ręce. Każdy jest przeskanowany i obszukany. Już. Można iść. I wtedy wbiega kobieta w mundurze i krzyczy stop, stop! Coś się stało. Był jakiś telefon. Zatrzymują całe lotnisko, wszystkich. Szukają bagaż po bagażu. Nie wiadomo czego. Przejście blokują dwaj barczyści żołnierze. Czas mija. Amerykanie denerwują się. Jakbym słyszał Polaków. Że to bez sensu, że już nas przeszukiwano, że mają połączenia, że się spóźnią, czy wojsko, policja i dyrekcja lotnictwa wezmą odpowiedzialność za spóźnienia na inne połaczenia, do pracy, na spotkania biznesowe itp. Awanturują się. Podoba mi się. Tym bardziej, że to odnosi skutek. Przepuszczają nas.

W samolocie do Teksasu siedzę między grubym murzynem, a bardzo, bardzo swobodnie ubraną nastolatką. Połowa pasażerów czyta książki. Niektórzy rozmawiają po amerykańsku zupełnie jak na amerykańskich filmach. Odpędzam wrażenie, że wylądowałem w środku filmu.

Poczęstunek. Nie pojem sobie, bo jest płatny, a płatność wyłącznie kartą kredytową. Trudno,jakoś wytrzymam te prawie cztery godziny. W Europie nie ma takich długich lotów. Nie wiem, może z Moskwy do Lizbony, ale wątpię. Przez okno nic nie widać, tylko niezmienne chmury. Zasypiam. Budzę się w Teksasie. Dzień wciąż trwa. Jest ciepło. San Antonio.

W San Antonio, w samym jego centrum mieści się legendarny fort Alamo, amerykańskie XIX-wieczne Westerplatte, fundament mitu założycielskiego stanu Texas. W tych dniach właśnie odbywa się coroczna Fiesta. Zjeżdżają się z całych Stanów do Alamo, żeby się bawić i świętować.

Na mnie czeka ks. Franek Kurzaj i dwie zakonnice.

- Wiem, jest pan nieprzytomny. Różnica w czasie, siedem godzin. W Polsce jest już po drugiej w nocy.'

Jestem. Ten długi dzień zaczął się 22 godziny temu. Mimo to wchrzaniam kolację u sióstr i pyszne ciasto. A potem buickiem księdza do Floresville i, przytrzymując palcami powieki, staram się zapamiętywać wszystko, co do mnie mówi, co do mnie mówi, mówi, mówi, mówi....

2015-04-22 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (2)

Nad oceanem

  

W"Tytusie, Romku i A'tomku" jest scena, gdy Tytus wchodzi w ekran kinowy, kiedy leci western, i dostaje się na drugą stronę. Niczym Alicja przez taflę lustra. Ekran i lustro rozstępują się, jak morze na przejście Mojżesza, które przepuszcza go, po czym zamyka się na nowo.

Moją taflą jest woda i chmury widziane przez szybkę z boeinga 777.

Godzina za godziną woda i chmury, woda i chmury. Nic więcej. Świat to woda i chmury. I my, obserwatorzy ukryci w lecącej nad chmurami uskrzydlonej rurze. Woda i chmury, woda i chmury. Godzina za godziną, godzina za godziną. A rura leci z prędkością tysiąca kilometrów na godzinę.

Woda z wysokości lecącej rury nie wygląda jak woda. Ani nawet jak tafla, choć jest jak tafla nieruchoma. Nie widać żadnego pulsowania fal, rozkołysania oceanu. Ani śladu jego tajemnego życia. Nieskończony ocean jest twardą, szytwną, absolutnie nieruchomą, szarogranatową powierzchnią porysowaną w siatkę nieregularnych linii.Jest, jest i jest. Trwa.

Jak oni musieli płynąć do tego nowego świata! Tygodniami, miesiącami tylko ocean, ocean, ocean i chmury. Dni i noce, tygodnie, miesiące i żadnej zmiany. Jakby miało być już tak zawsze.

I dociera do ciebie, że życie ludzkie jest wyspą. Że skupia się na nielicznych wysepkach i samo jest jak wyspa w tym niekończącym się czymś. I nie trzeba kosmosu, ani wybijających tętno na końcu świata pulsarów. Wystarczy ta woda i chmury, żeby to sobie uświadomić.

Opieram się o drzwiczki samolotu, wbity czołem w szybkę. Gdyby się nagle uchyliły, wpadłbym, jak Alicja do wielkiej studni. I wtedy wszystko by ożyło. Fale zaczęłyby szumieć, chmury nade mną, popłynęłyby, zmieniając kształty. I, jeślibym wypłynął, dryfowałbym sobie jakiś czas. Na początku w panicznej nadziei, że coś się cudownego stanie i ktoś mnie wyłowi, starałbym się utrzymać na powierzchni jak się da najdłużej, na brzuchu, na plecach. Potem uświadomiłbym sobie, że przez cały ten czas lotu nie było tu po drodze nic, żadnego kształtu przypominającego jakikolwiek statek. I nie ma żadnego lądu w najdalszym pobliżu, skąd mógłby wystartować helikopter ratowniczy. I czekałbym aż fala zaleje mi twarz, albo aż spod spodu, wychynie coś, co mnie zje.Coś z bardzo głębokiego dołu, co, patrząc w górę, widzi nieruchomą, szarogranatową powierzchnię, sklepienie, w którym nagle, co nie zdarzyło się tu od wielu pokoleń tych stworzeń, a być może nigdy, od początku świata, coś się rusza.

Po kolejnych tysiącach kilometrów pojawia się! Nowy świat. Śniegi północnej Kanady. Wielkie puste przestrzenie w białe, śniegowe plamy. I wreszcie wśród tych bezładnych esów floresów i plam, przedziwnych biało-czarnych wzorów nieludzko poszarpanych i nieregularnych, wyłania się cieniutka, wątła linia prosta. Biegnie przez całą tę biało-czarną północnokanadyjską powierzchnię. Jedna, samotna, cienka jak niteczka, ale prościuteńka. Wytyczona w umyśle ludzkim. Potem z tego umysłu przeniesiona na papier.Potem mocą narzędzi, pracą maszyn i mięśni przeniesiona z papieru w tę przestrzeń.

Ciekawe, czy gdybym nie był człowiekiem, dostrzegłbym ją. I czego nie dostrzegam, bo jestem człowiekiem.

Mrówki widzą sieć mrowisk. Trudno byłoby im pojąć, gdyby nawer istniało w ich świecie coś, co odpowiada ludzkiemu pojęciu pojmowania, a nie coś zupełnie innego, niepojmowalnego dla nas, czego pojąć, jako ludzie, nie mamy żadnych możliwości, a więc gdyby istniało, trudno byłoby im pojąć, że istnieją całe ogromne przestrzenie bez mrowisk, że świat to raczej, biorąc margines błędu, przestrzeń bez mrowisk, że mrowiska, pomimo swojej dla nich wielkości i wysokiego stopnia zorganizowania, mogłyby umknąć uwadze kogoś, kto obserwowałby świat, jako całość, ba, że nawet zwykłemu turyście w zwykłym lesie ich istnienie mogłoby umknąć.

Patrząc z dystansu, jedyną niezmienną rzeczą na świecie są chmury.

Trwa niekończący się dzień. Słońce stoi bez ruchu na niebie już nie wiem którą godzinę.

Jak bardzo doświadczenie przejścia przez ocean, a więc względności wszystkiego, musi przewrócić cały świat poukładany w głowie. Jeżeli ktoś ma poukładany. Jeżeli się żyło w świecie trwałych oczywistości. Jak bardzo trzeba było mieć coś trwałego, co się ocaliło, bądź wytworzyło, i co dawało poczucie całości, ciągłości życia, integralności -ja-.

A na czym ja buduję swoją integralność dziś? Na chmurach. Na przypadkowych układach kształtów przyjmujących na chwilę jakieś podobieństwo czegoś. Czy kiedyś było inaczej?

Jeszcze na tym, że trzeba coś jeść i gdzieś spać. I czasami pohulać. Ale to tylko są środki do życia, niezbędne by żyć. Więc co jest -żyć-? Śmieszność tego głupiego pytania w rurze lecącej nad chmurami. Żenada.

Wszyscy oglądają filmy. Trzystu pasażerów boeinga 777 w rurze między niebem a chmurami, zanurzona jest w fikcyjnych, filmowych, migoczących światach, wpatrzona w ekraniki na oparciach foteli, na których drgają te kolorowe, ruchome obrazki.

I te dziwne tropy.

Doliny, brzegi rzek i granic pól oraz tysięcy rzeczy na powierzchni układające się w linie papilarne. Popatrz na swój palec. Odpowiada on powierzchni ziemi.

2015-04-21 | Dodaj komentarz
Duża Ula
2015-04-21 07:14:16
Najważniejsze, że szczęśliwie dotarłeś z tej tafli wody i chmur na powierzchnię KOCHANEJ ziemi. Czekam na dalsze tak ciekawe opisy z podróży.
Margot
2015-04-21 16:39:11
I pomyśleć, że są tacy, którzy ciągle latają wte i wewte w sprawach na ten przykład zawodowych...nie dla nich mistyczne podniebne przeżycia...nie doceniają, cóż to ich udziałem...:) ha ha pozdrawiam złośliwie acz serdecznie:)))

Informacje:




SZTUKI:

1. Guma balonowa. Klub Osiedlowy Widok, BB
2. Testament Teodora Sixta. Teatr Polski w Bielsku-Białej
3. Nic co ludzkie. Scena Prapremier Invitro. Lulblin.
4. Żyd. Teatr Polski w Bielsku-Białej. Teatr Rampa w Warszawie. Kompania Teatr w Lublinie. Skene Szinhaz w Budapeszcie. Teatr Telewizji.
5. Wodzirej. Koszalin Kulturkampf. Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie.
6. Hamlet'44. Muzeum Powstania Warszawskiego. Warszawa.
7. Turyści. Teatr Polski w Bydgoszczy.
8. Wszystkie rodzaje śmierci. Łaźnia Nowa w Nowej Hucie.
9. Ostatni taki ojciec (Tato). Scena Prapremier Invitro. Lublin. Teatr Bagatela w Krakowie.
10. V(F) ICD-10 Transformacje. Teatr Polski w Bydgoszczy.
11. Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
12. Już się ciebie nie boję, Otello. Scena Prapremier Invitro. Lublin.
13. Idź w noc, Margot. Kompania Teatr. Lublin.
14. Auschwitz Cat. Sala Beckett. Barcelona.
15. Bitwa o Nangar Khel. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
16. Szwoleżerowie. Teatr Polski w Bydgoszczy.
17. Obywatel K. Teatr Nowy w Zabrzu.
18. Nieskończona historia. Teatr Powszechny w Warszawie. Teatr Nowy w Zabrzu. Akademia Teatralna w Białymstoku. Teatr 59 w Warszawie. Teatr Horzycy w Toruniu.
19. Nangar Khel. Postscriptum. Festiwal Malta w Poznaniu.
20. Truskawkowa niedziela. Teatr Polski w Bydgoszczy. Landesbhune Theater w Willhelmshaven.
21. Aporia 43. Scena Prapremier Invitro w Lublinie. Teatr Arabeski w Charkowie.
22. Love. Cieszyńskie Studio Teatralne.
23. Morrison/Śmiercisyn. Teatr Lalki i Aktora w Opolu.
24. w środku słońca gromadzi się popiół. Teatr Stary w Krakowie. Wrocławski Teatr Lalek. Polskie Radio.
25. Historie bydgoskie - osiem historii. Teatr Polski w Bydgoszczy.
26. Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci. Teatr Fredry w Gnieźnie.
27. I nikt mnie nie poznał. Violetta Villas. Teatr Capitol we Wrocławiu. Teatr Nowy w Łodzi.
28. Lalka. Adaptacja. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
29. Western. Teatr Śląski w Katowicach.
30. Y. Teatr Capitol we Wrocławiu.
31. Znak Jonasza. neTTheatre. Polskie Radio. Warszawa. Lublin.
32. Psubracia. Teatr Śląski w Katowicach.
33. Exodus 2.0. Teatr Węgierki w Białymstoku.
34. Narysowałam więcej, niż tu widać. Strefa Wolnosłowa. Warszawa.
35. Klątwy. Teatr Osterwy w Lublinie.
36. Rewizor. Będzie wojna. Teatr Ludowy w Nowej Hucie.
37. Dybbuk. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
38. Muzułmany. Teatr Śląski w Katowicach.
39. Panna Nikt. Wrocławski Teatr Współczesny.
40. Dada z łasiczką. Teatr Śląski
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W sprawach wszelakich proszę pisać do mnie na adres:
appalyga@gmail.com

Archiwum:


2017
» październik (2)
» wrzesień (3)
» sierpień (7)
» lipiec (18)
» czerwiec (6)
» maj (2)
» kwiecień (5)
» marzec (1)
» styczeń (2)

2016
» grudzień (7)
» listopad (2)
» październik (3)
» wrzesień (2)
» sierpień (10)
» lipiec (9)
» czerwiec (7)
» maj (2)
» kwiecień (4)
» marzec (4)
» luty (4)
» styczeń (2)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (3)
» wrzesień (3)
» sierpień (2)
» lipiec (2)
» czerwiec (4)
» maj (8)
» kwiecień (10)
» marzec (4)
» luty (5)
» styczeń (2)

2014
» grudzień (5)
» listopad (2)
» październik (2)
» wrzesień (7)
» sierpień (9)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (2)
» kwiecień (6)
» marzec (8)
» luty (7)
» styczeń (5)

2013
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (3)
» wrzesień (9)
» sierpień (9)
» lipiec (7)
» czerwiec (4)
» maj (10)
» kwiecień (11)
» marzec (10)
» luty (6)
» styczeń (9)

2012
» grudzień (6)
» listopad (9)
» październik (3)
» wrzesień (11)
» sierpień (13)
» lipiec (7)
» czerwiec (9)
» maj (11)
» kwiecień (7)
» marzec (4)
» luty (8)
» styczeń (4)

2011
» grudzień (4)
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)

2010
» grudzień (4)
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)

2009
» grudzień (9)
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)

2008
» grudzień (8)
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)

Ostatnie komentarze


[Jan Picheta]
Drogi Arturze, w Teheranie w 1943 r. ur. się Boguś Kunda. Opowiadał mi ciekawe historie....
[Duża Ula]
Super. To cieszy, że praca Twoja Arturze nie idzie w zapomnienie. A wręcz przeciwnie. Idzie...
[Duża Ula]
Ha ha ha. A ja pamiętam. W Austrii nocleg mieliście w Alpach. W miejscowości Hartberg....

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 1443192
Newsów: 695
Komentarzy: 2118
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Artur Pałyga, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała