arturpalyga.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
arturpalyga.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - arturpalyga.blog.bielsko.pl
Archiwum newsów - sierpień 2017


Komentarzy (0)

Przytułek dla koni w Yucca

  
Okazało się, że kilometr od domu Alice jest przytułek dla koni. Podjechaliśmy tam z Jasiem.
Ranczo jest z dwóch stron piaskowej drogi. W skwarze stoją dziesiątki koni.
Nie martw się. Koniom to nie szkodzi - mówi Jasiek. - Konie się świetnie dostosowują do klimatu. Zresztą na preriach świetnie sobie żyły.
Wychodzi do nas pani. W dżinsach, w czapce z daszkiem. Pani rancza-przytułku. Zwożą do niej chore oraz nieprzystosowane konie. I nie tylko konie. Jest trochę osłów, jakaś lama, kozy. II parę alpak, które ponoć są świetne przeciw kojotom. Ale głównie konie. Po prostu kiedyś zaczęła się nimi zajmować, poszła fama i pojawiały się kolejne.
Nie chce pani konia? Nie chcę go oddać na rzeź, a nie mam, co z nim zrobić.
Zaczęli pojawiać się wolontariusze. Dzieci, młodzież, dorośli z całej okolicy. Kilkadziesiąt osób za darmo czyści te konie, dba o nie, karmi je. Pojawili się donatorzy sponsorujący paszę. A koni przybywało. Pojawiły się wreszcie wycieczki i indywidualni zwiedzający, jak my. Przytułek stał się słynny. Kartka informuje, że zwiedzających prosi się o wolne datki. Można też pojeździć. Również za wolne datki. Gospodyni chodzi z nami od konia do konia, od konia do osła, od osła do kozy, od kozy do konia i opowiada o każdym zwierzęciu, tuli je, mówi do nich, czasami grucha jak do dziecka. Widać, że raczej to wszystko wielka amatorka i trochę prowizorka. W zupełnym kontraście do rancha Monty Robertsa.
Chcesz przyjść pojeździć, pomóc? - pyta szefowa Jasia. - Wpadaj, kiedy zechcesz, na jak długo zechcesz.
Zostawiam go tam i idę pobyć pierwszy raz od dawna trochę sam ze sobą. Nic nie robić. Siedzieć w domu Alice, siedzieć na ganku, patrzeć na figurki, myśleć, a trochę nie myśleć. Nic nie musieć. Przez dwie godziny. Rozkosz.
Kiedy wracam po Jasia, jeździ na traktorze z dziećmi i rozrzucają koniom siano.
Świetnie jeździ po angielsku - mówi szefowa. - My jeździmy inaczej. Ale w angielskiej jeździe jest świetny.
Amerykański styl w Polsce nazywany jest westernowym. Są inne siodła, zupełnie inny sposób traktowania konia, kompletnie inne podejście do sposobu jazdy. Angielski styl jest elegancki, ważne jest proste trzymanie się w siodle itp. Jak sądzę, wywodzi się z rekreacji brytyjskiej arystokracji. Amerykański sposób jazdy jest wiejski. Od ranczerów. Od chłopskiego dosiadania konia. Kij tam z elegancją. No i w angielskiej szkole, na co zwraca uwagę Jasiek, konia traktuje się zdecydowanie lepiej. Jeździec po angielskiej szkole jazdy, jakiej powszechnie uczy się w Europie, czuje fizyczny ból, kiedy widzi, jak amerykański jeździec brutalnie poczyna sobie z koniem.
Ona mnie zapytała, czy jeżdżę z ostrogami! - oburza się Jasiek. - W Europie używanie ostróg jest zabronione od lat!
Ale jeździł na siodle westernowym. Jeździł bez siodła i jeździł po angielsku. A potem rozrzucał siano. Ma mnóstwo uwag co do amatorskiej organizacji rancza i traktowania tych koni. Imponuje mi swoją wiedzą.
Kiedy podjeżdżamy pod dom Joe, okazuje się, że na piaskowych drogach spadła nam guma spod zderzaka i wlecze się pod kołami auta. Trzeba odkręcić, przymocować i poprzykręcać na nowo. Żeby ułatwić pracę, Darek wyciąga podnośnik, lewarek i podnosi auto. Joe jest zdumiony. Wyciąga instrukcję do podnośnika. - Trzeba poczytać instrukcję!
W końcu przyjmuje jednak do wiadomości, że tam, na tym Dzikim Wschodzie faceci majstrują przy autach samodzielnie, bez mechaników i bez instrukcji, bo życie mają twarde. I tak pierwszy raz w życiu i może ostatni nie czuję się przy aucie jak kompletny ignorant. Śmiesznie.
Przyjemne popołudnie zakończone kalifornijskim winem z wallmarta. I znów ocean gwiazd.
2017-08-28 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Symulatory

  
Przeprowadzamy się z Jaśkiem do Alice. Też w Yucca Valley, też na pustyni, ale ze dwa kilometry dalej.
Zgodnie z poleceniami po wejściu oglądamy wszystko, czy nie ma jaszczurek, skorpionów, węży, pająków i innych takich. I trzeba pamiętać, żeby zawsze zamykać drzwi, żeby nic nie wlazło.
Dom Alice stoi na skraju zamieszkanej części pustyni. Dalej już tylko piach i pustynna roślinność. Trudno nam zasnąć. Nasłuchujemy.
Alice jest w Los Angeles. Dom na pustyni, jak rozumiem, traktuje jak domek na działce. Teraz jest pusty. J. opowiada, że czasami ludzie chcą, żeby znajomi u nich mieszkali pod ich nieobecność. Nie brakuje włamywaczy, i to niekoniecznie takich, co kradną, ale takich, co chcą pomieszkać. Opowiada, jak ostatnio znajomy wchodząc do domu, wypłoszył takiego dzikiego lokatora. Tak się spieszył, że zostawił wszystkie swoje rzeczy i włączony telewizor.
Dom Alice ogólnie jest niesamowity. Od pierwszego wejrzenia. Przed bramą ozdobioną na sposób westernowy, stoi w piachu pustyni konik na biegunach. Na podwórzu przed domem - masę dziwnych przedmiotów, starych zabawek, pajacyków, kurek, kaczuszek. I wanna kowbojska - znaczy coś w rodzaju balii. W pustynnym, przydomowym ogrodzie zabawki, figurki, domki poukładane w labirynty. W domu mnóstwo lalek patrzących na nas i dziwne pozytywki. Alice jest klownem. Ciekawe, że nie ma żeńskiej odmiany tego słowa. Pracuje jako klown. Wśród lalek jest ta klasyczna, amerykańska lalka brzuchomówcy, nie pamiętam, jak ona się nazywa, ale w nocy jest straszna. Spoglądam na nią i widzę, że ona patrzy na mnie. Wstaję i ostrożnie odwracam ją twarzą do okna. Kładę się znów i wtedy widzę światło z dużego pokoju. Migające, wyraźnie telewizyjne światło. Ale bez głosu. W ciszy migające światło. Tak jakby któraś z lalek włączyła telewizor, ale nie potrzebuje dźwięku, bo i tak nie słyszy. Co robić? Trzeba wstać i zobaczyć. Trzeba być dzielnym. Już mam wstać, kiedy włącza się radio. Muzyczka, prezenter. Szlag! Ale nie słyszę, żeby ktoś chodził, ktoś się ruszał. Wybiegam do dużego pokoju! Nikogo nie ma. Gdzie Jasiek? Gra w kosza za domem. Nie mógł spać i poszedł pograć w kosza. Wyłączam radio i wyłączam lampkę! To nie był telewizor. To lampka! Lampka, która imituje migające światło telewizyjne. Imituje tak dobrze, że omal nie dostałem zawału. Włącza się światło na ganku. Potem w kuchni. Samo! Zafascynowany odkrywam centralkę, która steruje symulatorem obecności. Zaprogramowaną. Centralka włącza co jakiś czas radio, lampkę telewizyjną oraz symulatory chodzenia po domu i włączania i wyłączania światła. Centralnie sterowane duchy. Fascynujące! Gdyby to dostosować do polskich warunków, można by dodać głosy kłócącej się pary, warczącej na siebie nawzajem. W każdym razie jakoś udaje mi się to wyłączyć. Jasiek gra w kosza do świtu.
2017-08-24 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

rytm

  
Więc jadę amerykańskim autem po pustynnej drodze. Z automatyczną skrzynią biegów. Pozycja P - parking, pozycja D - drive. Nie ma sprzęgła. Pod nogą tylko gaz i hamulec, więc parę razy odruchowo chcąc nacisnąć sprzęgło, wciskam hamulec i jest boleśnie. Nie za szybko. Ciągnie, żeby wdepnąć gaz, bo droga prosta, ruchu brak, ale jest zdradliwie. To ubity piach. Są wyrwy, niewidoczne nierówności, można zaryć.
Klimatyzacja, bo na zewnątrz efekt suszarki do włosów. Otwarte szyby to wlot parzącego powietrza. Zasuwamy. Zwiedzamy z Jasiem okolicę. Te domki, przed którymi dla żartu sobie niektórzy powkopywali w piach łodzie. Nikogo nie ma na zewnątrz. Wszyscy w domach albo gdzieś. I nagle widzimy na drodze postać. Ktoś idzie. Wiem z doświadczenia, że długo się tu iść nie da o tej porze dnia. Wiem też, że trzeba się zatrzymać. Wszyscy się tu zatrzymują w takiej sytuacji. To żelazna reguła. Ktoś idzie, jest środek dnia, trzeba się zatrzymać.
To starsza kobieta. Długie, rozpuszczone włosy, t-shirt, dżinsy. Widać, że jest padnięta. Od razu otwiera tylne drzwi i wsiada do środka.
Zawieziecie mnie do Landers? - pyta.
Cholera, nie wiem, czy sam trafię do Landers i czy potem trafię z powrotem. Lekko się dygam.
Podwiozę panią na stację benzynową przy głównej drodze.
OK.
Ona nic nie mówi i ja nic nie mówię, i Jasiu nic nie mówi. Bez słowa dojeżdżamy na stację benzynową, przy której jest sklep i bar. Dziękuje i wysiada. To wszystko.
Musimy zatankować. Płaci się z góry. Kasuje kobieta w sklepie.
Za 20 baksów proszę.
Płacę i teraz dopiero odblokowane.
Jedziemy w przeciwną stronę niż do Landers. Jedziemy do Yucca Valley, gdzie mamy wstąpić do Wallmarta. Po drodze do Yucca zatrzymuję auto pod górą, na której zboczu, pod szczytem jest dziwny znak ułożony z kamieni. Kilkakrotnie już przejeżdżaliśmy koło niego. Chcę zobaczyć. Nie jest wysoko. Dam radę. Samochód zostaje w dole, Jasiek siedzi z włączoną klimą, a ja wspinam się na zbocze. W trakcie orientuję się, że nie wziąłem nic na głowę, i nie wziąłem okularów przeciwsłonecznych. Trudno. Kamienie ciemnobrązowe. Wyglądają jak zastygnięta i pokruszona lawa wulkaniczna. Albo jak wielkie, rozrzucone, czekoladowe crispy. Im bliżej tego wzoru, tym większe wrażenie. To starannie poukładane tony kamieni. Z bliska nie widać oczywiście wzoru widocznego z dołu. Z bliska widać murek z kamieni biegnący dziwnym wężykiem. Można po nim pochodzić, można go dotknąć, można go powąchać, można zobaczyć, że o dziwo, wcale nie jest taki nagrzany. Można z jego perspektywy zobaczyć maleńkie auto w dole, Jasia, który postanowił jednak wyjść z samochodu i wspiąć się do mnie, drogę, ciężarówki i pasma przedziwnych, pięknych, bezdrzewnych gór spalonych słońcem. Ale nie widać wzoru, jaki się układa. Żeby zobaczyć wzór, trzeba zejść na dół. Wzór jest tajemniczy. Żeby wiedzieć, co oznacza, trzeba dojść do tablicy z tekstem i przeczytać. Że to artysta z Australii, Andrew Rogers pozostawił to tutaj. Że nazywa się to Rhytm of life. Rytm życia. Wzór z dołu, dziwny i enigmatyczny, dotyk, zapach, zdziwienie na górze i dojście do wyjaśnienia, które jest w tekście. Rhytm of life.
Schodzę zadowolony z siebie, że dałem radę, że bez problemu. Pewnie. Za pewnie. Noga się ślizga po piachu w dół i spadam kawałek. Porwane spodnie, szrama na nodze, krew. Kulejąc dochodzę do auta. Kogo podwoziliśmy? Co to za kobieta? Z tyłu wyglądała na nastolatkę, kiedy się odwróciła, zdziwienie. Twarz stulatki. Dlaczego nie podwiozłem jej do Landers? Powiedziałaby mi jak jechać. Trafiłbym z powrotem, zapytałbym kogoś najwyżej. Co mi zależało? Dlaczego się tu zatrzymałem pod tym wzorem? Po co? Po co to włażenie? Te kamienie po co? Kto je tam zbierał, układał? Żeby co? Co za rhytm of life? Ciepła krew z rany. Brudna. Piecze. Wulkaniczne crispy. Chłód klimatyzacji.
2017-08-19 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (2)

Big Bear

  
Coraz większe zaległości mam w tym pisaniu.
Big Bear. Kiedy się okazało, że tam jedziemy, zorientowałem się, że to jest to właśnie Big Bear, o którym napisałem w sztuce mojej, a co więcej, które ją jakoś zainspirowało, a na pewno dało jej tytuł. „W środku Słońca gromadzi się popiół" - tytuł wzięty z łażenia po stronach internetowych obserwatorium słonecznego w Big Bear. Stąd też fragment w sztuce o Big Bear w Kaliforni.
Opowiedziałem o tym. Zacytowałem fragment. O Aztekach, że tam żyli. Tak, wiem, że żyli tam Nawajo, a nie Aztekowie. Ale wcześniej! Aztekowie, jak się domniewywa obecnie, wyszli gdzieś z Kaliforni.
Piękne jezioro. Góry. Ludzie wypoczywają. Mam silne wrażenie, że trafiłem do własnej sztuki. Pod drewnianym daszkiem, na ławeczkach robimy sobie piknik. Jest wino, piwo, bułki, pomidory, rogaliki, ciastka. We wspaniałych nastrojach ruszamy na objazd jeziora. I. dopytuje się o moją sztukę. I. poczytała sobie o mnie przed moim przyjazdem. Przeczytała ponoć cały wielki tekst w kalifornijskim „Theatre Forum" o „Nieskończonej historii". Joe chce jechać na drugą stronę jeziora, bo był tam kiedyś z kolegą i było fajnie. Dojeżdżamy i jest fajnie, ale nie da się pływać. Jezioro się bardzo odsunęło. Po długim molo między szuwarami idziemy popatrzeć na wodę i żaglówki. Wracamy i jedziemy dalej brzegiem. Jakieś ośrodki prywatne i wreszcie jest! Kawałeczek plaży i zejście do wody. Wszyscy idą spać, Jasiek idzie się kąpać, a ja z Joanną do obserwatorium.
Obserwatorium Słońca w Big Bear z największym na świecie teleskopem do obserwacji Słońca jest kilkaset metrów stąd.
Jest! Ukryte trochę. Trzeba zjechać w boczną, nieuczęszczaną drogę. Widać je z drogi. Za zamkniętą bramą. Jest małe. Malutkie, jak na obserwatorium. Na jeziorze stoi mały, biały budyneczek z teleskopową kopułką. Stoimy przed zamkniętą bramą. Dookoła piękne sosny z gigantycznymi szyszkami. Zbieram parę na pamiątkę i wtedy z budynku po drugiej stronie ulicy wychodzą dwie osoby i szybko orientujemy się, że oni tam mieszkają, ci naukowcy z obserwatorium. Uśmiechaja się do nas, uśmiechamy się do nich, i odjeżdżają samochodem, wciąż się uśmiechając. I już mamy odejść, kiedy wychodzi jeszcze jeden. I nie wyjeżdża samochodem, tylko idzie pieszo, więc zagaduję. Zatrzymuje się, uśmiecha, chętnie rozmawia.
Tak, to obserwatorium słoneczne. Tak, nie wygląda na wielkie, ale to prawda, że posiada największy na świecie teleskop słoneczny. Właśnie dziś jest szczególny dzień, bo nadają mu imię i mają w związku z tym małą uroczystość. Mieszka tu dziewięć osób zajmujących się obserwowaniem Słońca. Pyta, co tu robimy. Ma wyraźny francuski akcent. Zaciekawił się sztuką.
Naprawdę? Napisał pan sztukę inspirowaną naszym obserwatorium? A o czym? Wiem, trudno powiedzieć.
Hm... Powiedzmy, że o wpływie Słońca na życie ludzkie.
Acha, powiem wszystkim. Bardzo ich to zaciekawi. Niech pan nam przyśle, jeśli ma pan przekład.
Mówi, żebyśmy przeszli przez bramę, że teraz jest tam otwarte, bo właśnie ktoś tam poszedł.
Przechodzimy. Idziemy wąską ścieżką pod drzwi obserwatorium. Nie opuszcza mnie silne wrażenie, że błądzę po własnej sztuce, w jej środku. Widzimy tabliczkę z nadawaną dziś nazwą teleskopu. Będzie nazywał się Goody. Od nazwiska jednego z naukowców, którzy tu pracowali. Z drzwi wychodzi dwóch członków załogi obserwatorium. Gadamy z nimi. Jeden jest specjalistą technicznym od sprzętu pomiarowego, drugi mówi o sobie: telescope driver.
Napisał pan sztukę o nas? Naprawdę?
Nie, że o was, ale od was się zaczęło. Myśl się od was zaczęła. Iskra. Zapłon.
Opowiadają, dlaczego obserwatorium stoi na jeziorze. Że chodzi o taflę wody, o drgania. Niestety gubię się i trochę przestaję rozumieć. Wkurzają mnie czasem strasznie te moje braki w angielskim. A mam tak, że zacina mi się wtedy wszystko i milknie. I tak się stało teraz. Przestałem nadążać, zacięło mi się w środku i zamilkło. I rozmowa się skończyła.
Jeszcze fotografia na koniec, uśmiechy, pożegnania. Wracamy na przyjeziorną plażę.
2017-08-15 | Dodaj komentarz
Danka
2017-08-24 20:32:49
To po prostu Panie Arturze trema. Nie mamy nieraz na to wpływu. A być w środku swojej sztuki to musi być bardzo fascynujące.
arturpalyga
2017-08-25 00:25:58
Święta racja!
Komentarzy (0)

Zwierzęta

  
Wieczorem, kiedy wracaliśmy z parku Joshua Tree i omawialiśmy spotkanie z muflonem, spotkaliśmy kojota. Biegł ulicą, nie samym środkiem, ale też nie z samego skraju. Swobodnie sobie biegł, nie reagując na samochody.
One tak robią - mówi J. - Nie boją się.
Przypomina mi się westernowych książek określenie -tchórzliwy kojot-. Skąd się to w takim razie wzięło? No ten wyraźnie się nie boi. Jest mały, młodziutki. Przypomina trochę skrzyżowanie psa z lisem. Zwalniamy i otwieramy szybę, żeby zrobić mu zdjęcia, ale jest ciemno, a jesteśmy w ruchu. Zdjęcia wyjdą niewyraźnie. Kiedy jedziemy obok, schodzi trochę. Ale nawet nie patrzy na nas. Patrzy przed siebie. Samochody za nami zwalniają. Wydarzenie na drodze. Kojot.
A to nie był koniec spotkań z kalifornijską fauną tego wieczoru. Bo siedzimy sobie i gadamy na ganku u Joe, popijamy meksykańskie piwo, patrzymy w gwiazdy, których widać bardzo dużo, szukamy różnic w gwiazdozbiorach, kiedy Joe woła nas:
Chodźcie coś zobaczyć!
Skorpion! Złapał skorpiona na ganku! Do słoika! Zobaczył skorpiona i poszedł do domu po słoik. Przykrył, sprytnie obrócił i zakręcił nakrętkę.
To mały skorpion. Są dużo większe - mówi.
Zaskakuje mnie jego kolor. Jest biały. No w każdym razie jasny. Może trochę piaskowy. W piasku pustyni pewnie zupełnie niewidoczny.
I co z nim zrobisz?
Wypuszczę go. Tylko nie teraz w nocy. Do rana wytrzyma w słoiku. Rano wyniosę go tam dalej i puszczę.
Joe mówi, że skorpiony nie są groźne. To mit.
Nawet psa by nie zabił - mówi. - W porównaniu z grzechotnikiem to nic. Ale grzechotnik też nie jest najgorszy.
Na skraju werandy, na drewnianej ścianie domu wisi krzyż. W okolicach krzyża mieszkają małe pajączki. Mówią na nie - czarne wdowy. Joe mówi, że są gorsze niż grzechotnik i nieporównanie gorsze niż skorpion. Trzeba uważać.
Nasz skorpion tymczasem przeżywa sesję fotograficzną w słoiku. Obfotografowujemy go ze wszystkich stron, a Joe podświetla go latarką. Cyrk!
Postanawiam jednak bardziej patrzeć pod nogi. Nawet na werandzie i nawet po piwie.
2017-08-12 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:




SZTUKI:

1. Guma balonowa. Klub Osiedlowy Widok, BB
2. Testament Teodora Sixta. Teatr Polski w Bielsku-Białej
3. Nic co ludzkie. Scena Prapremier Invitro. Lulblin.
4. Żyd. Teatr Polski w Bielsku-Białej. Teatr Rampa w Warszawie. Kompania Teatr w Lublinie. Skene Szinhaz w Budapeszcie. Teatr Telewizji.
5. Wodzirej. Koszalin Kulturkampf. Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie.
6. Hamlet'44. Muzeum Powstania Warszawskiego. Warszawa.
7. Turyści. Teatr Polski w Bydgoszczy.
8. Wszystkie rodzaje śmierci. Łaźnia Nowa w Nowej Hucie.
9. Ostatni taki ojciec (Tato). Scena Prapremier Invitro. Lublin. Teatr Bagatela w Krakowie.
10. V(F) ICD-10 Transformacje. Teatr Polski w Bydgoszczy.
11. Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
12. Już się ciebie nie boję, Otello. Scena Prapremier Invitro. Lublin.
13. Idź w noc, Margot. Kompania Teatr. Lublin.
14. Auschwitz Cat. Sala Beckett. Barcelona.
15. Bitwa o Nangar Khel. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
16. Szwoleżerowie. Teatr Polski w Bydgoszczy.
17. Obywatel K. Teatr Nowy w Zabrzu.
18. Nieskończona historia. Teatr Powszechny w Warszawie. Teatr Nowy w Zabrzu. Akademia Teatralna w Białymstoku. Teatr 59 w Warszawie. Teatr Horzycy w Toruniu.
19. Nangar Khel. Postscriptum. Festiwal Malta w Poznaniu.
20. Truskawkowa niedziela. Teatr Polski w Bydgoszczy. Landesbhune Theater w Willhelmshaven.
21. Aporia 43. Scena Prapremier Invitro w Lublinie. Teatr Arabeski w Charkowie.
22. Love. Cieszyńskie Studio Teatralne.
23. Morrison/Śmiercisyn. Teatr Lalki i Aktora w Opolu.
24. w środku słońca gromadzi się popiół. Teatr Stary w Krakowie. Wrocławski Teatr Lalek. Polskie Radio.
25. Historie bydgoskie - osiem historii. Teatr Polski w Bydgoszczy.
26. Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci. Teatr Fredry w Gnieźnie.
27. I nikt mnie nie poznał. Violetta Villas. Teatr Capitol we Wrocławiu. Teatr Nowy w Łodzi.
28. Lalka. Adaptacja. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
29. Western. Teatr Śląski w Katowicach.
30. Y. Teatr Capitol we Wrocławiu.
31. Znak Jonasza. neTTheatre. Polskie Radio. Warszawa. Lublin.
32. Psubracia. Teatr Śląski w Katowicach.
33. Exodus 2.0. Teatr Węgierki w Białymstoku.
34. Narysowałam więcej, niż tu widać. Strefa Wolnosłowa. Warszawa.
35. Klątwy. Teatr Osterwy w Lublinie.
36. Rewizor. Będzie wojna. Teatr Ludowy w Nowej Hucie.
37. Dybbuk. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
38. Muzułmany. Teatr Śląski w Katowicach.
39. Panna Nikt. Wrocławski Teatr Współczesny.
40. Dada z łasiczką. Teatr Śląski
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W sprawach wszelakich proszę pisać do mnie na adres:
appalyga@gmail.com

Archiwum:


2017
» październik (2)
» wrzesień (3)
» sierpień (7)
» lipiec (18)
» czerwiec (6)
» maj (2)
» kwiecień (5)
» marzec (1)
» styczeń (2)

2016
» grudzień (7)
» listopad (2)
» październik (3)
» wrzesień (2)
» sierpień (10)
» lipiec (9)
» czerwiec (7)
» maj (2)
» kwiecień (4)
» marzec (4)
» luty (4)
» styczeń (2)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (3)
» wrzesień (3)
» sierpień (2)
» lipiec (2)
» czerwiec (4)
» maj (8)
» kwiecień (10)
» marzec (4)
» luty (5)
» styczeń (2)

2014
» grudzień (5)
» listopad (2)
» październik (2)
» wrzesień (7)
» sierpień (9)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (2)
» kwiecień (6)
» marzec (8)
» luty (7)
» styczeń (5)

2013
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (3)
» wrzesień (9)
» sierpień (9)
» lipiec (7)
» czerwiec (4)
» maj (10)
» kwiecień (11)
» marzec (10)
» luty (6)
» styczeń (9)

2012
» grudzień (6)
» listopad (9)
» październik (3)
» wrzesień (11)
» sierpień (13)
» lipiec (7)
» czerwiec (9)
» maj (11)
» kwiecień (7)
» marzec (4)
» luty (8)
» styczeń (4)

2011
» grudzień (4)
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)

2010
» grudzień (4)
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)

2009
» grudzień (9)
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)

2008
» grudzień (8)
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)

Ostatnie komentarze


[Duża Ula]
Super. To cieszy, że praca Twoja Arturze nie idzie w zapomnienie. A wręcz przeciwnie. Idzie...
[Duża Ula]
Ha ha ha. A ja pamiętam. W Austrii nocleg mieliście w Alpach. W miejscowości Hartberg....
[Stały czytelnik tego bloga]
Proszę napisać książkę z wyprawy do Ameryki. Nic straconego. Chętnie przeczytam. Tak jak z ciekawością...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 1440199
Newsów: 695
Komentarzy: 2117
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Artur Pałyga, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała