arturpalyga.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
arturpalyga.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - arturpalyga.blog.bielsko.pl

Komentarzy (1)

UFO na pustyni

  

Jedziemy z Landers w głąb pustyni Mojave. To wielka pustynia rozciągajaca się poprzez cztery stany: wschodnią Kalifornię, Arizonę, Utah i Nevadę.

Jedziemy terenówką Joe. Zwykłe auto mogłoby mieć problemy z przejechaniem tą piaskową drogą. Na pakę ładujemy zapasy wody. Za nami obłoki piaskowego kurzu spod kół. Pustynia kojarzy się nam z malowniczymi wydmami piachu. Ale większość pustyń taka nie jest. Tu nie ma wydm. Jest płasko. Zupełnie płasko. W oddali widać bezdrzewne, nagrzane góry. Nie jest to też sam piach. Dookoła porasta monotonna roślinność. Do złudzenia w regularnych odstępach rosnące na piasku niewysokie roślinki. Nie wiem, jak się nazywają, ale z całą pewnością nie są przyjazne ludzkiej skórze. To już wiem z bolesnego doświadczenia, że nawet te najbardziej niewinnie wyglądające listki, gałązki i kwiatki posiadają trudne do usunięcia kolce, czasem niewidoczne gołym okiem, trucizny i inne pułapki. Ponadto, wąchając pustynne kwiatki, można się nieopatrznie natknąć na skorpiona lub grzechotnika. A najgorsze są, jak nas ostrzegają, niepozorne, niewielkie pajączki nazywane czarnymi wdowami.

I jak okiem sięgnąć dookoła, po horyzont widzisz piach rzadko usiany tymi roślinkami. I falujące z gorąca powietrze. Zero cienia. Pytam, co by się stało, gdyby nam samochód nawalił, co pewnie się raz na jakiś czas zdarza. Siadłaby klimatyzacja, w środku szybko nagrzałoby się nie do wytrzymania. Nie ma zasięgu. Nie ma jak wezwać pomocy.

- Dlatego mamy zapasy wody - mówi Joanna.

Najrozsądniej byłoby czekać. Nie iść, ale czekać. W tym skwarze daleko się nie zajdzie. Wiem, bo próbowałem. Pierwsze 15 minut spoko, wydaje ci się, że albo to bujdy z tym niebezpieczeństwem, albo ty jesteś wyjątkowo odporny, czujesz się świetnie, jest cool, byłeś przygotowany na coś znacznie gorszego, luz. Trzymasz butelkę wody, ale nawet nie chce ci się popijać. Myślisz sobie, że te napominania, żeby pić na zapas, nawet jeśli nie czujesz pragnienia, to ględzenie starych ciotek. Po upływie około kwadransa zaczynasz czuć, że faktycznie jest gorąco, ale bez przesady, dasz radę. Normalnie w ciągu dwudziestu minut jesteś w stanie przejść kilometr. Tu trochę nogi grzęzną w piachu, więc troszeczkę mniej. Powiedzmy, że kilometr minął po pół godzinie. Tak na oko. Zaczynasz zastanawiać się, ile kilometrów jeszcze jest do przejścia i czy po drodze będzie jakikolwiek, choćby lichy cień. Po czterdziestu minutach zaczynasz czuć niepokój z powodu uporczywej monotonii krajobrazu. Idziesz, idziesz, a ciągle wygląda tak samo, tak jakbyś stał w miejscu. Narastający niepokój wsącza się w krew. zmienia puls.Osłabienie przychodzi nagle. Kompletnie się nie spodziewałeś. Po prostu nagła fala zawrotu głowy. Aż zachwiało. Ale spoko. Chwilowe. Na pewno chwilowe - uspokajasz się. Nie chce ci się pić. Pijesz, żeby się uspokoić. Picie to jedyne, co możesz zrobić, żeby się uspokoić. Mam wodę, piję, jest ok, nie zdechnę, dopóki mam wodę. Po godzinie zaczynasz mieć dziwne myśli. Że chodzisz w kółko. To przecież niemożliwe, cały czas szedłeś prosto. No raz może skręciłeś. Może dwa. Ile skrętów trzeba, żeby iść w kółko? Zaczynasz się bronić przed: WSZYSTKO MI JEDNO.

Nie wiesz, czy minęło godzinę dziesięć, czy godznię pięćdziesiąt, czy dwie. Nie chce ci się sprawdzać. W zasadzie wszystko ci jedno.

Jeszcze odganiasz myśl, żeby gdzieś usiąć i odpocząć, nawet jeśli nie ma cienia, no już trudno. Tylko na chwileczkę.

Strasznie chce ci się spać. Masz trudny do odparcia atak strasznej senności.

No jakoś tak to wygląda.

Podobno silny, zdrowy człowiek jest w stanie przeżyć tu cztery godziny.

Więc nie iść, tylko czekać. Tu jest droga przez ten piach. Nie jest zasypana. To znaczy, że nią jeżdżą. Jak nie będziesz iść, będziesz mieć więcej sił, żeby doczekać.

Nic się nie psuje. Dojeżdżamy. Skały i głazy, które dają cień. Giant rock - legendarny głaz. Mówią, że to największy na świecie luźno stojąco głaz. 540 metrów kwadratowych. No być może. Myślę sobie o bliskiej Polakom tendencji Amerykanów, żeby różne rzeczy czynić wyjątkowymi i jedynymi na świecie. No bo największy luźno stojący, to znaczy, że pewnie są większe stojące nie luźno, tylko np. na skałach. A co różni Giant Rock od skały? Skały są większe. No ale dobra. Liczy się legenda. Mówią, że to było święte miejsce dla Indian, którzy tu żyli. To akurat możliwe. Wygląda to wystarczająco niesamowicie. Pewnie na Indianach też robiło wrażenie. Obok największego głazu leżą pomniejsze. A ciut dalej górka, na którą się wspinamy z puszkami piwa w dłoniach. Za górką skała, pod którą w miłym cieniu spożywamy meksykańskie piwo.

Pod Giant przyjeżdża się biwakować. Są ślady ognisk. Są paleniska świeże i są starsze, i są bardzo stare z głębokimi opaleniami skały powyżej, możliwe, że jeszcze poindiańskie. No i sporo graffitti, wiadomo. Co ciekawe, prawie nie ma śmieci. I tylko jedna kupa z kawałeczkami papieru toaletowego.

W tym miejscu, pod Giant Rock w roku 1953 medytował George van Tassel, mechanik samolotowy i inspektor lotów. W trakcie medytacji przyleciało UFO. Przekazali mu instrukcje. Zgodnie z nimi zbudował niedaleko stąd okrągłą budowlę. Zgodnie z instrukcją nazwał ją Integratron. Budowla stoi do dziś i do dziś odbywają się w niej zloty ufologów oraz kąpiele w dźwięku.

2017-08-03 | Dodaj komentarz
Duża Ula
2017-08-05 10:50:57
Na początku tak jak bym czytała jakiś dramat. Dobrze , że to się nie dzieje naprawdę. Chyba , że Tobie Arturze to się zdarzyło ? W takim miejscu doceniamy jakim skarbem jest woda i nasz umiarkowany klimat. Pozdrawiam !
Komentarzy (0)

Teatr Tekstu w Landers

  
Samotny bar na pustyni. Gorąco, chociaż już wieczór. Od ziemi, od piasku paruje gorące powietrze. Przed barem samochody. Ktoś stoi i patrzy na Księżyc. Ktoś pali papierosa. Muzyka ze środka. Szafa grająca gra. Słychać cykady.
Landers to małe miasteczko na wielkiej pustyni Mojave. Mieszkają tu kojoty, skorpiony, grzechotniki, króliki i masę kłujących roślin. Ale najniebezpieczniejszy, jak mówią, jest niepozorny pająk o nazwie czarna wdowa.
Mieszkają tu też ludzie. Trzy i pół tysiąca ludzi. Ale bar jest za miasteczkiem. Wokół tylko pustynia. Robimy tu dziś teatr tekstu. Napisaliśmy krótkie teksty ja i Darek. Joanna i Joe przekładali je na angielski. I teraz czytanie.
Ladies and gentleman, specjalnie dla państwa z dalekiego kraju Teatr Tekstu!
Tłumaczę krótko, że przez kilka lat robiliśmy taki w Bielsku i o co chodzi. Gromadzimy wszystkich wokół stołu bilardowego i rozdajemy teksty, w których kolorowymi flamastrami zaznaczyliśmy podział na role. Zaczynamy!
Tak, jak u nas, wszyscy popijają piwa, drinki, alkohole (dlatego Jasiek nie mógł tu przyjść). W luźnej atmosferze czytamy najpierw krótkie opowiastki Darka z dotychczasowego pobytu tutaj, a potem napisaną przeze mnie tutaj Pieśń pustynnych królików, quasi-mityczną, rytmiczną opowieść o zdobywaniu Ameryki i o ludziach, którzy uciekli z Europy tu, i o ludziach, którzy uciekli już tu na pustynię.
Czytają na głos, śmieją się, zastanawiają. Jest genialnie! Żywo reagują!
Później oprócz klasycznych grzecznościowych podziękowań, bo wszyscy są tu tradycyjnie bardzo mili i grzeczni dla siebie, są rozmowy o tym, co przeczytaliśmy, o formule. Ludzie opowiadają mi swoje historie, dlaczego tu są, dlaczego tu przyjechali i jak jest.
W euforycznym nastroju pijemy kolejne piwa, które stawia wszystkim Joe, który ma dziś urodziny i daje jeszcze na koniec wieczoru swój koncert. Pojawiają się głosy, żeby zorganizować kolejny taki wieczór, zanim wyjedziemy, jeśli będzie czas. Ludzie chcą napisać własne teksty, które miałbym skompilować w jakąś całość.
Wychodzę później w noc, w pustynię, i patrzę w gwiazdy, których jest mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo. Z czarnej oddali, z pustyni bar wygląda zjawiskowo, jak maleńki cud.
2017-07-29 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Hollywood

  
Wielki jarmark. I tlumy ludzi, którzy przyjechali, jak my, zobaczyć Hollywood, i którzy przewalają się tam i z powrotem po Hollywood Boulevard. Masa sklepów i sklepików, a w nich tysiące mniej lub bardziej tandetnych pamiątek z Hollywood. Plastikowe oskary dla babci, dla cioci, dla ukochanej, pocztówki, medaliki, koszulki, czapeczki, magnesy na lodówkę. Szukam czegoś oryginalnego, nietypowego i nie znajduję. Na chodniku słynne gwiazdy. Przy niektórych ludzie sobie robią zdjęcia. Siadają, kładą się na chodniku i pstrykają selfie z nazwiskiem swojego ulubieńca na wtopionej w chodnik gwieździe. Nie jest to łatwe przy nieustannie przechodzących sznurach ludzi. Jasiu szuka Clinta Eastwooda, ale nie ma. Tych gwiazd jest strasznie dużo, więc można pewnie chodzić pół dnia. No i ikony Hollywood z plastiku, przy których robi się zdjęcia. Najbardziej udany jest King Kong. Pewnie dlatego, że oryginalny, filmowy King Kong z lat trzydziestych też był z gumy. Marylin Monroe nie była z gumy, a teraz jest i wygląda nieco upiornie. Jeszcze gorzej z Elvisem Presleyem. Ale wiem, czepiam się. Nikomu tu nie chodzi o to, żeby to było jakieś. To jest jarmark. I nie ukrywa, że jest jarmarczny. Ulice pełne są ludzi, którzy zarabiają pieniądze. Chodzą na przykład z żywymi wężami na ramionach. Można sobie z takim wężem zrobić zdjęcie. Sporo tych węży. Co oczywiste tutaj, przebierają się w stroje filmowych bohaterów. Jest to nastawione głównie na młodzież, więc ja tych bohaterów, za których oni są przebrani, średnio kojarzę. Jasiek mi mówi, że to na przykład avengersi. Mijamy dwa muzea figur woskowych, mijamy ze trzy kina. Największy tłum kłębi się przed Dolby Theatre, tu gdzie co roku rozdają oskary. Jakieś dziewczę ubrane skąpo w amerykańską flagę wiesza mi się tam na szyi:
Are you ready, daddy? - pyta.
No, I'm not.
Skupiony jestem na tym, żeby się nie zgubić z Jasiem w tym tłumie. Wymaga to wysiłku. Kawałek za Dolby Theatre jest wielki sklep z pamiątkami z Hollywood. To największy sklep z pamiątkami, jaki widziałem. Wielka hala pełna pierdółek. Pośrodku groteskowy Elvis Presley przy swoim cadillacu. Zanurzamy się w to. Oprócz klasycznych pierdółek takich, jak wszędzie, są działy poświęcone poszczególnym bohaterom Hollywood na przestrzeni, że tak powiem, dziejów. Są więc regały poświęcone najstarszej wersji „Czarnoksiężnika z krainy Oz", jest Chaplin, John Wayne, oczywiście Marylin etc. W każdej z tych wersji są koszulki z bohaterem bądź bohaterami, kubki, breloczki, czapeczki. Nie ma co ukrywać, tanie to nie jest. Po ponad półgodzinnym oglądaniu nie kupujemy nic. Wracamy do auta. Jeszcze zdjęcie z Myszką Miki z plastiku. Jeszcze odnaleziona na chodniku gwiazda aktora, którego znam, pośród masy nieznanych mi nazwisk. Harpo Marx. Czemu nie są koło siebie gwiazdy wszystkich braci Marx? I już dosyć. Możemy jechać. Tuż obok Hollywood Boulevard, dosłownie przecznicę obok śpią na kartonach bezdomni. W przecznice nikt się nie zapuszcza. Wszyscy ciągną bulwarem. W przecznicach nic nie ma.
Przejeżdżamy obok legendarnej wytwórni Capitol. W oknach zdjęcia Beatlesów, którzy tu nagrywali.
Jedziemy w górę od Capitolu, tak jak się jedzie do słynnego napisu i do obserwatorium astronomicznego, i myślę sobie, że Lennon z kumplami też jechał tą drogą, patrzył na te pobocza, też otwierał szybę i wdychał powietrze.
Jest już ciemno. Napis się nie świeci. Ledwo go widać. Ciekawe, że go nie podświetlili. Chyba nikomu na tym nie zależy. Za to kolejka samochodów do obserwatorium Griffitha. Wysiadamy z auta w końcu i idziemy pieszo, mijając sznury ugrzęźniętych kierowców. Obserwatorium właśnie się powoli zamyka. Jeszcze rzut oka na interaktywne eksponaty ukazujące fazy Księżyca itp. Największą atrakcją Griffith o tej porze jest rozległa, nocna panorama Los Angeles od strony wzgórz Hollywood. I po to wszyscy przyjeżdżają. Stajemy więc na tarasie obserwatorium i kontemplujemy to rozlewające się na całą dostępną okiem przestrzeń morze światełek. Co się rzuca w oczy, nie są te światełka tak gęsto i nie ma takiej łuny, jak można by się spodziewać po czteromilionowym mieście. Nie. Nawet powiedziałbym, są duże przestrzenie mroku, szczególnie dalej od centrum. W kraju, gdzie większość rzeczy jest prywatna, jest ciemniej. Oświetlenie kosztuje. Są ulice, gdzie w ogóle nie ma latarni. Bo kto miałby za to płacić? Często wystarczy, że jest światło od sklepowych wystaw. Ale generalnie w nocy jest noc.
2017-07-26 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Getty

  
Wyjeżdża się wagonikiem. Coś w rodzaju kolejki na Gubałówkę. Nie da się inaczej wejść do Getty Museum niż wyjeżdżając wagonikiem. Trzeba zostawić auto na parkingu za piętnaście dolarów i dalej już jest wszystko bezpłatnie.
Mała dygresja o komunikacji miejskiej. Istnieje w LA komunikacja miejska, ale jest niełatwa. Jeżeli chce się poruszać w ramach jednej dzielnicy, Culver, czy Beverly, czy Śródmieście, to ok, podobno wystarczy. Ale jeśli chce się jechać np. z Culver do Getty, to już jest problem. Przesiadki, przechodzenia. Długo to trwa. Generalnie nie polecają. Można natomiast szukać w necie podwózki prywatnym autem. Na kilkupasmowych ulicach przecinających LA, bardzo często jest specjalny pas ruchu, najbliżej środka jezdni. To jest pas dla tych kierowców, którzy wiozą minimum dwie osoby. Jest szybszy, szczególnie w czasie korków, więc o tyle łatwiej załapać się na podwózkę.
No więc wagonikiem na górę. Odsłania się panorama Los Angeles. Jeśli kogoś nie interesują zbiory Getty Museum, to może nacieszyć się panoramą miasta. Wyraźnie wyróżniająca się dzielnica biurowców, bo stoi tam garść wysokich budynków. Nie są takie wysokie jak nowojorskie i jest ich niewiele, i są nowe. Zaczęto je budować, kiedy odkryto technologie pozwalające budować bezpieczniejsze wieżowce na terenach, na których występują trzęsienia ziemi. Poza tym Los Angeles to wielkie, rozległe dzielnice niewysokich domów, z których każda jest osobną całością, osobnym miasteczkiem.
Jean Paul Getty był multimilionerem, który we właściwym czasie, jakoś zaraz po II wojnie, zainwestował w pola naftowe w Kuwejcie i w Arabii Saudyjskiej. Przyniosło mu to bajeczne zyski, a że pochodził z rodziny potentatów naftowych, więc dołożył swoje bajeczne zyski do bogactwa rodziny. Zbierał dzieła sztuki, w tym takie, o których się mówi, że są bezcenne: Van Gogha, Tycjana, impresjonistów, Breughla sztukę starożytną, średniowieczną. Nie zbierał sztuki nowoczesnej. Jego zainteresowania kończyły się na XIX wieku. Zbudował dla swojej kolekcji muzeum w Malibu, gdzie mieszkał, a potem drugie w Los Angeles. Zatrudnił, wiadomo, najlepszych na świecie architektów, w tym architektów ogrodów. Sam ponoć regularnie doglądał budowy i zmieniał. Zmarł w 1976 roku. Podobno pozostałe po nim Getty Museum utrzymywane jest wyłącznie z procentów od jego majątku. Nie pobiera się żadnych opłat poza parkingową, jeśli się przyjechało autem. Nie ma żadnych biletów. Są ludzie, którzy przychodzą tu poleżeć na zieloniutkim, wypielęgnowanym trawniku i poczytać książkę albo się poopalać. W ramach muzeum działa ośrodek badawczy. To naukowcy z Getty zaprosili swego czasu do Los Angeles Jana Kotta.
Muzeum jest wielkie, więc oczywiście nie ma sensu go zwiedzać w całości. Zatrzymuję się dłużej na wystawie miniatur z ksiąg średniowiecznych, z motywem kobiety. To wystawa czasowa ułożona ze zbiorów muzeum. Pierwszy raz w życiu widzę z tak bliska tyle niesamowitych manuskryptów średniowiecznych zgromadzonych razem. Mam wrażenie, że każdy z nich jest wart tyle, co zaprojektowanie i wybudowanie całego tego muzeum. W gablotach leżą pootwierane na wybranych stronach stare księgi, które niejednego mocarza i bogacza już przeżyły, z przepięknymi, przedziwnymi ilustracjami. Nie zdawałem sobie sprawy, że po tylu wiekach te kolory są nadal tak soczyste, tak intensywne, tak działające na zmysły. W przypadku tych ksiąg, obawiam się, i zrozumiałem to, oglądając tę wystawę, żadna, najlepsza reprodukcja tego nie odda. Dlatego, że barwniki, jakich używali mistrzowie ilustrujący te księgi są nie do podrobienia dla dzisiejszych maszyn drukarskich i barw, jakimi dysponują. Nie są także do odtworzenia przez komputerowe piksele. Oglądam te obrazki świadczące o niepokorności wyobraźni tamtych mistrzów, czytam uważnie opisy, odszyfrowuję kaligrafowane napisy, mógłbym tu spędzić już resztę czasu do wieczora. W zasadzie już nie mam głowy do Tycjanów i Rembrandtów, ale rzucam na nie okiem. Potem leżymy z Jasiem i Joanną na trawniczku, turlamy się po zielonej trawce i oglądamy panoramę LA z góry. Słońce przygrzewa. Jest jasno, bardzo jasno.
2017-07-25 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (2)

Los Angeles. Śródmieście

  

Mieszkańcy Beverly Hills nie chcą szerokich ulic. Alternatywą są korki. Mimo to bronią się skutecznie przed szerokimi ulicami. Jedziemy więc przez Beverly Hills dwupasmówką. Poza tym, że to dość niesamowite, że jedziemy z Jasiem przez Beverly Hills, to nie mamy poczucia jakiejś niezwykłości. Wydaje się, że to klasyczna dzielnica centrum dużego miasta. Sklepy, banki, galerie, teatry, instytucje. Przejeżdżając obok komisariatu policji przypominamy sobie Gliniarza z Beverly Hills.
A to jest najdroższy sklep na świecie - mówi Joanna, pokazując sklep z ciuchami. No fajnie. Co chwilę stoimy na światłach. Mamy szczęście. Nie ma zbyt wielkich korków dzisiaj o tej godzinie. Sporo motocyklistów. W teatrze grają balet Czajkowskiego. Nic więcej nie jestem w stanie napisać o Beverly Hills. Naszym celem jest downtown. Śródmieście LA. Nie jedliśmy cały dzień, od śniadania w naszej ulubionej kafejce w Culver. Fajne jest w tych kafejkach, że po kupieniu jednej kawy można ją sobie dolewać w nieskończoność bezpłatnie. Ale jedzenia nie można dokładać. Po długim plażowaniu w Santa Monica jesteśmy już mocno głodni. W downtown mamy coś zjeść wspólnie z Alice i ze Stevem, którzy czekają na nas. Steve odpowiada za muzykę w hollywodzkich filmach.
Współtworzył muzykę do większości filmów z Hollywood, jakie znacie - mówi Joanna. Co nie znaczy, że komponował. Wymyślał charakter, zlecał, dobierał, układał, składał, kompilował, czasami dawał swój kawałek. Filmy hollywoodzkie tworzone są przez sztaby ludzi.
Jakiś czas szukamy miejsca do parkowania. Jest wieczór. Parkowanie bezpłatne. Już! Emocje. Downtown. Przedziwne miejsce. Jedno z najdziwniejszych, jakie widziałem w życiu. Te ulice to kosmos ludzki. Trudny do opisania. Co jakiś czas widać charakterystyczne wózki sklepowe wyładowane dobytkiem bezdomnych. Z rzadka gazety, czy koce na ulicy, na których śpią. Jakiś mężczyzna na środku chodnika tańczy taniec indiański i okadza otoczenie tlącą się szałwią. Jacyś młodzi śmigają koło nas na deskorolkach. Ktoś biegnie i krzyczy. Transwestyci, przeciekawie poubierani ludzie, punkowcy, hippisi, raperzy. Kobiety wręczają ulotki. Zapraszają na demonstrację przeciw Trumpowi. Co któryś człowiek mówi sam do siebie, i nie dlatego, że rozmawia przez telefon. Grupka policjantów rowerowych stoi przy swoich rowerach, ktoś przechodzi, krzyczy do nich obraźliwe słowa na temat policji, potem przechodzi ostentacyjnie na czerwonym świetle, wstrzymując samochody. Policjanci nie reagują. Śmieją się tylko. Na podwórku, przy ulicy koncert rockowy. Wstęp za dolara. Co chwilę czuć zapach palonej marihuany. Mężczyzna z damską torebką i w marynarskiej czapce, w białym kożuszku, pcha wózek z dwójką dzieci. Kupuje im po lizaku w food trucku. Dużo food trucków z przeróżnymi rzeczami. W nich jest najtańsze żarcie i na to się nastawiamy. Nie możemy trafić na miejsce spotkania z Alice i Stevem. Joanna dzwoni do nich. Trafiamy za to do teatru. Chcemy do toalety, a wszystkie toalety we wszystkich miejscach, w których próbowaliśmy, są tylko dla klientów. Trzeba mieć rachunek, że się coś kupiło. I dopiero w teatrze. To w zasadzie centrum teatralne. Teatrów jest tu kilka. Przed wejściem tablica, na której wypisano, że wszystkie narodowości, wszystkie religie, wszystkie ludzkie rasy, wszystkie tożsamości genderowe, wszyscy uchodźcy legalni i nielegalni itp. itd. są mile widziani, tu jest ich dom. W wielkim foyer trwa wielki jarmark. Masę stoisk z naklejkami, płytami, herbatami, bio-żarciem, i nie wiem, z czym jeszcze. Pośrodku - koncert. Nie mamy czasu. Czekają na nas. Przedzieramy się przez tłum. Jest Alice i Steve. Idziemy na podwórko, gdzie stoi sporo food trucków jeden koło drugiego. Tu hamburgery, tam chińszczyzna, w innym hinduszczyzna, obok spaghetti i lasagne, do wyboru, do koloru. Ale Steve mówi, że w sumie zna lepsze miejsce. Niezwykłe, bo zabytkowe. Super lokal. Idziemy tam coraz bardziej głodni. Okazuje się, że w lokalu sprzedają alkohol, więc nie wpuszczają młodzieży do 21 lat.
To Jasiu zostanie z Alice na zewnątrz, a wy przynajmniej wejdźcie popatrzeć - mówi Steve. Wchodzimy. Nie wygląda na tanio. Pośrodku lokalu rośnie wielkie drzewo. Lokal zbudowano wokół tego drzewa, nie naruszając go. Design trochę a la lata dwudzieste - myślę. Steve mówi, że to właśnie są lata dwudzieste, bo z tego czasu jest ten lokal i nic się podobno od tego czasu w nim nie zmieniło. OK, super. Burczy w brzuchu. Idziemy do food trucka, ale innego, ponoć lepszego niż tamte.
Polecany food truck prowadzą dwie czarnoskóre kobiety. Jedna wygląda na temperamentną, myślę, że jak trzeba, potrafi przywalić. Kolejka. Starszy człowiek prosi o drobne na jedzenie. Mówi, że jest koszmarnie głodny.
Nie dawajcie mu. Przed chwilą ten pan chciał mu kupić jedzenie. Powiedział, kupię ci co zechcesz, ale pieniędzy ci nie dam. I nie chciał - ostrzegają nas.
Ten pan jest w białej koszuli i czarnych spodniach. Wygląda, jakby wyskoczył na chwilę z przeszklonego biurowca.
Przed samym nosem przejeżdżają przede mną na deskorolkach. Jakiś tata prowadzi malucha, może trzyletniego, jadącego na deskorolce.
Zamawiamy meksykańskie burrita i tortille. Joanna przypomina o napiwkach. Tak, w food truckach też trzeba. 15-20 procent. Nie ma zmiłuj.

Czekamy z 20 minut. Jemy na ulicy, opierając się o wystawy sklepowe. Nie potrafię powiedzieć, czy było tak smaczne dlatego, że to najlepszy food truck w LA, czy że byliśmy tak strasznie głodni.

Potem Alice i Steve prowadzą nas do niesamowitego miejsca. Stwierdzili, że na pewno mi się spodoba. Bo to gigantyczna księgarnia, czynna do późnej nocy, a może i do rana. Nigdy jeszcze nie byłem w tak wielkiej księgarni. Jest jednopiętrowa, ale to ogromne piętra. Labirynty półek z książkami i płytami. Sporo winyli. Pewnie mógłbym tu spędzić parę godzin na samym przeglądaniu, co gdzie jest, ale tak się nie da. Więc przypadkowo, trochę tu, trochę tam, na wyrywki. Trafiam do obszaru, gdzie jest masę książek historycznych o całym świecie. Szukam, co jest o Polsce. W końcu po dłuższych poszukiwaniach (nie jest alfabetycznie) obok całego regału rosyjskiego znajduję dwie półki z historią wschodniej Europy. Parę książek o Czechach, trzy książki o Bułgarii, parę o Węgrzech, o Rumunii. Na samym, samiutkim końcu znajduję jedną, jedyną książkę o Polsce. Adama Zamoyskiego przelotka przez tysiąc lat historii Polski. To wszystko. Hm. Dziwne.
Kupuję nową poezję amerykańską. Z powrotem zanurzamy się w niesamowitych ulicach downtown. Postanawiamy kupić sobie kawę, Jasiowi szejka i po prostu pogapić się na ludzi.

Młody facet z dużym dekoltem staje przed nami i nawija coś bardzo szybko. Kompletnie nic nie rozumiem. Potem odstawia dla nas krótki taniec i odchodzi. Po nim podchodzi bardzo wysoki czarnoskóry w eleganckiej koszuli, w muszce. Wygląda jakby się urwał z filmu gangsterskiego o bardzo eleganckich i wyrafinowanych gangsterach. Pochyla się nade mną, pyta o papierosa. Pyta, skąd jesteśmy, przedstawia się. Mówi, że jeździ tu uberem i czeka właśnie. Kawę sobie popija, tradycyjnie, po amerykańsku, z wielkiego kubka. Papierosa ćmi. Jest najwyższy na tej ulicy. I najbardziej elegancki.

Mógłbym tak opisywać każdego przechodzącego przed nami człowieka. To było strasznie ciekawe wszystko.

Zmęczeni, padnięci, jak po niesamowitej podróży, bardzo późno wracamy do spokojnego, zacisznego Culver.

2017-07-24 | Dodaj komentarz
stala czytelniczka zCZECHA
2017-07-25 01:27:21
Ja czytam i nie wierze jaki jest ten swiat.A w naszym grajdolku zobaczysz jednego oryginala i wszyscy sie zastanawiaja czy jest normalny.W niedziele bylismy na koncercie Eleni i jeden taki tanczyl solo przed estrada to bylo dziwne. Serdecznie pozdrawiam a Jasia caluje i sciskam.
Danka
2017-07-25 15:56:37
Po raz kolejny czytam, że tam gdzie Pan przebywa nie wolno nawet wejść do środka osobie która nie ukończyła 21 lat, ponieważ właściciel boi się, że utraci koncesję. Nie do końca jestem zwolenniczką takich restrykcji, ale lepiej mi się to podoba niż to jak u nas małolaty dostają piwo wszędzie. Nie podadzą jemu to kupi kolega. Albo np. taki widok nawet w porządnym lokalu - przy jednym stole siedzą rodzice z dziećmi. Mama popija winko, tata piwko. A dzieci uważają to za normalne. I szybko idą w ślady dorosłych. A my zdziwieni gdzie on czy ona tego się nauczyli.

Informacje:


Na zdjęciu na górze: Alina przy kociołku. Fot. Filip Frątczak

SZTUKI:

1. Guma balonowa. Klub Osiedlowy Widok, BB
2. Testament Teodora Sixta. Teatr Polski w Bielsku-Białej
3. Nic co ludzkie. Scena Prapremier Invitro. Lulblin.
4. Żyd. Teatr Polski w Bielsku-Białej. Teatr Rampa w Warszawie. Kompania Teatr w Lublinie. Skene Szinhaz w Budapeszcie. Teatr Telewizji.
5. Wodzirej. Koszalin Kulturkampf. Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie.
6. Hamlet'44. Muzeum Powstania Warszawskiego. Warszawa.
7. Turyści. Teatr Polski w Bydgoszczy.
8. Wszystkie rodzaje śmierci. Łaźnia Nowa w Nowej Hucie.
9. Ostatni taki ojciec (Tato). Scena Prapremier Invitro. Lublin. Teatr Bagatela w Krakowie. Teatr Galata Perform w Stambule.
10. V(F) ICD-10 Transformacje. Teatr Polski w Bydgoszczy.
11. Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
12. Już się ciebie nie boję, Otello. Scena Prapremier Invitro. Lublin.
13. Idź w noc, Margot. Kompania Teatr. Lublin.
14. Auschwitz Cat. Sala Beckett. Barcelona.
15. Bitwa o Nangar Khel. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
16. Szwoleżerowie. Teatr Polski w Bydgoszczy.
17. Obywatel K. Teatr Nowy w Zabrzu.
18. Nieskończona historia. Teatr Powszechny w Warszawie. Teatr Nowy w Zabrzu. Akademia Teatralna w Białymstoku. Teatr 59 w Warszawie. Teatr Horzycy w Toruniu.
19. Nangar Khel. Postscriptum. Festiwal Malta w Poznaniu.
20. Truskawkowa niedziela. Teatr Polski w Bydgoszczy. Landesbhune Theater w Willhelmshaven.
21. Aporia 43. Scena Prapremier Invitro w Lublinie. Teatr Arabeski w Charkowie.
22. Love. Cieszyńskie Studio Teatralne.
23. Morrison/Śmiercisyn. Teatr Lalki i Aktora w Opolu.
24. w środku słońca gromadzi się popiół. Teatr Stary w Krakowie. Wrocławski Teatr Lalek. Polskie Radio.
25. Historie bydgoskie - osiem historii. Teatr Polski w Bydgoszczy.
26. Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci. Teatr Fredry w Gnieźnie.
27. I nikt mnie nie poznał. Violetta Villas. Teatr Capitol we Wrocławiu. Teatr Nowy w Łodzi.
28. Lalka. Adaptacja. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
29. Western. Teatr Śląski w Katowicach.
30. Y. Teatr Capitol we Wrocławiu.
31. Znak Jonasza. neTTheatre. Polskie Radio. Warszawa. Lublin.
32. Psubracia. Teatr Śląski w Katowicach.
33. Exodus 2.0. Teatr Węgierki w Białymstoku.
34. Narysowałam więcej, niż tu widać. Strefa Wolnosłowa. Warszawa.
35. Klątwy. Teatr Osterwy w Lublinie.
36. Rewizor. Będzie wojna. Teatr Ludowy w Nowej Hucie.
37. Dybbuk. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
38. Muzułmany. Teatr Śląski w Katowicach.
39. Panna Nikt. Wrocławski Teatr Współczesny.
40. Dada z łasiczką. Teatr Śląski
41. Tancerka. Opolski Teatr Lalki i Aktora
42. Uchodź. Krótki kurs uciekania dla początkujących, Strefa Wolnosłowa, Teatr Powszechny w Warszawie
43. Zagubiony chłopiec. Opolski Teatr Lalki i Aktora
44. Himalaje
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W sprawach wszelakich proszę pisać do mnie na adres:
appalyga@gmail.com

Archiwum:


2018
» wrzesień (5)
» sierpień (1)
» lipiec (3)
» czerwiec (3)
» maj (1)
» kwiecień (3)
» luty (8)
» styczeń (2)

2017
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (6)
» wrzesień (3)
» sierpień (7)
» lipiec (18)
» czerwiec (6)
» maj (2)
» kwiecień (5)
» marzec (1)
» styczeń (2)

2016
» grudzień (7)
» listopad (2)
» październik (3)
» wrzesień (2)
» sierpień (10)
» lipiec (9)
» czerwiec (7)
» maj (2)
» kwiecień (4)
» marzec (4)
» luty (4)
» styczeń (2)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (3)
» wrzesień (3)
» sierpień (2)
» lipiec (2)
» czerwiec (4)
» maj (8)
» kwiecień (10)
» marzec (4)
» luty (5)
» styczeń (2)

2014
» grudzień (5)
» listopad (2)
» październik (2)
» wrzesień (7)
» sierpień (9)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (2)
» kwiecień (6)
» marzec (8)
» luty (7)
» styczeń (5)

2013
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (3)
» wrzesień (9)
» sierpień (9)
» lipiec (7)
» czerwiec (4)
» maj (10)
» kwiecień (11)
» marzec (10)
» luty (6)
» styczeń (9)

2012
» grudzień (6)
» listopad (9)
» październik (3)
» wrzesień (11)
» sierpień (13)
» lipiec (7)
» czerwiec (9)
» maj (11)
» kwiecień (7)
» marzec (4)
» luty (8)
» styczeń (4)

2011
» grudzień (4)
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)

2010
» grudzień (4)
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)

2009
» grudzień (9)
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)

2008
» grudzień (8)
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)

Ostatnie komentarze


[Angus]
Z zainteresowaniem poczytam, choć nie wiem, czy mnie to przekonuje. Ostrożny byłbym. Dzięki.
[arturpalyga]
Poważnie i nieironicznie odpowiadam.Żeby obawiać się opętania musiałbym założyć, że ci ludzie są opętani. Nie...
[Angus]
A poza realnymi obawami, że można się utopić, nie obawiał się Pan opętania. Pytam wbrew...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 1651584
Newsów: 734
Komentarzy: 2175
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Artur Pałyga, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała