arturpalyga.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
arturpalyga.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - arturpalyga.blog.bielsko.pl

Komentarzy (11)

Windykator

  

Wracałem z Warszawy. Ze spotkania z sobą i z paroma innymi znanymi ludźmi w Instytucie Teatralnym, z dyskusji o antysemityzmie, która ma być chyba w najbliższym "Dialogu", z akcji psalmicznej Pawła Passiniego, z dżinu z Magdą Fertacz i jej siostrą Marzeną i ze słynnym aktorem, Robertem Zawadzkim, z jazdy beemką Fertacz po Warszawie z jednym reżyserem teatralnym zamkniętym w bagażniku, z dyskusji w hotelu Ibis, ze spotkania z Magą pod Pałacem Kultury, która dowiedziała się, że jestem, z radia. Wracałem pociągiem.

Przeszedłem cały pociąg, żeby znaleźć przedział z jednym tylko pasażerem, więc można było swobodnie wyłożyć sobie nogi. Najpierw przez godzinę gadaliśmy przez swoje komórki. Potem była cisza. Potem papieros.

- Myśli pan, że tu wolno palić? Są popielniczki.

- A nie mówili przez głośnik, że jest zakaz wszędzie? - pytam, nieco zmęczony tym wszystkim, trochę niewyspany. I chciałem poczytać.

- Chyba mówili. Ale nie wiem. To po co popielniczki?

- Może można spróbować...

Wyjmuje papierosa. Częstuje. Odmawiam.

- To co? Sam mam ryzykować? - pyta.

Wyjmuję swojego.

Niestety. Nie da się już powstrzymać rozmowy. "Pilades" Pasoliniego musi zostać odłożone. Grzbietem w górę.

Rozmowa, rozmowa, skąd, dokąd, kto kim itd.

Jadę z windykatorem, jak się okazuje.

- Praca dobra. Pięć tysięcy zarobku. Pracuję trzy, cztery dni w tygodniu po parę godzin. Resztę mam wolne. Ale łatwo nie jest.

Ostrzega przed bankami. Przed bezmyślnym braniem kredytu. Bo ludzie biorą na lata i nie przewidują, że:

1) mogą stracić pracę;

2) mogą stracić stanowisko;

3) mogą długotrwale zachorować;

4) ktoś z rodziny może długotrwale zachorować;

5) może zajść szereg innych przyczyn, które spowodują, że zaczną mieć problem ze spłacaniem rat.

- Bank jest przyjazny na początku - mówi. - Osoba, która udziela kredytu, dostaje prowizję, gdy klient spłaci pierwsze trzy raty. Interesuje ją więc tylko, czy jest on w stanie te pierwsze trzy spłacić. Potem jej już zwisa.

Bank przestaje być przyjazny, gdy klient zaczyna zalegać z ratami. Przy trzeciej niespłaconej racie wysyła windykatora. Klient dostaje ostrzeżenie np. o konieczności opuszczenia mieszkania, jeżeli nie spłaci. Po tygodniu windykator przychodzi z policją, która nakazuje opuścić mieszkanie. Nie ma zmiłuj. Wszystko zgodnie z prawem.

- 20 procent klientów ma problemy ze spłatą kredytu - mówi windykator. - Moja rada jest taka - radzi. - Jeśli brać kredyt, to nie wyższy niż roczny dochód. Takie kredyty są spłacane niemal w stu procentach. Przy wyższych zaczynają się problemy.

Klient, do którego przychodzi komornik, który może mu zabrać do 70 procent pensji, staje się sponsorem banku do końca swoich dni. Nigdy nie będzie w stanie spłacić rosnących odsetek, długu, kar, kosztów windykacji, komornika, odsetek od kosztów itd. itp. - mówi windykator. - Pewien procent się wiesza, ale to bez sensu, bo zgodnie z przepisami dług przechodzi wtedy na rodzinę.

Windykator roztacza przede mną przerażający obraz banków - bezlitosnych, bezwzględnych, kuszących, morderczych.

- Ostatnio miałem naprawdę trudną sytuację - wzrusza się. - Ksiądz po pijanemu potrącił samochodem chłopca. Chłopiec trafił na wózek inwalidzki. Kuria przeniosła księdza na drugi koniec Polski - opowiada. - Ojciec tego chłopca wziął 130 tys. złotych kredytu na przystosowanie mieszkania do potrzeb niepełnosprawnego syna. Miał spłacać przez 72 miesiące połowę swojej pensji. Po wzięciu kredytu stracił funkcję kierowniczą i pensja zmalała o połowę. A więc zostało mu dokładnie tyle, ile miesięczna rata kredytu. Tymczasem do kosztów utrzymania dochodziły ceny lekarstw dla chłopca, koszt pielęgniarki, rehabilitanta. Proces z księdzem może potrwać kilka lat i nie wiadomo, jak się skończy oraz kiedy i ile będzie odszkodowania. A kredyt trzeba spłacać już!

Przy trzeciej zaległej racie przyszedł windykator.

- Niech pan patrzy, wszystkie te pieniądze są tu - mówi ojciec, pokazując podjazdy i poręcze. - Nic nie wyłudziłem.

Poprosił o zmniejszenie rat i wydłużenie czasu spłaty.

- Niemożliwe - mówi windykator. - Ma pan maksymalny czas spłaty tego kredytu. Bank nie robi wyjątków. W żadnej sytuacji.

- Straciłbym pracę, jeśli mówiłbym inaczej - tłumaczy mi w pociągu ten facet. - A jednocześnie żal mi tego ojca.

No bo co? Stosunkowo szybko zlicytują mu ten dostosowany dla syna dom. A jego wraz z niepełnosprawnym synem wyrzucą na bruk.

- Jedyne, co mogłem zrobić, to sporządzić solidną notatkę, bardziej szczegółową niż zwykle. Ale, znając politykę banków, nie sądzę, żeby to coś dało.

Taka rozmowa.

2008-06-20 | Dodaj komentarz
ZZ TOP
2008-06-20 14:28:10
Ta historia z księdzem - potworna!
maga
2008-06-21 23:02:51
Ciesze sie, ze sie z Toba spotkalam. To troche tak jakbym spotkala sie z sama soba, cos to we mnie gleboko poruszylo. To prawda, ze odbijamy sie w ludziach jak w lustrach, w kazdym troche inaczej. I nie ma przypadkow, przypadkowych relacji, spotkan, rozmow... Dziekuje i powodzenia!
arturpalyga
2008-06-21 23:43:18
Nic nie znika. Wszystko gdzieś jest. Dzięki, Maga, że mnie znalazłaś. Mam nadzieję, że do zobaczenia!
jacekproszyk
2008-06-22 17:49:39
dzięki za ten tekst
Albrecht
2008-06-24 22:14:38
Po tej lekturze, paradoksalnie, jakoś mi lżej. Lepiej jednak być, niż za wszelką cenę mieć, cokolwiek wołają napastliwe reklamy.
Ewa Janoszek
2008-06-26 11:49:47
Jeśli to prawda, co mówi windykator, żeby nie brać kredytów wyższych niż roczny dochód, to zaciąganie kredytów hipotecznych nie ma sensu, albo jest dość wyrafinowaną formą samobójstwa. Ja spłacam hipotekę za dom, który zbudowałam, nie żeby "mieć", ale żeby "być", bo mieszkanie w bloku przyprawiało mnie powoli o nerwicę i wcale nie pomagało bardziej "być". Własny dom był moim marzeniem, które udało się zrealizować. Będę spłacać kredyt przez 30 lat, a czynsz w bloku (nie wiele mniejszy) płaciłabym dożywotnio. I gdybym zalegała z zapłatą też by mnie komornik w końcu wywalił.
arturpalyga
2008-06-26 12:30:26
Właśnie wiesz, Ewo, to mnie przeraziło. Bo masę ludzi pobrało te kredyty na mieszkania i domy. I rzeczywiście to jest takie igranie z losem, biorąc pod uwagę jego kapryśność i tendencje do robienia bolesnych niespodzianek. Przy płaceniu czynszu nie ma aż takiego ryzyka tzn. wplątania się w sieć rosnących odsetek i innych kosztów, z których praktycznie nigdy nie da się wyplątać. Rzecz w tym, że często nie ma innego wyjścia i człowiek z pełną świadomością pakuje się w to - właśnie, żeby być. Zdecydowanie. To jest zrozumiałe. Jednak moja nieufność do banków drastycznie wzrosła po tej rozmowie.
Ewa Janoszek
2008-06-26 13:12:10
Oczywiście, wiem że ryzykuję, ale coś za coś. W końcu każde wyjście z domu to też ryzyko, można pod auto wpaść... w ogóle życie to jedno wielkie ryzyko i przykre niespodzianki ;-) Kredytami można manipulować. Właśnie jednym zaciągniętym w ING na lepszych warunkach (bo we frankach) spłaciłam stary pobrany w BPH (w złotówkach) i jestem o dwie stówy do przodu na racie. Jakoś to będzie, mam nadzieję...
arturpalyga
2008-06-26 13:47:28
Odwieczna ojców nadzieja, że jakoś to będzie :))) I jakoś jest. A jeszcze się mówi: Nigdy nie ma tak, żeby jakoś nie było :)) Myślę, że to zdrowe podejście.
Albrecht
2008-06-26 19:58:49
Fakt, kredyt na budowę wymarzonego domu to jedno. Chodziło mi raczej o tę konsumpcję, wołanie o nią ze wszystkich stron i... spirale zadłużenia. Proszę mi wierzyć, znam ludzi którzy potrafią zadłużyć się na spore sumy, kupują masę niepotrzebnych rzeczy, tylko dlatego bo maja nadzieje przez chwilę poczuć się szczęśliwymi.
Rodnay
2008-06-29 19:58:43
Faktycznie, przerażające.Banki nie są instytucjami charytatywnymi, ale nie wszyscy kredytobiorcy mają tego swiadomość. Z drugiej strony w dążeniu do poprawy warunków życia, nie ma nic złego, jednak w życiu różnie bywa. Rozmowy w pociągu czasem pamięta się latami, z pozoru przypadkowe, nigdy takie nie są.

16 czerwca - Dzień Blooma.

Wziąłem tego "Ulissesa". Kupiłem go 16 lat temu. Wtedy przeczytałem pierwsze kilkanaście stron i wymiękłem. Przez 16 lat do niej nie zajrzałem. Nieraz, jak widziałem to u kogoś na półce, absorbowało myśl moją, czy otwierana była w ogóle ta trumna?

"Wokół mnie myśli w trumnach, w skrzyniach mumii, zabalsamowane w wonnościach słów. Tot, bóg bibliotek, ptak-bóg, ukoronowany księżycem. I usłyszałem głos owego egipskiego arcykapłana. W malowanych komnatach wypełnionych księgami z cegiełek.

Są nieruchome. Kiedyś żyły w umysłach ludzi. Nieruchome: lecz jest w nich niepokój śmierci i sączą mi do uszu rzewną opowieść, nalegając na mnie, żebym złamał ich wolę."

Imponujący jest "Ulisses". Swoją monumentalnomigotliwością. Swoim wszystkim.

Pierwsze strony to nauka języka. Jeśli nie opanujesz, nie wejdziesz dalej. Joyce poustawiał strażników. Odrzucisz książkę, bo będzie dla ciebie niema. Nie ma. Znajdziesz zamkniętą krainę, białe, zadrukowane kartki. Nic.

Ale może się zdarzyć, że cię puszczą. Że nagle wszystko przemówi, rozgadane, rozświetlone, skrzące się od świata, od wszystkiego, co się tam kotłuje w tej kuli szklanej. Że wejdziesz.

Po śniadaniu Leopold Bloom wraz z panem Dedalusem i panem Cunninghanem jadą powozem na pogrzeb. Pogrzeb Dignama, przyjaciela. Jadą i jadą i jadą. Trwa to wiele stron. Po drodze cały świat mijają na ulicach. Sprzedawców, pucybutów, sklepikarki, rozmawiają o dzieciach, o śmierci, o wszystkim. A potem wracają do pracy. Leopold Bloom, akwizytor udaje się szukać ogłoszeń.

Po drodze zamierza coś zjeść.

Mija wystawy z damskimi fatałaszkami.Lśniące jedwabie, halki na smukłych mosiężnych wieszakach, jedwabne pończochy rozłożone promieniście. Wyperfumowane ciała, ciepłe, pełne. Wszystkie całowane, uległe: na wysokich łąkach latem, w splątanej, stratowanej trawie, w wilgotnych sieniach domów czynszowych, na sofach, na skrzypiących łóżkach.

I z tych skojarzeń kobiecych wchodzi do restauracji.

"Zaduch stłumił jego rozedrgany oddech: ostry sos mięsny, jarzynowa lura. Zwierzęta żrą. Ludzie, ludzie, ludzie.

Przysiedli na wysokich stołkach w barze, kapelusze zsunięte do tyłu, przy stołach, wołają o więcej chleba bezpłatnego, żłopią, wilczochłapią ochłapy żarcia, oczy im wyłążą, ocierają mokre wąsy.

Blady młodzieniec o nalanej twarzy czyści serwetką swój kubek, nóż, widelec i łyżkę. Nowa porcja mikrobów. Człowiek z poplamioną sosem serwetką, owiązaną wokół szyi jak śliniak, wlewa sobie gulgoczącą zupę w gardziel. Człowiek wypluwający ją z powrotem na talerz: na pół przeżutą chrząstkę: brak zębów, żeby gryźćgryźćgryźć ją.

Płat baraniego udźca z rusztu. Łyka, żeby już z tym skończyć. Smutne oczy pijaka. Odgryzł więcej, niż może połknąć. Czy wyglądam tak samo? Widzieć siebie tak, jak inni nas widzą. Głodny człowiek to niegodny człowiek. Zęby i szczęki pracują.

Uwaga! Och! Kość! Ten ostatni pogański król Irlandii, Cormac, w tym wierszyku szkolnym, zadławił się w Sletty, na południe od Boyne. Ciekaw jestem, co jadł. Coś wyśmienitego. Święty Patryk nawrócił go na chrześcijaństwo. Nie mógł tego przełknąć, jak się okazuje.

- Rostbef z kapustą.

- Duszona baranina raz.

Męski odór. Ogarnęły go mdłości. Trociny w spluwaczce, słodkawy, ciepły dym z papierosów, woń prymki, rozlane piwo, męskie piwne szczyny, stęchły ferment. Nie mógłbym tu zjeść ani kęsa.

Facet ostrzący nóż i widelec, zanim zje to, co ma przed sobą, staruszek dłubiący w pieńkach zębów. Lekki spazm, pełno, przeżuwanie tego, co się wróciło. Przedtem i potem. Modlitwy dziękczynne po posiłkach. Spójrz na ten obraz, a potem na tamten. Sos z duszonej baraniny pożerają, maczają okruchy chleba. Zliż to z talerza, człowieku! Wydostać się stąd."

Łażę z Bloomem, z Dedalusem młodym i starym. Łaziłem z nimi na wszystkie festiwalowe spektakle w naszym teatrze i na festiwalowe imprezy i po imprezach na spacery z psem. Pojechałem z nimi do Bydgoszczy, rozmawiać o szczęściu z aktorami, bo robimy spektakl o szczęściu, w Bydgoszczy. Spędziłem z nimi cały dzień w pociągu z Bydgoszczy do BB, sam, w pierwszej klasie całą drogę, wietrzyk przez szybę, luksus, kurcze, zdemoralizowany teraz zawsze będę jeździł pierwszą klasą, z wyjątkiem intercity, no bo bez przesady.

Jutro pojedziemy razem do Warsaw, na dyskusję w Instytucie Teatralnym. Aktualnie od ponad 20 stron trwa w bibliotece dyskusja o Szekspirze. Dyskutuje młody Dedalus, kpiący Mulligan i bibliotekarz i kto jeszcze, kto?

I nagle okazuje się, że wziąłem tę książkę po 16 latach właśnie teraz, kiedy to się dzieje. 16 czerwca. Wszystko dzieje się 16 czerwca. To dziś.

Od Dublina po Melbourne i Szanghaj - cały świat obchodzi dziś Bloomsday. Na pamiątkę całodniowego spaceru po Dublinie, który równo sto lat temu odbył bohater "Ulissesa".

A do tego M. mówi, że urodziła się 16 czerwca. I J. też.

Silne wrażenie, że ktoś to wszystko ustawia. Ktoś steruje. Za dużo tych zbitek. I zbyt oczywiste.

2008-06-16 | Dodaj komentarz
vvv
2008-06-17 19:56:26
Aż ochota mnie naszła na to by wygrzebać z półki Ulissesa:) Pamiętam, że poległem gdzieś w połowie tej kosmicznej odysei i było jeszcze kilka prób, ale traciłem cierpliwość;) Pamiętam te momenty "załapania", widok z oczu mr. Blooma i pamiętam owe "nic" gdzie kończyła się cierpliwość. Jeszcze wezmę go do ręki, jeszcze załapie się na ten 16 czerwca, tylko stanę sie cierpliwszy a to podobno z wiekiem przychodzi;)
Komentarzy (6)

Vipy w nosie

  

Zdziwiło mnie w Wałbrzychu, że kompletnie nie ma atmosfery premierowej znanej mi tak dobrze m.in. z Bielska-Białej. Nie ma żadnych vipów, a przynajmniej nikt na takiego nie wygląda. Premiera nowej sztuki Pawła Demirskiego w reż. Moniki Strzępki w wałbrzyskim teatrze tuż tuż, za parę minutek, a tu wciąż żadnych garniturów, żadnych pań w żakietach, żadnych czarnych samochodów podjeżdżających pod teatr. Generalnie luz blues, luźne rozmowy, ale takie zwykłe luźne, nie garniturowo-premierowo-kurtuazyjne. Żadnego nadęcia, zadęcia. Nic.

- Bo oni do nas nie przychodzą. Poobrażali się na teatr - usłyszałem potem na popremierowym bankiecie.

- U mnie też tak jest, że ich nie widać - mówi jeden bardzo fajny dyrektor jednego bardzo dobrego teatru. - Oni nie są ważni w teatrze. W ogóle. Nie udzielam im głosu, nie pozwalam przemawiać, więc przestali przychodzić i łaski nie robią.

Jeżeli przychodzą obejrzeć spektakl, to mają nie mniejsze i nie większe prawa niż zwykła publiczność. Jeśli przychodzą z obowiązku, z racji pełnionej funkcji itp. to są gorsi niż zwykła publiczność i tak powinni być traktowani. Niech siedzą pod ścianą.

Tłumaczy mi, że to jest błąd, utwierdzać lokalnych urzędników, radnych, prezydentów, wiceprezydentów, burmistrzów, naczelników, polityków i ich satelitów, że są ważni. Że robią łaskę, że się pojawią, wypowiedzą jak zwykle nicmądrego i nicinteresującego, bo zwykle tylko to mają do powiedzenia.

- Kim oni są? No kim? To są ich te pieniądze, co je dzielą? No to o co chodzi?

Zadaniem teatru jest pokazać im ich miejsce.

2008-06-02 | Dodaj komentarz
jakubandrzejewski
2008-06-02 15:41:25
Opisana wyżej zasada działa, niestety, w obie strony. VIP-y przychodzące stadnie na kiepskie przedstawienia oraz inicjujące zupełnie bez powodu "stending owejszyn" na każdej premierze, legitymizują tym samym zły teatr ze szmirowatym repertuarem obliczonym na gusta publiczności "Tańca z gwiazdami". Nie wiadomo, co gorsze!
grzegorzolma
2008-06-02 17:04:38
Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy. Otóż, jako piarowiec z dziesięcioletnim stażem (to kryptoreklama) na co dzień spotykam się z czymś takim jak „Lista VIPów”, czyli osób do których z rozdzielnika rozsyła się zaproszenia na imprezy rożne. Domyślam się, że na premiery także. Następnie wydzwania i mailuje się do nich z prośbą o potwierdzenie obecności (tzw. follow up). Niestety, dla wielu klientów zlecających zaproszenie VIPów ich obecność na evencie, jakikolwiek by on nie był (premiera programu cyrkowego, sztuki teatralnej, książki, filmu, otwarcie masarni, boiska do pici polo, czy salonu fryzjerskiego) jest wyznacznikiem udanego bądź nie udanego przedsięwzięcia. Z drugiej strony są zaś tzw. VIPy, ktokolwiek się kryje pod tym określeniem, które otrzymują stosy zaproszeń na imprezy wszelakie. Dostają je ze źródeł rozmaitych od stowarzyszeń miłośników czegokolwiek, firm małych i dużych, placówek kulturalnych i niekulturalnych itp., itd. I VIPy te muszą dokonać selekcji – dbając przy tym o swe dobre imię i wizerunek. Organizatorzy imprez tkwią bowiem w złudnym poczuciu dowartościowania przez ViPowskie (czytaj pańskie) oko, a VIP łudzą się, że skoro są zapraszani to należą do elity. Jedna i druga strona w głębi czuję dyskomfort, bo przecież często miejsca dla VIPów zostają nieobsadzone, a same VIPy zamiast pozować na intelektualistów czy miłośników stowarzyszenia (tu dowolna nazwa), wolałyby pogrillować w ogrodzie albo posączyć drinka z kumplami nieVIPami. O ile w przypadku rautów, bankietów, pikników itp. przedsięwzięć instytucja zaproszenia jest nie do zastąpienia, o tyle w przypadku tzw. udziału w kulturze jest dyskusyjna.. Wszak VIP, kimkolwiek nie jest, powinien sam zdecydować czy chce KUPIĆ bilet dla siebie i osoby towarzyszącej i czy dzięki temu biletowi chce uczestniczyć w uczcie duchowej. Niekoniecznie jako VIP z przynależnym temu określeniu zadęciem, ale jako zwykły konsument dóbr kulturalnych, który w dodatku za konsumpcję zapłaci z własnej kieszeni. Nie wiem dlaczego utarło się przekonanie, że premiera czegokolwiek, od roweru trójkołowego po sztukę teatralną, zarezerwowana jest dla VIPów. A może warto przywrócić premiery tym, których to co premierowe bawi, interesuje, zwyczajnie „kręci”? Bez zadęcia, nadęcia, napuszenia. W Wałbrzychu chyba się udało...
arturpalyga
2008-06-02 21:15:52
Chyba wyjątkowo zgadzam się całkowicie z panem Jakubem i z panem Grzegorzem. Dodam tylko, że z tego, co się dowiedziałem, udało się nie tylko w Wałbrzychu i początkowo pewnie wszędzie skutkowało obrażaniem się, zupełnie niesłusznym. Zdecydowanie lepiej, żeby taki VIP spotkał się z rodziną, niż żeby zajmował dobre miejsce i spał w teatrze :))
A.
2008-06-04 23:41:04
V.I.P.-ów się zaprasza, bo oni mają kasę na tę kulturkę. To od nich zalezy, czy dadzą na to czy tamto przedstawienie tę czy tamtą wystawę. To jest transakcja wiązana: V.I.P.-om pomoc w poczuciu własnej wartości, dopieszczenie, a oni w zalezności od możliwości administracyjnych lub finansowych - ufundowanie, sponsoring, czy jak tam zwał. Jak takich nie kochać i nie zapraszać? To od ich podpisu zależy, od dowartościowania EGO. Niektórym się dziękuje naprawdę za pomoc.
arturpalyga
2008-06-04 23:52:06
I to jest podstawowe nieporozumienie. Oni nie mają żadnej kasy! Nie dają ze swojej kieszeni. Dzielą pieniądze, ale ich nie mają. I ich samopoczucie w ogóle nie ma tu żadnego znaczenia. A już na pewno nie powinno mieć. Jeżeli ma, to jest chore.
A.
2008-06-06 16:13:38
Ależ ja o tym piszę. Że trzeba się kłaniać po pas i zapraszać, a zapraszając dawać miejsca w pierwszym rzędzie, bo oni DZIELĄ otrzymane pienądze. Cóż, są też tacy, którzy dają własne, zarobione, z własnego biznesu ale i tych nie można pominąć w przydzielaniu stołków i zaszczytów. I należy im podziękować, bo nie dzielą OTRZYMANEGO ale swoje. A jak jest u nas? Wystarczy sie "przelecieć" po róznego rodzaju "imprezach". Gołym okiem widac, komu sie dopieszcza ego.
Komentarzy (6)

Brakuje nam Centrum Kultury

  

Szkoda, że w BB nie ma centrum kultury. To bardzo istotny brak. Mamy sprawnie działającą agencję impresaryjną z własną salą koncertową, finansowaną przez miasto, ale przydałoby się nam także centrum kultury.

Odczułem ten brak dość mocno, kiedy kursowałem między Lublinem a Bielskiem, gdy robiliśmy spektakl "Nic co ludzkie" w lubelskim Centrum Kultury i mogłem porównać to, co mamy z tym, czego nie mamy. Powiedziałem to wtedy tam, na konferencji prasowej, że tego jednego im zazdroszczę, bo my nie mamy takiego centrum kultury w Bielsku-Białej.

Proszę sobie wyobrazić, że mielibyśmy takie miejsce, do którego się wchodzi i od razu się czuje, że tu jest życie, że tu jest ruch, że tu jest centrum kultury! Prawdziwe, a nie tylko z nazwy! Jeździłem do tego CK w Lublinie przez dwa miesiące i zawsze, kiedy tam byłem, każdego dnia, o każdej porze dnia, do wieczora zupełnie fizycznie i konkretnie był tam duży ruch, tzn. przychodzili i wychodzili ludzie, którzy z centrum kultury korzystają. A jest z czego korzystać: bardzo dobra galeria "Biała", scena taneczna, sceny teatralne i scena teatralno-kinowa, cztery dobre teatry, które mają tu, w centrum kultury swoją siedzibę, swoje próby i swoje spektakle. I to nie jest wcale tak, że w Lublinie nie ma innych teatrów. Tuż obok Centrum Kultury jest wielki miejski teatr im. Osterwy. Ale skoro centrum kultury jest centrum kultury, to ma swoje. Co jeszcze? Ośrodek sztuki performance - też niezły, próby zespołów, projekcje filmowe (kino niezależne), studium kultury, pracownia słowa. No i kawiarnia "Centrala", do której przychodzi się na dobrą kawę z bitą śmietaną i w której fajnie się siedzi.

Sporo tu cyklicznych festiwali, w tym bardzo dobry festiwal teatralny "Konfrontacje", festiwal teatrów Europy Środkowej, międzynarodowe spotkania teatrów tańca (naprawdę międzynarodowe, a nie, że dwa zespoły zza najbliższej granicy plus 19 naszych), festiwal rockowy, festiwal "najstarsze pieśni Europy", dwa festiwale filmowe, festiwal performance, jakiś tam letni festiwal kultury, festiwal kultury romskiej, studium kultury, różnego rodzaju warsztaty, scena młodych, etc. etc.

Centrum kultury stwarza kulturę w mieście, jest jej animatorem. Skupia, inspiruje, daje możliwości. Jestem pewien, że gdybyśmy mieli centrum kultury w BB, trochę mniej ludzi by z tego miasta wyjeżdżało.

Jednego w centrum kultury nie ma. Szoł biznesu. Nie od tego jest takie akurat centrum, żeby sprzedawać show bussines, czy to muzyczny, czy teatralny, czy filmowy, czy inny. Nie mówię, że ma tego nie być! Ma być! Ale nie tu! Dobra, prywatna agencja impresaryjna najprawdopodobniej zrobi to taniej w innym miejscu.

A już absolutnie trudno mi sobie wyobrazić, żeby w centrum kultury odbywały się np. jakieś wybory miss, czy mistera roku, czy jak im tam. Doda Elektroda, z całym nabożnym dla niej uwielbieniem, też sobie tu raczej nie zaśpiewa, sorry. Centrum Szoł Byznesu zostawmy szoł byznesmenom!

No więc ja to bym nawet jakąś akcję zrobił, zbieranie podpisów, czy co, żeby takie Centrum Kultury w Bielsku-Białej powołać. Może by się tu wreszcie ożywiło trochę, co nie?

2008-05-29 | Dodaj komentarz
grzegorzolma
2008-05-29 12:04:19
Uff. Ale Redaktor pojechał po bandzie. I do tego trochę niesprawiedliwie. Text BCK (Brakuje Centrum Kultury) odczytuje jako kontra BCK (Bielskie Centrum Kultury). I do tego w czasie jubileuszu :(. Oczywiście, że najłatwiej oceniać przez porównanie i tu nie mogę się odnieść do dokonań Lublina, bo ich nie znam. Ale też moim zdaniem ocena BCK przez pryzmat missek jest krzywdząca. Trochę dobrego jazzu dzięki BCK udało mi się w BB usłyszeć, na kilku koncertach choćby Ave Sol czy Bielskiej Orkiestry Kameralnej bywać. Tak już jest, że takie miejsca muszą godzić ze sobą kulturę popularną (masową) z kulturą niemasową i mniej popularną wśród odbiorców. Wydawało mi się, że BCK formalnie jest placówką impresaryjną choć wspieraną przez miasto. Wspieraną z podatków, które płacą i miłośnicy Dody, i np. Henryka Mikołaja Góreckiego. Obie te grupy powinny mieć możliwość z miejskiego przybytku korzystać.
jakubandrzejewski
2008-05-29 15:00:23
Uzupełniając uwagi Pana Grzegorza pragnę nieśmiało zauważyć, że te funkcje o których pisze Autor spełnia w B-B Miejski Dom Kultury wraz z D.K. Włókniarzy (mnóstwo amatorskich zespołów artystycznych, kół zainteresowań, spotkania hobbystów, znakomita Galeria Fotografii B&B, konkursy i przeglądy - m.in. Ogólnopolski Konkurs Malarstwa Nieprofesjonalnego im. I.Bieńka, etc.). Ze stałych zajęć w MDK oraz podległych mu placówek dzielnicowych korzysta miesięcznie ok 5000 dzieci i młodzieży. Każde miasto ma swoją specyfikę - w B-B od imprez profesjonalnych jest BCK, a od amatorskich MDK. Natomiast koncerty Dody są, owszem, ale nie w sali koncertowej tylko w plenerze, podczas festynów.
arturpalyga
2008-05-30 01:16:16
Drogi Grzegorzu, mam jednak poczucie, że do bandy daleko. Tekst powstał po rozmowie z jedną inteligentną studentką na temat becekowskiego jubileuszu i w porównaniu z rozmową ową, powyższa notka to cienkie pienia. Ale dość tych przechwałek! Oceniam przez porównanie, albowiem dla mnie to właśnie porównanie było niezwykle odkrywcze, wręcz podstawowe. To trochę taki wyjazd na Zachód (chociaż na wschód). I nie chodzi o dokonania Lublina, ale o to, jak powinno wyglądać Centrum i jak powinno wyglądać Kultury. Robienie regularnych wyborów miss i misterów (wszak to strasznie istotna impreza tutaj) w miejscu, które mianuje się Centrum Kultury uważam za obciach i samodegradację. i nie sądzę, żebym łatwo tę opinię zmienił. Koncerty jazzowe - ok, wielka rzecz, i nic im nie chcę ująć. Choć sam mam do jazzu stosunek ledwie ciepły, to absolutnie doceniam działalność naszej Miejskiej Agencji Impresaryjnej. Tylko po cholerę ta agencja uzurpuje sobie miano centrum kultury? Do czego jej to potrzebne? Ave Sol - super, orkiestra - genialnie, Jarzębinki - ślicznie, ale to dużo za mało. Jeśli BCK, jak mówisz, formalnie jest agencją impresaryjną to co, nazwę centrum kultury ma dla zmyłki? Przeciwko Dodzie nic nie mam. Niech przyjeżdża. Ludzie lubią hamburgery, dać im hamburgery raz w roku na koszt miasta, proszę bardzo. Ale przyznasz, że nazywanie McDonalda restauracją to jednak semantyczne nadużycie. Wbrew pozorom wcale nie bezkarne.
arturpalyga
2008-05-30 02:18:11
Panie Jakubie, ja też się bardzo cieszę, że w domach kultury coś się dzieje. I że w ich wypadku szyld odpowiada temu, co robią w istocie. Pisząc o tym, jakie powinno być centrum kultury, wcale nie mam na myśli ruchu amatorskiego. Jeżeli centrum kultury jest np. producentem spektaklu przygotowanego przez zawodowego reżysera z zawodowymi aktorami zaproszonymi z różnych miejsc Polski no to to nie jest ani trochę ruch amatorski. Jeżeli inspiruje twórców do konkretnych projektów, daje możliwości ich realizacji i sprzedaje je, to nie ma nic wspólnego z działalnością emdeków. Ale my centrum kultury nie mamy.
arturpalyga
2008-05-30 02:18:43
Proszę wybaczyć, jeśli nie będę odpowiadał na Państwa ewentualne zarzuty i uwagi w najbliższym czasie. Gdyż będę w trasie :)) Do poniedziałku. Dobranoc.
Hanka
2008-06-01 20:39:23
Moze trzeba sie znowu pod ratuszem lancuchami przykuc, jak to na poczatku lat 90 bywalo . Osobowosci zebrac i oddzialywac. Razic rozumem i sila promienna, na kolana, moze trzeba nogami tupac i tupac.
Komentarzy (8)

Wspaniały dzień

  

- To był wspaniały dzień - powiedział Jasiek, kiedy wracaliśmy w sobotę nocy do domu.

Pomyślałem, że warto więc sobie taki dzień zasuszyć.

Obudziłem się później niż zwykle, gdyż do trzeciej trzydzieści nad ranem oglądałem "Sen nocy letniej" w wersji BBC, najbardziej perwersyjna rzecz szekspirowska, podana w sposób komicznie nudny, ale do bólu rzetelny. W radiu była muzyka.

B. zniknęła niedługo po moim wstaniu. Pograliśmy z Jaśkiem w parkowanie samochodu na biegunie północnym, wbijając zderzakiem do wody ze czterdzieści komputerowych pingwinów. Potem pojechaliśmy do biblioteki oddać książkę i pożyczyć książki. Pani się ładnie uśmiechała, a Jasiek głaskał smoka. Pożyczyliśmy Tytusa, o lesie, Kiplinga i o kotku. Potem czytałem sobie Brechta "Życie Galileusza" (najlepsza tendencyjna rzecz, jaką czytałem), opierając się o samochód, Jasiek wspinał się na górkę za biblioteką i zbiegał z niej, wspinał się i zbiegał, a pies siedział na szczycie i kontrolował otoczenie. Po czym udaliśmy się do parku, aby robić mniej więcej to samo. Obejrzeliśmy wystawę lalek i obrazów i rzeźb Wilkonia w BWA, która to wystawa strasznie nam się spodobała, a najbardziej rybki. Kupiliśmy spodnie, po czym udaliśmy się na plac Chrobrego, gdzie występowała kapela z czeskich Budziejowic, a potem pan klaun, który żonglował piłeczkami, jabłkiem, nożami, mieczami i miotłą, albowiem zaczął się właśnie tego dnia festiwal teatrów lalkowych. Spotkawszy babcię i dziadka, Jasiek wchłonął drugiego loda w sosie malinowym, po czym ustawiliśmy się do korowodu festiwalowego. I szliśmy w korowodzie, po drodze trzasnął jeden z dwóch naszych baloników. Po czym oglądaliśmy żonglujące i maszerujące w miejscu dziewczęta w krótkich spódniczkach oraz uruchomienie karuzeli. Następnie udaliśmy się do środka teatru, by na gapę obejrzeć inaugurację festiwalu. Były przemówienia. Potem okazało się, że pan, który miał zagrać pierwszy spektakl, trzy dni temu został właśnie pochowany. Więc był inny spektakl. Po włosku. Więc nic nie rozumieliśmy. Ale było fajnie. Ostatni balonik leżał cierpliwie przez cały spektakl pod nogami, aby trzasnąć z hukiem zaraz po wyjściu z teatru. Następnie zjedliśmy spaghetti, żeby czym prędzej wrócić przed Banialukę i wysłuchać koncertu na bębnach. Jasiek właził i złaził z barierki, tam i z powrotem, tam i z powrotem, tam i z powrotem. Po koncercie na bębnach bardzo żywiołowym, wystąpił znany nam już klaun i żongler, Wojtek z Budziejowic, żeby tym razem żonglować ogniami, czyli pochodniami. Po koncercie Jasiek postanowił do niego podejść, ale nie sam, więc poszliśmy.

- Moje dziecko chciało panu podziękować, bo mu się bardzo podobało - powiedziałem grzecznie po angielsku, gdyż nie znam czeskiego. Klaun Wojtek uścisnął Jaśkowi rękę i spytał o imię. Jasiek powiedział. Wracaliśmy do auta, gadając o klaunie Wojtku i o wszystkim, co było tego dnia, bo tymczasem dość poważnie zapadła już noc. I wtedy Jasiek powiedział:

- To był wspaniały dzień.

No i rzeczywiście.

A potem, kiedy już zasypiał, zadzwonił Bartek z teatru, czy już wiem. Nie wiedziałem.

- "Żyd" dostał główną nagrodę na festiwalu w Gdyni - powiedział. Sprawdziliśmy w internecie. Jeszcze werdyktu nie było oficjalnie. Dopiero potem zostało potwierdzone, potem się okazało, że to prawda.

Kiedy wyszedłem z psem i z Brechtem, po drodze kupiłem piwo. Chodziłem między tymi blokami na Broniewskiego, które są takimi wulkanami wszystkiego, tyle tam się kotłuje w tych oknach. Siedziałem sobie na ławeczce i piłem piwo, a pies brechtał.

Potem sms, który potwierdził: "Wygraliśmy".

I jeszcze dwa piwa, które wypiliśmy sobie razem z B., rozmawiając, aż dopadł nas sen nocy, póki co, majowej.

Zasuszone.

2008-05-26 | Dodaj komentarz
grzegorzolma
2008-05-26 10:59:44
GRATULUJĘ NAGRODY! I zazdroszczę tego wspaniałego dnia, ale spokojnie czekam. Przyjdzie i do mnie. Mam nadzieje, wkrótce.
Renata
2008-05-26 11:11:40
Ja również gratuluję - o sukcesie na "Raporcie" dowiedziałam się w niedzielę z TRÓJKI
Robert
2008-05-26 16:22:14
Cieszę się razem z Tobą Panie Szekspir. :)
Hania
2008-05-27 12:15:39
Jak tata pokazał mi wszechświat Autor: Eva Eriksson , Ulf Stark Wydawnictwo: Zakamarki Liczba stron: 24 Format: 20cm x 27cm, oprawa twarda ISBN: 83-609-6325-8 Rok wydania: 2008
jamilka
2008-05-29 23:15:58
Napisałeś o szczęściu. Bez tych nagród. Wcześniej. A nagród gratuluję. Ściskam i pozdrawiam, kamila.
arturpalyga
2008-05-30 00:57:08
Wiedziałem, że to ty.
bam
2008-09-02 20:57:51
Następny, który musi z Czechem po angielsku.... A skąd pewność, że ów człowiek zna angielski?
arturpalyga
2008-09-03 14:07:42
Mamy taki klub Mówiących do Czechów po Angielsku, Żeby Ich Rozdrażnić. Widocznie ciągle Pani na nas trafia. Au revoir!

Informacje:


Na górze: Jekaterynburg

SZTUKI:

1. Guma balonowa. Klub Osiedlowy Widok, BB
2. Testament Teodora Sixta. Teatr Polski w Bielsku-Białej
3. Nic co ludzkie. Scena Prapremier Invitro. Lulblin.
4. Żyd. Teatr Polski w Bielsku-Białej. Teatr Rampa w Warszawie. Kompania Teatr w Lublinie. Skene Szinhaz w Budapeszcie. Teatr Telewizji.
5. Wodzirej. Koszalin Kulturkampf. Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie.
6. Hamlet'44. Muzeum Powstania Warszawskiego. Warszawa.
7. Turyści. Teatr Polski w Bydgoszczy.
8. Wszystkie rodzaje śmierci. Łaźnia Nowa w Nowej Hucie.
9. Ostatni taki ojciec (Tato). Scena Prapremier Invitro. Lublin. Teatr Bagatela w Krakowie.
10. V(F) ICD-10 Transformacje. Teatr Polski w Bydgoszczy.
11. Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
12. Już się ciebie nie boję, Otello. Scena Prapremier Invitro. Lublin.
13. Idź w noc, Margot. Kompania Teatr. Lublin.
14. Auschwitz Cat. Sala Beckett. Barcelona.
15. Bitwa o Nangar Khel. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
16. Szwoleżerowie. Teatr Polski w Bydgoszczy.
17. Obywatel K. Teatr Nowy w Zabrzu.
18. Nieskończona historia. Teatr Powszechny w Warszawie. Teatr Nowy w Zabrzu. Akademia Teatralna w Białymstoku. Teatr 59 w Warszawie. Teatr Horzycy w Toruniu.
19. Nangar Khel. Postscriptum. Festiwal Malta w Poznaniu.
20. Truskawkowa niedziela. Teatr Polski w Bydgoszczy. Landesbhune Theater w Willhelmshaven.
21. Aporia 43. Scena Prapremier Invitro w Lublinie. Teatr Arabeski w Charkowie.
22. Love. Cieszyńskie Studio Teatralne.
23. Morrison/Śmiercisyn. Teatr Lalki i Aktora w Opolu.
24. w środku słońca gromadzi się popiół. Teatr Stary w Krakowie. Wrocławski Teatr Lalek. Polskie Radio.
25. Historie bydgoskie - osiem historii. Teatr Polski w Bydgoszczy.
26. Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci. Teatr Fredry w Gnieźnie.
27. I nikt mnie nie poznał. Violetta Villas. Teatr Capitol we Wrocławiu. Teatr Nowy w Łodzi.
28. Lalka. Adaptacja. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
29. Western. Teatr Śląski w Katowicach.
30. Y. Teatr Capitol we Wrocławiu.
31. Znak Jonasza. neTTheatre. Polskie Radio. Warszawa. Lublin.
32. Psubracia. Teatr Śląski w Katowicach.
33. Exodus 2.0. Teatr Węgierki w Białymstoku.
34. Narysowałam więcej, niż tu widać. Strefa Wolnosłowa. Warszawa.
35. Klątwy. Teatr Osterwy w Lublinie.
36. Rewizor. Będzie wojna. Teatr Ludowy w Nowej Hucie.
37. Dybbuk. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
38. Muzułmany. Teatr Śląski w Katowicach.
39. Panna Nikt. Wrocławski Teatr Współczesny.
40. Dada z łasiczką. Teatr Śląski
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W sprawach wszelakich proszę pisać do mnie na adres:
appalyga@gmail.com

Archiwum:


2017
» listopad (4)
» październik (6)
» wrzesień (3)
» sierpień (7)
» lipiec (18)
» czerwiec (6)
» maj (2)
» kwiecień (5)
» marzec (1)
» styczeń (2)

2016
» grudzień (7)
» listopad (2)
» październik (3)
» wrzesień (2)
» sierpień (10)
» lipiec (9)
» czerwiec (7)
» maj (2)
» kwiecień (4)
» marzec (4)
» luty (4)
» styczeń (2)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (3)
» wrzesień (3)
» sierpień (2)
» lipiec (2)
» czerwiec (4)
» maj (8)
» kwiecień (10)
» marzec (4)
» luty (5)
» styczeń (2)

2014
» grudzień (5)
» listopad (2)
» październik (2)
» wrzesień (7)
» sierpień (9)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (2)
» kwiecień (6)
» marzec (8)
» luty (7)
» styczeń (5)

2013
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (3)
» wrzesień (9)
» sierpień (9)
» lipiec (7)
» czerwiec (4)
» maj (10)
» kwiecień (11)
» marzec (10)
» luty (6)
» styczeń (9)

2012
» grudzień (6)
» listopad (9)
» październik (3)
» wrzesień (11)
» sierpień (13)
» lipiec (7)
» czerwiec (9)
» maj (11)
» kwiecień (7)
» marzec (4)
» luty (8)
» styczeń (4)

2011
» grudzień (4)
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)

2010
» grudzień (4)
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)

2009
» grudzień (9)
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)

2008
» grudzień (8)
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)

Ostatnie komentarze


[arturpalyga]
Dziękuję, Marta i Mada L.! Bardzo!
[Mada L]
Wszystkiego dobrego z okazji urodzin! A po cóż Pan by chciał do tej młodzieżówki?? ha...
[Marta Fortowska]
Artur, cieszę się, że twoje teksty krążą po świecie! Mam nadzieję, że niedługo się gdzieś...

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 1468291
Newsów: 703
Komentarzy: 2131
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Artur Pałyga, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała