arturpalyga.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
arturpalyga.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - arturpalyga.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Josuha Tree National Park

  
Nie ma tygodnia, żeby coś tu się komuś nie stało. Sporo ludzi tu zginęło - mówi J., kiedy jedziemy przez Joshua Tree National Park.
Joshua Tree spopularyzowane zostało przez zespół U2. To chyba ich najbardziej znana płyta. Joshua Tree. Nagrywali ją tutaj, w miasteczku przy parku. Miasteczko Joshua Tree jest małą muzyczną Mekką. Słynie ze znakomitych, prywatnych studiów nagrań. I słynie z parku narodowego. Od czasu wydania płyty, przyjeżdża tu więcej turystów. Przyjeżdżają na jeden, dwa dni połazić po pustyni, pooglądać Drzewka Jozuego, porobić zdjęcia śladom po dawnych Indianach. I my to robimy.
Podobno całkiem niedawno amerykańska rodzina, która sobie tu przyjechała na weekend, zabłądziła. Szukali ich przez tydzień i w końcu znaleźli ledwo żywych w Meksyku. Nie wiedzieli, że przekroczyli granicę. Byli wycieńczeni. Mieli szczęście.
Pułapka nr 1
Rośliny. Wydają się niegroźne, niektóre śliczne, sympatyczne. Uwaga! One cię nie lubią. Boją się ciebie. Nie lubią, że tu jesteś. Idź sobie, bo cię zabijemy!
Wyjątek: Drzewo Jozuego. Schroń się w jego cieniu. Ono cię ocali.
Pułapka nr 2
Zwierzęta, owady. Niewidoczne. Jadowite.
Wyjątek: króliki. Bo na ząbki skalnych wiewiórek już ponoć trzeba uważać.
Pułapka nr 3
Złudzenie, że coś jest blisko. Idę, idę, dojdę tylko do tego głazu, wejdę na ten szczyt, jest bardzo blisko. Idziesz, a tu droga opada w dół i wije się między głazami, i w górę, i w bok, i znów spad, którego nie widziałeś. I wydawało się, że będziesz tam za pięć minut, a idziesz już czterdzieści i ciągle nie. W tę pułapkę wpadł Jasiek. A było to tak.
Idziemy razem, gadamy. Na chwilę milczenie. Oglądam się, a jego nie ma. Patrzę dookoła. Nie ma gdzie się schować. Ruchomych piasków też tu nie ma. Piach, roślinki niewysokie i głazy. Musiał zniknąć w tych skałach. Istotnie, jest tam szczelina. Musiał tam się wspiąć. Czekam. Czekamy z Darkiem, gadamy. Joanna czeka nieco dalej, na małym parkingu, przy aucie, gdzie są tablice poglądowe, drogowskazy, wszystko pozornie się wydaje oswojone. Jest gorąco. Nie ma ze sobą wody. Plecak i wszystko zostało w aucie, bo nie odeszliśmy daleko. Czekamy dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia. Czuję rosnący niepokój. Rozchodzimy się z Darkiem. Wołamy na cały głos. Nikt nie odpowiada. Nic nie slychać, tylko się echo odbija o głazy. Odtwarzam sobie w głowie tysiąc razy, jak idzie za mną, odwracam się i go nie ma. Badam tysięczny raz ścieżkę, którą szliśmy, rozwidlenie, na którym musiał skręcić i które znika w szczelinie. A może nie w tej szczelinie, może w innej. Postanawiam poczekać jeszcze dziesięć minut, wrócić po wodę i wspinać się na te skały. Czekamy jeszcze piętnaście. Wołamy. Jest! Odpowiada! Gdzieś z daleka. Po kolejnych dziesięciu minutach go widać. Jest zmachany, spocony. Przeprasza. Chciał dojść na szczyt skałki i stamtąd nas zawołać i pomachać nam. Wydawało się, że to bardzo blisko. Okazało się, że daleko i że ani nas stamtąd nie widać, ani nie słychać.
Ulga!!! Darek mi mówi, żebym nie walił mu kazania. Że on to zrobi. Krótko.
Mimo wszystko jedziemy dalej przez park, w następne miejsce, na następny szlak. Ktoś wraca tym szlakiem.
Uważajcie! Tam są kojoty!
Działa to na nas przeciwnie do zamierzonego skutku. Czym prędzej tam idziemy. Zobaczyć kojoty. Kojotów już nie ma. Za to zaskakuje nas bliskość muflona. Jest piękny! Stoi na skałach i patrzy na nas. Kiedy podchodzimy, spokojnie wyskakuje parę głazów wyżej, staje przodem do nas i znów patrzy z góry. Orientujemy się wreszcie, że chce zejść do wody i czeka aż sobie pójdziemy, dlatego tam stoi. Niechętnie odchodzimy.
Włazimy do wgłębienia w skale, w którym siadywali ludzie od setek lat, a może od tysięcy. Świadczą o tym malunki. Znaki zostawione przez ludzi, którzy tu mieszkali, a których nazwano z czasem Indianami. Widziałem podobne znaki, skalne rysunki w Afryce. Nieczytelne dla nas dziś symbole, ale też całkiem czytelne wizerunki ludzi i zwierząt. Dotykam tej skały. Dotykam rysunków, których dotykały tamte dłonie, tamci ludzie, którzy jak my, siedzieli w przytulnym wgłębieniu, słuchali cykad i patrzyli w zachodzące Słońce.
2017-08-10 | Dodaj komentarz
Mada L
2017-08-11 08:50:19
Ale napisane! Jakby się tam było i dotykało! Dziękuję
Duża Ula
2017-08-11 22:51:38
Myślę, że jest to bardzo niesamowite być w miejscach w których byli nasi przodkowie. Na pewno jest to dziwne uczucie jak się o tym pomyśli. Całe szczęście, że przygoda Jasia dobrze się skończyła.
Komentarzy (1)

UFO na pustyni

  

Jedziemy z Landers w głąb pustyni Mojave. To wielka pustynia rozciągajaca się poprzez cztery stany: wschodnią Kalifornię, Arizonę, Utah i Nevadę.

Jedziemy terenówką Joe. Zwykłe auto mogłoby mieć problemy z przejechaniem tą piaskową drogą. Na pakę ładujemy zapasy wody. Za nami obłoki piaskowego kurzu spod kół. Pustynia kojarzy się nam z malowniczymi wydmami piachu. Ale większość pustyń taka nie jest. Tu nie ma wydm. Jest płasko. Zupełnie płasko. W oddali widać bezdrzewne, nagrzane góry. Nie jest to też sam piach. Dookoła porasta monotonna roślinność. Do złudzenia w regularnych odstępach rosnące na piasku niewysokie roślinki. Nie wiem, jak się nazywają, ale z całą pewnością nie są przyjazne ludzkiej skórze. To już wiem z bolesnego doświadczenia, że nawet te najbardziej niewinnie wyglądające listki, gałązki i kwiatki posiadają trudne do usunięcia kolce, czasem niewidoczne gołym okiem, trucizny i inne pułapki. Ponadto, wąchając pustynne kwiatki, można się nieopatrznie natknąć na skorpiona lub grzechotnika. A najgorsze są, jak nas ostrzegają, niepozorne, niewielkie pajączki nazywane czarnymi wdowami.

I jak okiem sięgnąć dookoła, po horyzont widzisz piach rzadko usiany tymi roślinkami. I falujące z gorąca powietrze. Zero cienia. Pytam, co by się stało, gdyby nam samochód nawalił, co pewnie się raz na jakiś czas zdarza. Siadłaby klimatyzacja, w środku szybko nagrzałoby się nie do wytrzymania. Nie ma zasięgu. Nie ma jak wezwać pomocy.

- Dlatego mamy zapasy wody - mówi Joanna.

Najrozsądniej byłoby czekać. Nie iść, ale czekać. W tym skwarze daleko się nie zajdzie. Wiem, bo próbowałem. Pierwsze 15 minut spoko, wydaje ci się, że albo to bujdy z tym niebezpieczeństwem, albo ty jesteś wyjątkowo odporny, czujesz się świetnie, jest cool, byłeś przygotowany na coś znacznie gorszego, luz. Trzymasz butelkę wody, ale nawet nie chce ci się popijać. Myślisz sobie, że te napominania, żeby pić na zapas, nawet jeśli nie czujesz pragnienia, to ględzenie starych ciotek. Po upływie około kwadransa zaczynasz czuć, że faktycznie jest gorąco, ale bez przesady, dasz radę. Normalnie w ciągu dwudziestu minut jesteś w stanie przejść kilometr. Tu trochę nogi grzęzną w piachu, więc troszeczkę mniej. Powiedzmy, że kilometr minął po pół godzinie. Tak na oko. Zaczynasz zastanawiać się, ile kilometrów jeszcze jest do przejścia i czy po drodze będzie jakikolwiek, choćby lichy cień. Po czterdziestu minutach zaczynasz czuć niepokój z powodu uporczywej monotonii krajobrazu. Idziesz, idziesz, a ciągle wygląda tak samo, tak jakbyś stał w miejscu. Narastający niepokój wsącza się w krew. zmienia puls.Osłabienie przychodzi nagle. Kompletnie się nie spodziewałeś. Po prostu nagła fala zawrotu głowy. Aż zachwiało. Ale spoko. Chwilowe. Na pewno chwilowe - uspokajasz się. Nie chce ci się pić. Pijesz, żeby się uspokoić. Picie to jedyne, co możesz zrobić, żeby się uspokoić. Mam wodę, piję, jest ok, nie zdechnę, dopóki mam wodę. Po godzinie zaczynasz mieć dziwne myśli. Że chodzisz w kółko. To przecież niemożliwe, cały czas szedłeś prosto. No raz może skręciłeś. Może dwa. Ile skrętów trzeba, żeby iść w kółko? Zaczynasz się bronić przed: WSZYSTKO MI JEDNO.

Nie wiesz, czy minęło godzinę dziesięć, czy godznię pięćdziesiąt, czy dwie. Nie chce ci się sprawdzać. W zasadzie wszystko ci jedno.

Jeszcze odganiasz myśl, żeby gdzieś usiąć i odpocząć, nawet jeśli nie ma cienia, no już trudno. Tylko na chwileczkę.

Strasznie chce ci się spać. Masz trudny do odparcia atak strasznej senności.

No jakoś tak to wygląda.

Podobno silny, zdrowy człowiek jest w stanie przeżyć tu cztery godziny.

Więc nie iść, tylko czekać. Tu jest droga przez ten piach. Nie jest zasypana. To znaczy, że nią jeżdżą. Jak nie będziesz iść, będziesz mieć więcej sił, żeby doczekać.

Nic się nie psuje. Dojeżdżamy. Skały i głazy, które dają cień. Giant rock - legendarny głaz. Mówią, że to największy na świecie luźno stojąco głaz. 540 metrów kwadratowych. No być może. Myślę sobie o bliskiej Polakom tendencji Amerykanów, żeby różne rzeczy czynić wyjątkowymi i jedynymi na świecie. No bo największy luźno stojący, to znaczy, że pewnie są większe stojące nie luźno, tylko np. na skałach. A co różni Giant Rock od skały? Skały są większe. No ale dobra. Liczy się legenda. Mówią, że to było święte miejsce dla Indian, którzy tu żyli. To akurat możliwe. Wygląda to wystarczająco niesamowicie. Pewnie na Indianach też robiło wrażenie. Obok największego głazu leżą pomniejsze. A ciut dalej górka, na którą się wspinamy z puszkami piwa w dłoniach. Za górką skała, pod którą w miłym cieniu spożywamy meksykańskie piwo.

Pod Giant przyjeżdża się biwakować. Są ślady ognisk. Są paleniska świeże i są starsze, i są bardzo stare z głębokimi opaleniami skały powyżej, możliwe, że jeszcze poindiańskie. No i sporo graffitti, wiadomo. Co ciekawe, prawie nie ma śmieci. I tylko jedna kupa z kawałeczkami papieru toaletowego.

W tym miejscu, pod Giant Rock w roku 1953 medytował George van Tassel, mechanik samolotowy i inspektor lotów. W trakcie medytacji przyleciało UFO. Przekazali mu instrukcje. Zgodnie z nimi zbudował niedaleko stąd okrągłą budowlę. Zgodnie z instrukcją nazwał ją Integratron. Budowla stoi do dziś i do dziś odbywają się w niej zloty ufologów oraz kąpiele w dźwięku.

2017-08-03 | Dodaj komentarz
Duża Ula
2017-08-05 10:50:57
Na początku tak jak bym czytała jakiś dramat. Dobrze , że to się nie dzieje naprawdę. Chyba , że Tobie Arturze to się zdarzyło ? W takim miejscu doceniamy jakim skarbem jest woda i nasz umiarkowany klimat. Pozdrawiam !
Komentarzy (0)

Teatr Tekstu w Landers

  
Samotny bar na pustyni. Gorąco, chociaż już wieczór. Od ziemi, od piasku paruje gorące powietrze. Przed barem samochody. Ktoś stoi i patrzy na Księżyc. Ktoś pali papierosa. Muzyka ze środka. Szafa grająca gra. Słychać cykady.
Landers to małe miasteczko na wielkiej pustyni Mojave. Mieszkają tu kojoty, skorpiony, grzechotniki, króliki i masę kłujących roślin. Ale najniebezpieczniejszy, jak mówią, jest niepozorny pająk o nazwie czarna wdowa.
Mieszkają tu też ludzie. Trzy i pół tysiąca ludzi. Ale bar jest za miasteczkiem. Wokół tylko pustynia. Robimy tu dziś teatr tekstu. Napisaliśmy krótkie teksty ja i Darek. Joanna i Joe przekładali je na angielski. I teraz czytanie.
Ladies and gentleman, specjalnie dla państwa z dalekiego kraju Teatr Tekstu!
Tłumaczę krótko, że przez kilka lat robiliśmy taki w Bielsku i o co chodzi. Gromadzimy wszystkich wokół stołu bilardowego i rozdajemy teksty, w których kolorowymi flamastrami zaznaczyliśmy podział na role. Zaczynamy!
Tak, jak u nas, wszyscy popijają piwa, drinki, alkohole (dlatego Jasiek nie mógł tu przyjść). W luźnej atmosferze czytamy najpierw krótkie opowiastki Darka z dotychczasowego pobytu tutaj, a potem napisaną przeze mnie tutaj Pieśń pustynnych królików, quasi-mityczną, rytmiczną opowieść o zdobywaniu Ameryki i o ludziach, którzy uciekli z Europy tu, i o ludziach, którzy uciekli już tu na pustynię.
Czytają na głos, śmieją się, zastanawiają. Jest genialnie! Żywo reagują!
Później oprócz klasycznych grzecznościowych podziękowań, bo wszyscy są tu tradycyjnie bardzo mili i grzeczni dla siebie, są rozmowy o tym, co przeczytaliśmy, o formule. Ludzie opowiadają mi swoje historie, dlaczego tu są, dlaczego tu przyjechali i jak jest.
W euforycznym nastroju pijemy kolejne piwa, które stawia wszystkim Joe, który ma dziś urodziny i daje jeszcze na koniec wieczoru swój koncert. Pojawiają się głosy, żeby zorganizować kolejny taki wieczór, zanim wyjedziemy, jeśli będzie czas. Ludzie chcą napisać własne teksty, które miałbym skompilować w jakąś całość.
Wychodzę później w noc, w pustynię, i patrzę w gwiazdy, których jest mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo. Z czarnej oddali, z pustyni bar wygląda zjawiskowo, jak maleńki cud.
2017-07-29 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Hollywood

  
Wielki jarmark. I tlumy ludzi, którzy przyjechali, jak my, zobaczyć Hollywood, i którzy przewalają się tam i z powrotem po Hollywood Boulevard. Masa sklepów i sklepików, a w nich tysiące mniej lub bardziej tandetnych pamiątek z Hollywood. Plastikowe oskary dla babci, dla cioci, dla ukochanej, pocztówki, medaliki, koszulki, czapeczki, magnesy na lodówkę. Szukam czegoś oryginalnego, nietypowego i nie znajduję. Na chodniku słynne gwiazdy. Przy niektórych ludzie sobie robią zdjęcia. Siadają, kładą się na chodniku i pstrykają selfie z nazwiskiem swojego ulubieńca na wtopionej w chodnik gwieździe. Nie jest to łatwe przy nieustannie przechodzących sznurach ludzi. Jasiu szuka Clinta Eastwooda, ale nie ma. Tych gwiazd jest strasznie dużo, więc można pewnie chodzić pół dnia. No i ikony Hollywood z plastiku, przy których robi się zdjęcia. Najbardziej udany jest King Kong. Pewnie dlatego, że oryginalny, filmowy King Kong z lat trzydziestych też był z gumy. Marylin Monroe nie była z gumy, a teraz jest i wygląda nieco upiornie. Jeszcze gorzej z Elvisem Presleyem. Ale wiem, czepiam się. Nikomu tu nie chodzi o to, żeby to było jakieś. To jest jarmark. I nie ukrywa, że jest jarmarczny. Ulice pełne są ludzi, którzy zarabiają pieniądze. Chodzą na przykład z żywymi wężami na ramionach. Można sobie z takim wężem zrobić zdjęcie. Sporo tych węży. Co oczywiste tutaj, przebierają się w stroje filmowych bohaterów. Jest to nastawione głównie na młodzież, więc ja tych bohaterów, za których oni są przebrani, średnio kojarzę. Jasiek mi mówi, że to na przykład avengersi. Mijamy dwa muzea figur woskowych, mijamy ze trzy kina. Największy tłum kłębi się przed Dolby Theatre, tu gdzie co roku rozdają oskary. Jakieś dziewczę ubrane skąpo w amerykańską flagę wiesza mi się tam na szyi:
Are you ready, daddy? - pyta.
No, I'm not.
Skupiony jestem na tym, żeby się nie zgubić z Jasiem w tym tłumie. Wymaga to wysiłku. Kawałek za Dolby Theatre jest wielki sklep z pamiątkami z Hollywood. To największy sklep z pamiątkami, jaki widziałem. Wielka hala pełna pierdółek. Pośrodku groteskowy Elvis Presley przy swoim cadillacu. Zanurzamy się w to. Oprócz klasycznych pierdółek takich, jak wszędzie, są działy poświęcone poszczególnym bohaterom Hollywood na przestrzeni, że tak powiem, dziejów. Są więc regały poświęcone najstarszej wersji „Czarnoksiężnika z krainy Oz", jest Chaplin, John Wayne, oczywiście Marylin etc. W każdej z tych wersji są koszulki z bohaterem bądź bohaterami, kubki, breloczki, czapeczki. Nie ma co ukrywać, tanie to nie jest. Po ponad półgodzinnym oglądaniu nie kupujemy nic. Wracamy do auta. Jeszcze zdjęcie z Myszką Miki z plastiku. Jeszcze odnaleziona na chodniku gwiazda aktora, którego znam, pośród masy nieznanych mi nazwisk. Harpo Marx. Czemu nie są koło siebie gwiazdy wszystkich braci Marx? I już dosyć. Możemy jechać. Tuż obok Hollywood Boulevard, dosłownie przecznicę obok śpią na kartonach bezdomni. W przecznice nikt się nie zapuszcza. Wszyscy ciągną bulwarem. W przecznicach nic nie ma.
Przejeżdżamy obok legendarnej wytwórni Capitol. W oknach zdjęcia Beatlesów, którzy tu nagrywali.
Jedziemy w górę od Capitolu, tak jak się jedzie do słynnego napisu i do obserwatorium astronomicznego, i myślę sobie, że Lennon z kumplami też jechał tą drogą, patrzył na te pobocza, też otwierał szybę i wdychał powietrze.
Jest już ciemno. Napis się nie świeci. Ledwo go widać. Ciekawe, że go nie podświetlili. Chyba nikomu na tym nie zależy. Za to kolejka samochodów do obserwatorium Griffitha. Wysiadamy z auta w końcu i idziemy pieszo, mijając sznury ugrzęźniętych kierowców. Obserwatorium właśnie się powoli zamyka. Jeszcze rzut oka na interaktywne eksponaty ukazujące fazy Księżyca itp. Największą atrakcją Griffith o tej porze jest rozległa, nocna panorama Los Angeles od strony wzgórz Hollywood. I po to wszyscy przyjeżdżają. Stajemy więc na tarasie obserwatorium i kontemplujemy to rozlewające się na całą dostępną okiem przestrzeń morze światełek. Co się rzuca w oczy, nie są te światełka tak gęsto i nie ma takiej łuny, jak można by się spodziewać po czteromilionowym mieście. Nie. Nawet powiedziałbym, są duże przestrzenie mroku, szczególnie dalej od centrum. W kraju, gdzie większość rzeczy jest prywatna, jest ciemniej. Oświetlenie kosztuje. Są ulice, gdzie w ogóle nie ma latarni. Bo kto miałby za to płacić? Często wystarczy, że jest światło od sklepowych wystaw. Ale generalnie w nocy jest noc.
2017-07-26 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Getty

  
Wyjeżdża się wagonikiem. Coś w rodzaju kolejki na Gubałówkę. Nie da się inaczej wejść do Getty Museum niż wyjeżdżając wagonikiem. Trzeba zostawić auto na parkingu za piętnaście dolarów i dalej już jest wszystko bezpłatnie.
Mała dygresja o komunikacji miejskiej. Istnieje w LA komunikacja miejska, ale jest niełatwa. Jeżeli chce się poruszać w ramach jednej dzielnicy, Culver, czy Beverly, czy Śródmieście, to ok, podobno wystarczy. Ale jeśli chce się jechać np. z Culver do Getty, to już jest problem. Przesiadki, przechodzenia. Długo to trwa. Generalnie nie polecają. Można natomiast szukać w necie podwózki prywatnym autem. Na kilkupasmowych ulicach przecinających LA, bardzo często jest specjalny pas ruchu, najbliżej środka jezdni. To jest pas dla tych kierowców, którzy wiozą minimum dwie osoby. Jest szybszy, szczególnie w czasie korków, więc o tyle łatwiej załapać się na podwózkę.
No więc wagonikiem na górę. Odsłania się panorama Los Angeles. Jeśli kogoś nie interesują zbiory Getty Museum, to może nacieszyć się panoramą miasta. Wyraźnie wyróżniająca się dzielnica biurowców, bo stoi tam garść wysokich budynków. Nie są takie wysokie jak nowojorskie i jest ich niewiele, i są nowe. Zaczęto je budować, kiedy odkryto technologie pozwalające budować bezpieczniejsze wieżowce na terenach, na których występują trzęsienia ziemi. Poza tym Los Angeles to wielkie, rozległe dzielnice niewysokich domów, z których każda jest osobną całością, osobnym miasteczkiem.
Jean Paul Getty był multimilionerem, który we właściwym czasie, jakoś zaraz po II wojnie, zainwestował w pola naftowe w Kuwejcie i w Arabii Saudyjskiej. Przyniosło mu to bajeczne zyski, a że pochodził z rodziny potentatów naftowych, więc dołożył swoje bajeczne zyski do bogactwa rodziny. Zbierał dzieła sztuki, w tym takie, o których się mówi, że są bezcenne: Van Gogha, Tycjana, impresjonistów, Breughla sztukę starożytną, średniowieczną. Nie zbierał sztuki nowoczesnej. Jego zainteresowania kończyły się na XIX wieku. Zbudował dla swojej kolekcji muzeum w Malibu, gdzie mieszkał, a potem drugie w Los Angeles. Zatrudnił, wiadomo, najlepszych na świecie architektów, w tym architektów ogrodów. Sam ponoć regularnie doglądał budowy i zmieniał. Zmarł w 1976 roku. Podobno pozostałe po nim Getty Museum utrzymywane jest wyłącznie z procentów od jego majątku. Nie pobiera się żadnych opłat poza parkingową, jeśli się przyjechało autem. Nie ma żadnych biletów. Są ludzie, którzy przychodzą tu poleżeć na zieloniutkim, wypielęgnowanym trawniku i poczytać książkę albo się poopalać. W ramach muzeum działa ośrodek badawczy. To naukowcy z Getty zaprosili swego czasu do Los Angeles Jana Kotta.
Muzeum jest wielkie, więc oczywiście nie ma sensu go zwiedzać w całości. Zatrzymuję się dłużej na wystawie miniatur z ksiąg średniowiecznych, z motywem kobiety. To wystawa czasowa ułożona ze zbiorów muzeum. Pierwszy raz w życiu widzę z tak bliska tyle niesamowitych manuskryptów średniowiecznych zgromadzonych razem. Mam wrażenie, że każdy z nich jest wart tyle, co zaprojektowanie i wybudowanie całego tego muzeum. W gablotach leżą pootwierane na wybranych stronach stare księgi, które niejednego mocarza i bogacza już przeżyły, z przepięknymi, przedziwnymi ilustracjami. Nie zdawałem sobie sprawy, że po tylu wiekach te kolory są nadal tak soczyste, tak intensywne, tak działające na zmysły. W przypadku tych ksiąg, obawiam się, i zrozumiałem to, oglądając tę wystawę, żadna, najlepsza reprodukcja tego nie odda. Dlatego, że barwniki, jakich używali mistrzowie ilustrujący te księgi są nie do podrobienia dla dzisiejszych maszyn drukarskich i barw, jakimi dysponują. Nie są także do odtworzenia przez komputerowe piksele. Oglądam te obrazki świadczące o niepokorności wyobraźni tamtych mistrzów, czytam uważnie opisy, odszyfrowuję kaligrafowane napisy, mógłbym tu spędzić już resztę czasu do wieczora. W zasadzie już nie mam głowy do Tycjanów i Rembrandtów, ale rzucam na nie okiem. Potem leżymy z Jasiem i Joanną na trawniczku, turlamy się po zielonej trawce i oglądamy panoramę LA z góry. Słońce przygrzewa. Jest jasno, bardzo jasno.
2017-07-25 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)

Informacje:




SZTUKI:

1. Guma balonowa. Klub Osiedlowy Widok, BB
2. Testament Teodora Sixta. Teatr Polski w Bielsku-Białej
3. Nic co ludzkie. Scena Prapremier Invitro. Lulblin.
4. Żyd. Teatr Polski w Bielsku-Białej. Teatr Rampa w Warszawie. Kompania Teatr w Lublinie. Skene Szinhaz w Budapeszcie. Teatr Telewizji.
5. Wodzirej. Koszalin Kulturkampf. Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie.
6. Hamlet'44. Muzeum Powstania Warszawskiego. Warszawa.
7. Turyści. Teatr Polski w Bydgoszczy.
8. Wszystkie rodzaje śmierci. Łaźnia Nowa w Nowej Hucie.
9. Ostatni taki ojciec (Tato). Scena Prapremier Invitro. Lublin. Teatr Bagatela w Krakowie.
10. V(F) ICD-10 Transformacje. Teatr Polski w Bydgoszczy.
11. Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
12. Już się ciebie nie boję, Otello. Scena Prapremier Invitro. Lublin.
13. Idź w noc, Margot. Kompania Teatr. Lublin.
14. Auschwitz Cat. Sala Beckett. Barcelona.
15. Bitwa o Nangar Khel. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
16. Szwoleżerowie. Teatr Polski w Bydgoszczy.
17. Obywatel K. Teatr Nowy w Zabrzu.
18. Nieskończona historia. Teatr Powszechny w Warszawie. Teatr Nowy w Zabrzu. Akademia Teatralna w Białymstoku. Teatr 59 w Warszawie. Teatr Horzycy w Toruniu.
19. Nangar Khel. Postscriptum. Festiwal Malta w Poznaniu.
20. Truskawkowa niedziela. Teatr Polski w Bydgoszczy. Landesbhune Theater w Willhelmshaven.
21. Aporia 43. Scena Prapremier Invitro w Lublinie. Teatr Arabeski w Charkowie.
22. Love. Cieszyńskie Studio Teatralne.
23. Morrison/Śmiercisyn. Teatr Lalki i Aktora w Opolu.
24. w środku słońca gromadzi się popiół. Teatr Stary w Krakowie. Wrocławski Teatr Lalek. Polskie Radio.
25. Historie bydgoskie - osiem historii. Teatr Polski w Bydgoszczy.
26. Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci. Teatr Fredry w Gnieźnie.
27. I nikt mnie nie poznał. Violetta Villas. Teatr Capitol we Wrocławiu. Teatr Nowy w Łodzi.
28. Lalka. Adaptacja. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
29. Western. Teatr Śląski w Katowicach.
30. Y. Teatr Capitol we Wrocławiu.
31. Znak Jonasza. neTTheatre. Polskie Radio. Warszawa. Lublin.
32. Psubracia. Teatr Śląski w Katowicach.
33. Exodus 2.0. Teatr Węgierki w Białymstoku.
34. Narysowałam więcej, niż tu widać. Strefa Wolnosłowa. Warszawa.
35. Klątwy. Teatr Osterwy w Lublinie.
36. Rewizor. Będzie wojna. Teatr Ludowy w Nowej Hucie.
37. Dybbuk. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
38. Muzułmany. Teatr Śląski w Katowicach.
39. Panna Nikt. Wrocławski Teatr Współczesny.
40. Dada z łasiczką. Teatr Śląski
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W sprawach wszelakich proszę pisać do mnie na adres:
appalyga@gmail.com

Archiwum:


2017
» październik (2)
» wrzesień (3)
» sierpień (7)
» lipiec (18)
» czerwiec (6)
» maj (2)
» kwiecień (5)
» marzec (1)
» styczeń (2)

2016
» grudzień (7)
» listopad (2)
» październik (3)
» wrzesień (2)
» sierpień (10)
» lipiec (9)
» czerwiec (7)
» maj (2)
» kwiecień (4)
» marzec (4)
» luty (4)
» styczeń (2)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (3)
» wrzesień (3)
» sierpień (2)
» lipiec (2)
» czerwiec (4)
» maj (8)
» kwiecień (10)
» marzec (4)
» luty (5)
» styczeń (2)

2014
» grudzień (5)
» listopad (2)
» październik (2)
» wrzesień (7)
» sierpień (9)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (2)
» kwiecień (6)
» marzec (8)
» luty (7)
» styczeń (5)

2013
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (3)
» wrzesień (9)
» sierpień (9)
» lipiec (7)
» czerwiec (4)
» maj (10)
» kwiecień (11)
» marzec (10)
» luty (6)
» styczeń (9)

2012
» grudzień (6)
» listopad (9)
» październik (3)
» wrzesień (11)
» sierpień (13)
» lipiec (7)
» czerwiec (9)
» maj (11)
» kwiecień (7)
» marzec (4)
» luty (8)
» styczeń (4)

2011
» grudzień (4)
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)

2010
» grudzień (4)
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)

2009
» grudzień (9)
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)

2008
» grudzień (8)
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)

Ostatnie komentarze


[Jan Picheta]
Drogi Arturze, w Teheranie w 1943 r. ur. się Boguś Kunda. Opowiadał mi ciekawe historie....
[Duża Ula]
Super. To cieszy, że praca Twoja Arturze nie idzie w zapomnienie. A wręcz przeciwnie. Idzie...
[Duża Ula]
Ha ha ha. A ja pamiętam. W Austrii nocleg mieliście w Alpach. W miejscowości Hartberg....

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 1443138
Newsów: 695
Komentarzy: 2118
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Artur Pałyga, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała