arturpalyga.blog.bielsko.pl
 
bielsko.biala.pl
blog.bielsko.pl
arturpalyga.blog.bielsko.pl/rss
strona główna - arturpalyga.blog.bielsko.pl

Komentarzy (2)

Los Angeles. Śródmieście

  

Mieszkańcy Beverly Hills nie chcą szerokich ulic. Alternatywą są korki. Mimo to bronią się skutecznie przed szerokimi ulicami. Jedziemy więc przez Beverly Hills dwupasmówką. Poza tym, że to dość niesamowite, że jedziemy z Jasiem przez Beverly Hills, to nie mamy poczucia jakiejś niezwykłości. Wydaje się, że to klasyczna dzielnica centrum dużego miasta. Sklepy, banki, galerie, teatry, instytucje. Przejeżdżając obok komisariatu policji przypominamy sobie Gliniarza z Beverly Hills.
A to jest najdroższy sklep na świecie - mówi Joanna, pokazując sklep z ciuchami. No fajnie. Co chwilę stoimy na światłach. Mamy szczęście. Nie ma zbyt wielkich korków dzisiaj o tej godzinie. Sporo motocyklistów. W teatrze grają balet Czajkowskiego. Nic więcej nie jestem w stanie napisać o Beverly Hills. Naszym celem jest downtown. Śródmieście LA. Nie jedliśmy cały dzień, od śniadania w naszej ulubionej kafejce w Culver. Fajne jest w tych kafejkach, że po kupieniu jednej kawy można ją sobie dolewać w nieskończoność bezpłatnie. Ale jedzenia nie można dokładać. Po długim plażowaniu w Santa Monica jesteśmy już mocno głodni. W downtown mamy coś zjeść wspólnie z Alice i ze Stevem, którzy czekają na nas. Steve odpowiada za muzykę w hollywodzkich filmach.
Współtworzył muzykę do większości filmów z Hollywood, jakie znacie - mówi Joanna. Co nie znaczy, że komponował. Wymyślał charakter, zlecał, dobierał, układał, składał, kompilował, czasami dawał swój kawałek. Filmy hollywoodzkie tworzone są przez sztaby ludzi.
Jakiś czas szukamy miejsca do parkowania. Jest wieczór. Parkowanie bezpłatne. Już! Emocje. Downtown. Przedziwne miejsce. Jedno z najdziwniejszych, jakie widziałem w życiu. Te ulice to kosmos ludzki. Trudny do opisania. Co jakiś czas widać charakterystyczne wózki sklepowe wyładowane dobytkiem bezdomnych. Z rzadka gazety, czy koce na ulicy, na których śpią. Jakiś mężczyzna na środku chodnika tańczy taniec indiański i okadza otoczenie tlącą się szałwią. Jacyś młodzi śmigają koło nas na deskorolkach. Ktoś biegnie i krzyczy. Transwestyci, przeciekawie poubierani ludzie, punkowcy, hippisi, raperzy. Kobiety wręczają ulotki. Zapraszają na demonstrację przeciw Trumpowi. Co któryś człowiek mówi sam do siebie, i nie dlatego, że rozmawia przez telefon. Grupka policjantów rowerowych stoi przy swoich rowerach, ktoś przechodzi, krzyczy do nich obraźliwe słowa na temat policji, potem przechodzi ostentacyjnie na czerwonym świetle, wstrzymując samochody. Policjanci nie reagują. Śmieją się tylko. Na podwórku, przy ulicy koncert rockowy. Wstęp za dolara. Co chwilę czuć zapach palonej marihuany. Mężczyzna z damską torebką i w marynarskiej czapce, w białym kożuszku, pcha wózek z dwójką dzieci. Kupuje im po lizaku w food trucku. Dużo food trucków z przeróżnymi rzeczami. W nich jest najtańsze żarcie i na to się nastawiamy. Nie możemy trafić na miejsce spotkania z Alice i Stevem. Joanna dzwoni do nich. Trafiamy za to do teatru. Chcemy do toalety, a wszystkie toalety we wszystkich miejscach, w których próbowaliśmy, są tylko dla klientów. Trzeba mieć rachunek, że się coś kupiło. I dopiero w teatrze. To w zasadzie centrum teatralne. Teatrów jest tu kilka. Przed wejściem tablica, na której wypisano, że wszystkie narodowości, wszystkie religie, wszystkie ludzkie rasy, wszystkie tożsamości genderowe, wszyscy uchodźcy legalni i nielegalni itp. itd. są mile widziani, tu jest ich dom. W wielkim foyer trwa wielki jarmark. Masę stoisk z naklejkami, płytami, herbatami, bio-żarciem, i nie wiem, z czym jeszcze. Pośrodku - koncert. Nie mamy czasu. Czekają na nas. Przedzieramy się przez tłum. Jest Alice i Steve. Idziemy na podwórko, gdzie stoi sporo food trucków jeden koło drugiego. Tu hamburgery, tam chińszczyzna, w innym hinduszczyzna, obok spaghetti i lasagne, do wyboru, do koloru. Ale Steve mówi, że w sumie zna lepsze miejsce. Niezwykłe, bo zabytkowe. Super lokal. Idziemy tam coraz bardziej głodni. Okazuje się, że w lokalu sprzedają alkohol, więc nie wpuszczają młodzieży do 21 lat.
To Jasiu zostanie z Alice na zewnątrz, a wy przynajmniej wejdźcie popatrzeć - mówi Steve. Wchodzimy. Nie wygląda na tanio. Pośrodku lokalu rośnie wielkie drzewo. Lokal zbudowano wokół tego drzewa, nie naruszając go. Design trochę a la lata dwudzieste - myślę. Steve mówi, że to właśnie są lata dwudzieste, bo z tego czasu jest ten lokal i nic się podobno od tego czasu w nim nie zmieniło. OK, super. Burczy w brzuchu. Idziemy do food trucka, ale innego, ponoć lepszego niż tamte.
Polecany food truck prowadzą dwie czarnoskóre kobiety. Jedna wygląda na temperamentną, myślę, że jak trzeba, potrafi przywalić. Kolejka. Starszy człowiek prosi o drobne na jedzenie. Mówi, że jest koszmarnie głodny.
Nie dawajcie mu. Przed chwilą ten pan chciał mu kupić jedzenie. Powiedział, kupię ci co zechcesz, ale pieniędzy ci nie dam. I nie chciał - ostrzegają nas.
Ten pan jest w białej koszuli i czarnych spodniach. Wygląda, jakby wyskoczył na chwilę z przeszklonego biurowca.
Przed samym nosem przejeżdżają przede mną na deskorolkach. Jakiś tata prowadzi malucha, może trzyletniego, jadącego na deskorolce.
Zamawiamy meksykańskie burrita i tortille. Joanna przypomina o napiwkach. Tak, w food truckach też trzeba. 15-20 procent. Nie ma zmiłuj.

Czekamy z 20 minut. Jemy na ulicy, opierając się o wystawy sklepowe. Nie potrafię powiedzieć, czy było tak smaczne dlatego, że to najlepszy food truck w LA, czy że byliśmy tak strasznie głodni.

Potem Alice i Steve prowadzą nas do niesamowitego miejsca. Stwierdzili, że na pewno mi się spodoba. Bo to gigantyczna księgarnia, czynna do późnej nocy, a może i do rana. Nigdy jeszcze nie byłem w tak wielkiej księgarni. Jest jednopiętrowa, ale to ogromne piętra. Labirynty półek z książkami i płytami. Sporo winyli. Pewnie mógłbym tu spędzić parę godzin na samym przeglądaniu, co gdzie jest, ale tak się nie da. Więc przypadkowo, trochę tu, trochę tam, na wyrywki. Trafiam do obszaru, gdzie jest masę książek historycznych o całym świecie. Szukam, co jest o Polsce. W końcu po dłuższych poszukiwaniach (nie jest alfabetycznie) obok całego regału rosyjskiego znajduję dwie półki z historią wschodniej Europy. Parę książek o Czechach, trzy książki o Bułgarii, parę o Węgrzech, o Rumunii. Na samym, samiutkim końcu znajduję jedną, jedyną książkę o Polsce. Adama Zamoyskiego przelotka przez tysiąc lat historii Polski. To wszystko. Hm. Dziwne.
Kupuję nową poezję amerykańską. Z powrotem zanurzamy się w niesamowitych ulicach downtown. Postanawiamy kupić sobie kawę, Jasiowi szejka i po prostu pogapić się na ludzi.

Młody facet z dużym dekoltem staje przed nami i nawija coś bardzo szybko. Kompletnie nic nie rozumiem. Potem odstawia dla nas krótki taniec i odchodzi. Po nim podchodzi bardzo wysoki czarnoskóry w eleganckiej koszuli, w muszce. Wygląda jakby się urwał z filmu gangsterskiego o bardzo eleganckich i wyrafinowanych gangsterach. Pochyla się nade mną, pyta o papierosa. Pyta, skąd jesteśmy, przedstawia się. Mówi, że jeździ tu uberem i czeka właśnie. Kawę sobie popija, tradycyjnie, po amerykańsku, z wielkiego kubka. Papierosa ćmi. Jest najwyższy na tej ulicy. I najbardziej elegancki.

Mógłbym tak opisywać każdego przechodzącego przed nami człowieka. To było strasznie ciekawe wszystko.

Zmęczeni, padnięci, jak po niesamowitej podróży, bardzo późno wracamy do spokojnego, zacisznego Culver.

2017-07-24 | Dodaj komentarz
stala czytelniczka zCZECHA
2017-07-25 01:27:21
Ja czytam i nie wierze jaki jest ten swiat.A w naszym grajdolku zobaczysz jednego oryginala i wszyscy sie zastanawiaja czy jest normalny.W niedziele bylismy na koncercie Eleni i jeden taki tanczyl solo przed estrada to bylo dziwne. Serdecznie pozdrawiam a Jasia caluje i sciskam.
Danka
2017-07-25 15:56:37
Po raz kolejny czytam, że tam gdzie Pan przebywa nie wolno nawet wejść do środka osobie która nie ukończyła 21 lat, ponieważ właściciel boi się, że utraci koncesję. Nie do końca jestem zwolenniczką takich restrykcji, ale lepiej mi się to podoba niż to jak u nas małolaty dostają piwo wszędzie. Nie podadzą jemu to kupi kolega. Albo np. taki widok nawet w porządnym lokalu - przy jednym stole siedzą rodzice z dziećmi. Mama popija winko, tata piwko. A dzieci uważają to za normalne. I szybko idą w ślady dorosłych. A my zdziwieni gdzie on czy ona tego się nauczyli.
Komentarzy (1)

Santa Monica

  
- To dla mnie ważna chwila - powiedziała Joanna, kiedy postawiła przede mną filiżankę z kawą. - To jest filiżanka Jana Kotta.
Prawie się zakrztusiłem.
- Jak to Jana Kotta?
Jeździłam do niego i dostałam część rzeczy po nim. I teraz ty z niej pijesz.
Nie wiedziałem, że on tu mieszkał. Mieszkał w Los Angeles?
W Santa Monica.
No i właśnie jesteśmy w Santa Monica. Parę wieżowców, ale nie takich wysokich. Nie ma tu wysokich, bo to rejon trzęsień ziemi. Palmy na ładnie przystrzyżonych trawnikach. Jasne słońce. Idziemy na plażę. Po raz ostatni przed wyjazdem na pustynię, idziemy na plażę.
Widać duży szacunek do drzew. Płotki, chodniki, ścieżki omijają drzewa. Drzewa są wszędzie, również między ulicą i chodnikiem w centrum.
Ludzie są swobodni. Znacznie swobodniejsi niż u nas. Nikomu nic do tego, jak kto się ubiera, co nosi i co robi na chodniku. Rób, co chcesz, tylko nie rób krzywdy innym.
Tuż obok plaży biegnie trzypasmowa ulica z przeszklonym przejściem nadziemnym. Plażę od ulicy odziela ciąg budynków mieszkalnych. Duża skarpa. Bardzo duża. Zastanawiamy się, jak to możliwe, że się nie obsypuje na tę ulicę. Nie ma żadnych zabezpieczeń.
Plaża tak szeroka jak w Venice, ale to pierwsza plaża tutaj, która jest zatłoczona. Nie tak, że ciało przy ciele, ale jak na tutejsze warunki i jak na amerykańską potrzebę prywatności, są dość blisko jeden drugiego.
Rozkładamy się. Piasek, długo niegłęboko, woda ciepła, spokojnie. Cudownie, cudownie. Jaś idzie pływać, Joanna zostaje z nim. A ja z Darkiem idę na długi spacer wzdłuż plaży. Oglądamy malusieńkie kraby, mewy, ale najciekawsi są ludzie. Ich różnorodność. Różnorodność kolorów skóry, rysów twarzy, wieku. Ludzie osiemdziesięcioletni są tutaj normalnie aktywni. Bez problemu rozbierają się na plaży do kostiumu, do kąpielówek. Mam wrażenie, że poziom tolerancji dla własnego i cudzego wyglądu jest tu dużo, dużo większy. I, jeszcze bardziej niż na ulicy, dla ludzkich zachowań. Ludzie sobie tańczą, ćwiczą jogę, śpiewają.
Kładę się na wodzie, przy samym brzegu, unoszony falami. Ciepłe, lekko chłodne od dołu, gorące od góry. Zastygam potem, siedząc w tych rytmicznie liżących mnie falach na nie wiem, jak długo. Być może to jest właśnie ta słynna medytacja...
2017-07-22 | Dodaj komentarz
Danka
2017-07-25 16:02:00
To faktycznie historyczna chwila. Nie każdy może wypić kawę z filiżanki Jana Kofty. Brawa ! dla Pani Joanny. Wiedziała kto jest tego godny. Zazdroszczę. Pozdrawiam ! I czekam na dalsze opisy Pańskiej ciekawej podróży.
Komentarzy (0)

Santa Barbara

  

Na molo w Santa Barbara można wjechać samochodem pod sam jego koniec, przed sam ocean. Nie ma barierek. Gdyby ktoś się po prostu nie zatrzymał, nie poczułby żadnego oporu. Chciałeś się utopić, twój problem. Zaparkować nie ma gdzie, wszystko zajęte, więc łatwo się zdenerwować i chlupnąć.
W miasteczku wszystko białe. Wszystkie budynki są białe. Tak jak budynek dawnej misji świętej Barbary. Nieskalana biel. Biel dobrze dobrana. Ani jeden budynek się nie wyłamuje. Biel i zieleń drzew, brązowo-siwe pnie palm, brązowe, drewniane molo, piaszczysta plaża i biel jachtów - to kolory Santa Barbary. I żółty kabriolet, który powoli jedzie przez molo, w którym siedzi Brad Pitt. Słowo daję, Brad Pitt. Z jakimś kolegą. Obaj uśmiechnięci, wiedzą, że są na widoku. Obaj w marynarskich, białych czapeczkach.

- Naprawdę? To był Brad Pitt? - pyta Darek. - Ja patrzyłem tylko na ten żółty kabriolet, nie zwróciłem uwagi, kto tam siedzi.

- Naprawdę? Brad Pitt? A jaką miał bródkę? - wypytuje Jasiek.

Dużo ich tu mieszka, tych hollywoodzkich bogów, w Santa Barbara. Gdzieś tu była willa Michaela Jacksona. Blisko LA, blisko wytwórni Capitol, blisko Hollywod, blisko do pracy. Góry i ocean. Trochę jak połączenie Ustronia i Ustki. Albo raczej Zakopanego i Ustki, bo góry wyższe. Dużo plaż jest zamkniętych dla ogółu. Są prywatne. Należą do rezydencji. Podobnie te góry. Wspinanie się grozi natknięciem się na ogrodzenie i tabliczki: Private property. No trespassing. I to jest ta różnica.

Przed wejściem na molo boisko do siatkówki. Na skraju plaży niezwykła rzeźba z piasku. Amerykański żołnierz klęczy przy leżącym, rannym koledze. Leżący trzyma w dłoni małą flagę państwową. Obok rzeźby siedzi na krzesełku mężczyzna. Ludzie przechodzą, zerkają, fotografują. Mężczyzna lekko się uśmiecha.
Na molo dużo wędkarzy, kobiety i mężczyźni w różnym wieku, ale przeważnie o azjatyckiej urodzie, ciekawe.
Wbrew temu, czego spodziewałem się po Santa Barbara, nie mam wrażenia luksusu. Bardziej luksusowo wygląda chyba molo w Sopocie. Łowią, dowcipkują, spacerują, palą papierosy w miejscach wyznaczonych do palenia, piją piwo, bo pod koniec mola, przy parkingu jest knajpka piwna z ogródkiem. Piwo w normalnej cenie, ale nie kupujemy, bo kolejka i nie chce się nam czekać. Łazimy za to długo po sklepiku z pamiątkami. Dużo kalifornijskich tablic rejestracyjnych do kupienia na pamiątkę, mnóstwo magnesów na lodówkę, zabawne kartki pocztowe i maszyna Zoltar do wróżenia za pieniądze.Patrzymy na ocean i myślę sobie, że gdyby tak płynąć prosto przed siebie, to dopłynęłoby się po długim czasie do Japonii, chyba że udałoby się po drodze trafić na Hawaje, i to jest dziwne uczucie.

2017-07-21 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (0)

Solvang

  

Amerykańskie rodziny przechadzają się wśród słodko duńskich domków. Wszystko to przesadzone, przesłodzone, jak w Disneylandzie. Gdyby w Disneylandzie istniało duńskie miasteczko, wyglądałoby jak Solvang. Śliczne to wszystko, zadbaniutkie. Domek z pamiątkami, domek z ciasteczkami, domek z pamiątkami, domek z ciasteczkami i wiking z plastiku przed sklepem, i wiatrak. Taki duński skansen w sam raz na wypad w wolne popołudnie. W sam raz na spacer zadbaną uliczką pomiędzy domami w kratkę, z dużymi lodami w ręku. A na ryneczku koncert. Tradycyjnie, jak to w Stanach, dwójka ludzi gra na gitarach i śpiewa. Zemsta Dylana. Wszędzie dylanopodobne muzykowanie. Pomnik Andersena. Poczet królów duńskich.
Solvang zbudowane zostało przez duńskich pionierów w czasach zdobywania Dzikiego Zachodu. I z duńskości dziś miasteczko czerpie profity. Specjalizują się tu w ciasteczkach. Różne amerykańskie miasteczka w różnych rzeczach się specjalizują. A to mają najlepsze taco, a to najlepszą pizzę, a to potrawy z grochu. Wtedy w całym miasteczku rozkwitają sklepiki z danym produktem, o którym w każdym przewodniku piszą, że jest specjalnością miasteczka i wieść się niesie. I każdy kto przyjedzie do Solvang, musi kupić ciasteczka. No jak nie kupić, skoro to tutejsza specjalność?
Kupiliśmy z dodatkiem wielkiej kawy. Smaczne.

Kiedy wyjeżdżamy z Solvang, natrafiamy na zamkniętą drogę. Jest zamknięta, bo jest impreza. Rodeo. Nieduże to rodeo. Pllacyk wielkości połowy boiska piłkarskiego. Jeźdżcy przgotowani. W kowbojskich strojach. Ludzi na widowni tyle, co u nas na meczu okręgówki. Postanawiamy zobaczyć. Wysiadamy z auta i idziemy do wejścia. Wejście zamknięte niskim płotkiem. Łatwo przez niego przejść. Zastanawiam się z Jasiem, czy przejść. I wtedy widzę starego kowboja. Ma skórzane nakładki na nogawki spodni, ma broń za pasem, ma kapelusz, ma wszystko, co powinien mieć kowboj. I wygląda kowbojsko. Widzę, ze patrzy na nas i mówię Jasiowi, że wracamy.

Kiedy wracamy, powoli podjeżdża do nas na koniu.

- W czymś wam mogę pomóc?

- Chcieliśmy na rodeo.

- To prywatny teren i prywatne rodeo.

- Ok, nie wiedzieliśmy.

- W porządku.

- Ale drogą publiczną nie możemy przejechać?

- Nie. Zamknięta, bo rodeo.

Jedziemy dookoła. Mijamy prywatne rancza, prywatne pola golfowe, prywatne pola i prywatne gołe ziemie nieużywane. Wyjdziesz z samochodu, zrobisz pięć kroków od drogi w bok, albo i dwa kroki i prywatne. Ale bardzo ładne te prywatne krajobrazy.

W drodze powrotnej wstępujemy coś zjeść obiadowego, bo w Solvang drogo. Hamburgerownia. Bardzo smakowite i fajnie przyrządzone hamburgery, ale rachunek mnie zaskakuje.

- Jak to? Czemu tak dużo? - pokazuję na cenę w menu.

No tak. Zapomniałem! Do ceny podanej w menu trzeba sobie doliczyć podatek, który jest różny i nie wiem, od czego zależy. Oraz do ceny w menu trzeba sobie doliczyć napiwek. Napiwek dają wszyscy. Daje się napiwek. Nie można w zasadzie nie dać napiwku. W rachunku podają napiwek sugerowany. Minimum dziesięć procent, a normalny napiwek to dwadzieścia procent ceny.

- A frytki? Nie zamawiałęm frytek. Myślałem, że były w cenie.

- Niestety, nie były w cenie.

Pytał, czy chcę frytki i nie zrozumiałem i zamówiłem niechcący.

I nagle cena dwóch hamburgerów rośnie do dwudziestu dolarów. Masakra. No przynajmiej smaczne. Nie to, co w MacDonaldzie.

MacDonaldów widzimy mało, bardzo mało, nieporównywalnie mniej niż w Polsce. McDonald w Stanach to jadłodajnia dla ubogich. W Macu na wjeździe do LA od strony Santa Monica jest brudno i niechlujnie, a w ubikacji dramat! Za to jest dużo taniej.

2017-07-20 | Dodaj komentarz
(brak komentarzy)
Komentarzy (1)

Monty Roberts Ranczo

  
Brama. Naciskamy dzwonek. Otwiera się bez pytań. Długą aleją dojeżdżamy na parking przed ranczem.
To jest Pat, żona Montiego - szepcze Jasiu.
Pat wita nas serdecznie, zaprasza do środka. Trzeba wypełnić oświadczenia, że wchodzimy na własne ryzyko i jak na koń kopnie albo coś, to nie będziemy zgłaszać pretensji. Nie ma żadnych opłat. Jesteśmy gośćmi rancza.
Jest duże i bardzo zadbane. Pośrodku kącik palacza - smoking corral. Dookoła stajnie. Słynny Shyboy - tytułowy bohater jednej z książek Robertsa, ma boks specjalnie oznaczony. Oglądamy basenik do mycia koni. Akurat jeden się myje. U nas takich nie ma.
W małej ujeżdżalni mały Meksykanin ujeżdża dzikiego mustanga. I tu jest ta zmiana. Amerykańska tradycja ujeżdżania mustangów to łamanie konia. System kar i represji, oparty na przemocy. Stary system, który swego czasu również w Europie stosowano do wszystkiego, także do dzieci i do kobiet. Monty Roberts opracował własną metodę oswajania, ujeżdżania dzikiego konia bez przemocy, poprzez porozumienie z koniem, przyswojenie jego języka, jego sposobu komunikacji i jego reguł postępowania.
Obserwujemy, jak mały Meksykanin powoli podchodzi do konia, głaszcze go. Koń wyrywa się, wyskakuje w górę, próbuje doskoczyć do nas kopytami. Fascynujący spektakl, ale długotrwały.
Podglądamy kursantów, którzy akurat mają tu dziś zajęcia. Rozmawiamy z paniami przy siodłach. Mówią, że Monty Roberts właśnie zaczyna lekcję, możemy tam iść.
I rzeczywiście. W osobnej ujeżdżalni odbywa się seans samego mistrza. Wchodzimy po cichu. Starszy pan tłumaczy nam szeptem, że to trzeci seans z tym koniem, a na trzecim seansie odbywa się zakładanie siodła.
Monty mówi do konia, ale też rozmawia z nami. Chodząc wokół konia, mówi spokojnie do nas. Pyta, skąd jesteśmy. Mówi, że był w Warszawie.
Wyobrażam sobie, że Jasiu może czuć coś takiego, jak ja bym czuł w wieku piętnastu lat, gdyby zmaterializował się przede mną Winnetou i Old Shatterhand.
Przez godzinę oglądamy w ciszy i skupieniu seans siodłania dzikiego konia. Jasiek zafascynowany, Darek i ja zaczynamy nieco przysypiać. Seans wygląda zapewne ekscytująco dla znawców i pasjonatów. Zostawiam więc Jasia i wymykam się po cichu do smoking corral, a potem siadam przed wejściem.
Wszystko ok? - pyta mężczyzna, jak się okazuje, pracownik rancza. Często tu słyszę to pytanie, czy wszystko ok. Bo jest gorąco, bo można zasłabnąć, bo ludzie są różni etc.
Tak, dziękuję. A można tu gdzieś kupić kawę? - pytam, bo czuję, jak przysypiam.
Kupić nie, ale zapraszam tutaj.
Wchodzę do biura rancza, dostaję kubek i mam się sam obsłużyć kawą z dużego ekspresu.
No problem - mówi pan.
Miło, miło.
Jasiek wraca podekscytowany, że Monty Roberts rozmawiał z nim i zaprosił go na kurs, jak będzie starszy, bo kurs tutaj dopiero od 16 lat.
Ciągle nie mogę w to uwierzyć - mówi.
Chcemy zobaczyć jeszcze tor wyścigowy. Błądzimy. Wjeżdżamy na jakiś teren, między jakieś stajnie, mijamy jakichś ludzi, rodzinę, która macha nam, jedziemy dalej. Stajemy na placyku, łazimy między stajniami i między uprawami winogron, szukając koni i toru.
Podchodzi do nas szeroko uśmiechnięta pani.
Czy wszystko ok? - pyta.
Tak, dziękujemy.
A czego szukacie? Bo wjechaliście na teren prywatny. Machaliśmy wam. To nasze ranczo - mówi z życzliwym uśmiechem.
Zaczynamy gorąco przepraszać i tłumaczyć się.
- Ależ nie ma sprawy. Chciałam pomóc - mówi. Pyta, skąd jesteśmy i oprowadza nas trochę po stajniach. Na koniec machają nam wszyscy serdecznie na pożegnanie. Idylla.
2017-07-18 | Dodaj komentarz
Duża Ula
2017-07-19 22:11:53
To była uczta dla Jasia. Wspaniale ! Będzie pamiętał to do końca życia. A Panowie zapamiętają smak kawy z Rancha Monty Robertsa. Pozdrawiam i życzę dalszych wspaniałych dni w Kalifornii !

Informacje:




SZTUKI:

1. Guma balonowa. Klub Osiedlowy Widok, BB
2. Testament Teodora Sixta. Teatr Polski w Bielsku-Białej
3. Nic co ludzkie. Scena Prapremier Invitro. Lulblin.
4. Żyd. Teatr Polski w Bielsku-Białej. Teatr Rampa w Warszawie. Kompania Teatr w Lublinie. Skene Szinhaz w Budapeszcie. Teatr Telewizji.
5. Wodzirej. Koszalin Kulturkampf. Bałtycki Teatr Dramatyczny w Koszalinie.
6. Hamlet'44. Muzeum Powstania Warszawskiego. Warszawa.
7. Turyści. Teatr Polski w Bydgoszczy.
8. Wszystkie rodzaje śmierci. Łaźnia Nowa w Nowej Hucie.
9. Ostatni taki ojciec (Tato). Scena Prapremier Invitro. Lublin. Teatr Bagatela w Krakowie.
10. V(F) ICD-10 Transformacje. Teatr Polski w Bydgoszczy.
11. Tak wiele przeszliśmy, tak wiele przed nami. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
12. Już się ciebie nie boję, Otello. Scena Prapremier Invitro. Lublin.
13. Idź w noc, Margot. Kompania Teatr. Lublin.
14. Auschwitz Cat. Sala Beckett. Barcelona.
15. Bitwa o Nangar Khel. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
16. Szwoleżerowie. Teatr Polski w Bydgoszczy.
17. Obywatel K. Teatr Nowy w Zabrzu.
18. Nieskończona historia. Teatr Powszechny w Warszawie. Teatr Nowy w Zabrzu. Akademia Teatralna w Białymstoku. Teatr 59 w Warszawie. Teatr Horzycy w Toruniu.
19. Nangar Khel. Postscriptum. Festiwal Malta w Poznaniu.
20. Truskawkowa niedziela. Teatr Polski w Bydgoszczy. Landesbhune Theater w Willhelmshaven.
21. Aporia 43. Scena Prapremier Invitro w Lublinie. Teatr Arabeski w Charkowie.
22. Love. Cieszyńskie Studio Teatralne.
23. Morrison/Śmiercisyn. Teatr Lalki i Aktora w Opolu.
24. w środku słońca gromadzi się popiół. Teatr Stary w Krakowie. Wrocławski Teatr Lalek. Polskie Radio.
25. Historie bydgoskie - osiem historii. Teatr Polski w Bydgoszczy.
26. Niech nigdy w tym dniu słońce nie świeci. Teatr Fredry w Gnieźnie.
27. I nikt mnie nie poznał. Violetta Villas. Teatr Capitol we Wrocławiu. Teatr Nowy w Łodzi.
28. Lalka. Adaptacja. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
29. Western. Teatr Śląski w Katowicach.
30. Y. Teatr Capitol we Wrocławiu.
31. Znak Jonasza. neTTheatre. Polskie Radio. Warszawa. Lublin.
32. Psubracia. Teatr Śląski w Katowicach.
33. Exodus 2.0. Teatr Węgierki w Białymstoku.
34. Narysowałam więcej, niż tu widać. Strefa Wolnosłowa. Warszawa.
35. Klątwy. Teatr Osterwy w Lublinie.
36. Rewizor. Będzie wojna. Teatr Ludowy w Nowej Hucie.
37. Dybbuk. Teatr Polski w Bielsku-Białej.
38. Muzułmany. Teatr Śląski w Katowicach.
39. Panna Nikt. Wrocławski Teatr Współczesny.
40. Dada z łasiczką. Teatr Śląski
-------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
W sprawach wszelakich proszę pisać do mnie na adres:
appalyga@gmail.com

Archiwum:


2017
» październik (2)
» wrzesień (3)
» sierpień (7)
» lipiec (18)
» czerwiec (6)
» maj (2)
» kwiecień (5)
» marzec (1)
» styczeń (2)

2016
» grudzień (7)
» listopad (2)
» październik (3)
» wrzesień (2)
» sierpień (10)
» lipiec (9)
» czerwiec (7)
» maj (2)
» kwiecień (4)
» marzec (4)
» luty (4)
» styczeń (2)

2015
» grudzień (4)
» listopad (4)
» październik (3)
» wrzesień (3)
» sierpień (2)
» lipiec (2)
» czerwiec (4)
» maj (8)
» kwiecień (10)
» marzec (4)
» luty (5)
» styczeń (2)

2014
» grudzień (5)
» listopad (2)
» październik (2)
» wrzesień (7)
» sierpień (9)
» lipiec (4)
» czerwiec (3)
» maj (2)
» kwiecień (6)
» marzec (8)
» luty (7)
» styczeń (5)

2013
» grudzień (4)
» listopad (5)
» październik (3)
» wrzesień (9)
» sierpień (9)
» lipiec (7)
» czerwiec (4)
» maj (10)
» kwiecień (11)
» marzec (10)
» luty (6)
» styczeń (9)

2012
» grudzień (6)
» listopad (9)
» październik (3)
» wrzesień (11)
» sierpień (13)
» lipiec (7)
» czerwiec (9)
» maj (11)
» kwiecień (7)
» marzec (4)
» luty (8)
» styczeń (4)

2011
» grudzień (4)
» sierpień (1)
» lipiec (5)
» czerwiec (1)
» maj (2)
» kwiecień (2)
» marzec (3)
» luty (3)
» styczeń (4)

2010
» grudzień (4)
» listopad (6)
» październik (4)
» wrzesień (8)
» sierpień (7)
» lipiec (6)
» czerwiec (5)
» maj (6)
» kwiecień (9)
» marzec (3)
» luty (12)
» styczeń (9)

2009
» grudzień (9)
» listopad (9)
» październik (11)
» wrzesień (10)
» sierpień (3)
» lipiec (3)
» czerwiec (8)
» maj (8)
» kwiecień (8)
» marzec (12)
» luty (10)
» styczeń (12)

2008
» grudzień (8)
» listopad (7)
» październik (8)
» wrzesień (14)
» sierpień (4)
» lipiec (8)
» czerwiec (7)
» maj (11)
» kwiecień (13)
» marzec (9)
» luty (7)

Ostatnie komentarze


[Jan Picheta]
Drogi Arturze, w Teheranie w 1943 r. ur. się Boguś Kunda. Opowiadał mi ciekawe historie....
[Duża Ula]
Super. To cieszy, że praca Twoja Arturze nie idzie w zapomnienie. A wręcz przeciwnie. Idzie...
[Duża Ula]
Ha ha ha. A ja pamiętam. W Austrii nocleg mieliście w Alpach. W miejscowości Hartberg....

Ocena bloga:


Oceń blog:  1   2   3   4   5 

Reklama:


Statystyki bloga:


Wyświetleń: 1443130
Newsów: 695
Komentarzy: 2118
Ta strona kojarzona jest ze słowami:
Artur Pałyga, blog Bielsko, blogi Bielsko-Biała