blog.bielsko.pl arturpalyga.blog.bielsko.pl | Artur Pałyga arturpalyga.blog.bielsko.pl | Artur Pałyga http://www.blog.bielsko.pl/ pl-pl Wed, 14 Nov 2018 23:00:00 +0000 Wed, 14 Nov 2018 23:00:00 +0000 5 Wycieczki. Podsumowanie http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,13026.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,13026.html Wed, 14 Nov 2018 23:00:00 +0000 W tym roku wznowiłem wyjścia w góry. Postanowiłem przejść po kolei wszystkie szlaki. Opuściłem tylko te, którymi niedługo wcześniej już szedłem. Podliczyłem. Zrobiłem dwadzieścia jeden szlaków z dojściem do schroniska. W tym jeden raz w zasadzie się nie liczy, bo to wyjazd gondolą i malutkie podejście na Szyndzielnię. Raz powtórzyłem tę samą trasę z Beatą i z Jasiem. Ze trzy razy zdarzyło się, że cofnąłem się w trakcie i później wchodziłem tą samą drogą jeszcze raz.<p>1. Regularne, samodzielne wyjścia zacząłem od zielonego szlaku z Bystrej Górnej przez Kołowrót na Szyndzielnię. Pamiętam radość, że spełniłem swoje postanowienie i doszedłem do końca. Herbatka na górze.<br />2. Rekreacyjnie kolejką linową i stamtąd dziesięciominutowy spacer do schroniska na Szyndzielni.<br />3. Na Klimczok. Z Wilkowic niebieskim. Solidny kawałek. 2 godz. 45 minut na szczyt.<br />4. Na Klimczok. Z Wilkowic zielonym 3 godziny. Mieszczę się w czasie. Ani dłużej, ani krócej. Robię takie czasy, jak są wypisane. Idę bez przerwy, bez odpoczynku, spokojnie.<br />5. Klimczok. Z Bystrej przez Kołowrót zielonym. Po deszczu.<br />6. Klimczok. Z Wilkowic przez Meszną żółtym. 3 godz. 15 min.<br />7. Klimczok. Z Bystrej czarnym. Przez Chatę na Groniu stromizną. Tę drogę, dość wyczerpującą, powtórzyliśmy z Beatą i Jasiem. 3 godziny na szczyt.<br />8. Klimczok. Ze Szczyrku niebieskim. Miło i przyjemnie.<br />9. Klimczok. Ze Szczyrku zielonym. We mgle.<br />10. Klimczok. Z Brennej Bukowej żółtym przez Karkoszczonkę.<br />11. Klimczok. Z Szyndzielni. Spacerówka.<br />12. Karkoszczonka z centrum Szczyrku żółtym. Przyjemna godzinka.<br />13. Karkoszczonka. Ze Szczyrku Biłej żółtym. Krótko acz intensywnie.<br />14. Karkoszczonka. Z Brennej Bukowej żółtym. Tłumnie uczęszczany szlak. Z powrotem porządnie mnie zlało i stłukło gradem.<br />15. Karkoszczonka. Z Przełęczy Salmopolskiej przez Kotarz czerwonym. Bardzo fajna, malownicza, urozmaicona trasa na 2,5 godziny w jedną stronę.<br />16. Grabowa. Z Przełęczy Salmopolskiej czerwonym. Spacerówka. Szlak emerycki.<br />17. Grabowa. Z Brennej Leśnicy zielonym, a potem czarnym. Spoko. To już coś. Fajne przejście szczytami.<br />18. Grabowa. Z Brennej centrum przez Stary Groń zielonym, potem czarnym. Pokrywa się częściowo z powyższym, tylko o ponad godzinę dłuższy.<br />19. Błatnia. Z Wapienicy Górnej niebieskim. Przez Dolinę Luizy. Długie, strome podejście, potem przyjemniutko.<br />20. Z Jaworza Górnego żółtym. Jesiennie.<br />21. Z Jaworza Nałęża czerwonym. Jesiennie. Powrót w ciemnościach.</p><p>Jeśli się uda, jeszcze w tym roku odwiedziłbym schronisko na Błatniej dwa razy. Zobaczymy.<br />Za każdym razem było z czytaniem. Zupełnie inaczej się czyta i przyswaja, i rozmyśla o tym, idąc. Czasami przystawałem na chwilę, czytałem i szedłem dalej. Czasami, gdy droga była równa, szczytami, szedłem, czytając. Znacznie lepiej zapamiętuję wszystko, co czytałem, idąc. Nie spieszyłem się z tym czytaniem. Jedna książka starczała na kilka wycieczek.<br />Podczas tych wędrówek przeczytałem:<br />opowiadania Trumana Capote<br />opowiadania Josepha Conrada<br />&bdquo;Z miłości&quot; Zofii Kossak<br />&bdquo;Średniowiecze&quot; Teresy Michałowskiej.</p><p>Bardzo jestem z siebie dumny.</p> 47 http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,13003.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,13003.html Tue, 13 Nov 2018 23:00:00 +0000 <p>W swoje 47 urodziny postanowiłem wejść na Błatnią 2,5 godzinnym czerwonym szlakiem z Jaworza Nałęża. Ściemnia się szybko, więc chciałem wyjść w miarę wcześnie. Cóż, kiedy skończyłem pracę na dziś nad adaptacją &quot;Mistrza i Małgorzaty&quot; o godz. 4:46, położylem się i nie mogłem zasnąć. I nie mogłem, i nie mogłem, i nie mogłem. W tym wieku zdarzaja się już takie problemy.</p><p>Słyszałem, jak o szóstej Beacie dzwoni budzik. Słyszałem jak wstaje Jasiek i Mikołaj. Udawałem, że śpię, bo było mi głupio, że jeszcze nie zasnąłem. Słyszałem jak wychodzą. Tylko Miko z zapaleniem oskrzeli został ze mną. I w zasadzie pomyślałem, że już mi się nie chce spać. Zjedliśmy z Miko śniadanie. Kawa. Po kawie mnie wzięła sennośc. Kiedy dziadek przyszedł po Miko, położyłem się na chwilkę, na chwileczkę, bo to dzień urodzin i nie chcę go przespać, bo miałem iść na Błatnią. Obudził mnie telefon z życzeniami. Uff! Strząsam senność. Wyjeżdżam. Po drodze przypominam sobie, że nie wziąłem portfela. I nie mam ani grosza. Nawet sobie wody nie kupię do picia. Wracam. Przed domem stoi samochód kurierski DPD. Przesyłka z Australii!!! Naprawdę przyszła!!! To jest historia!!!</p><p>Pewnego razu przeczytałem artykul w gazecie o badaniach prowadzonych przez uczonych nad porozumiewaniem się roślin. I że odkryto, że zwykłe kukurydze komunikują się ze sobą. Zaciekawiło mnie to. Pogrzebałem. Okazało się, że owi uczeni to konkretnie pani dr Monica Gagliano z Western University of Australia. Z Sidney. Potem zwracałem uwagę na kolejne doniesienia o jej niezwykłych badaniach. O tym jak uczyła mimozę zapamiętywać swój dotyk. Poszukałem, kim jest ta kobieta. I znalazłem jej profil na fejsbuku. Napisałem do niej. Odpisała. Potem się okazało, że napisała książkę i wydawnictwo North Atlantic Books wydaje tę książkę teraz właśnie. Jej premiera będzie 23 listopada. Książka pt. &quot;Thus Spoke the Plant&quot; (To powiedziała roślina). Przy okazji podczas jednej z rozmów o kolejnej realizacji, zaraziłem reżysera tymi roślinami. - Napisz mi o tym sztukę - mówi. - Ale ja już ją sobie szkicuję od dawna - mówię.</p><p>Napisałem Monice Gagliano, że chcę napisać sztukę inspirowaną jej badaniami. I wysłała mi książkę. Jeszcze przed premierą. I przyszła akurat dzisiaj. W urodziny.</p><p>Uszczęśliwiony euforycznie jechałem do Nałęża. Ale było już przed 13, kiedy dojechałem. Ryzykownie. Trudno. Hop hop, na skrzydłach euforii wdrapałem się cały spocony na Małą Cisową, potem Wielką Cisową, koło rancza Dorotki, do schroniska. Pusty szlak. Nikogo zupełnie! Tylko w schronisku napatoczył się jeden rowerzysta. Wypiłem sobie urodzinowy barszczyk, zjadłem urodzinową kaszankę z urodzinową zasmażaną kapustą i urodzinowymi ziemniaczkami, patrząc na zimno zachodzące słońce. Aż mnie oprzytomniło! Nie mam latarki! Jest pochmurno. Będzie bardzo ciemna noc w lesie. Już za chwilę. Pędem wypadłem. Zatrzymały mnie te niesamowite soczyste kolory, jakie są w lesie, w górach, o zachodzie słońca. To jest naprawdę nie do opisania. Są rośliny, które jakby wydają wtedy z siebie jakieś dziwne światło. Igly opadłe z iglaków, które tworzą na ścieżce gruby, miękki dywan, kiedy szedłem w górę, były złote, teraz purpurowe. Schodzę po ciemnopurpurowym dywanie, który ciemnieje, ciemnieje. Pnie drzew zaczynają żyć. W krzakach zaczyna szeleścić. Zastanawiam się, czy nie uzbroić się w kij albo kamień, gdyby jakiś dzik na mnie wypadł. Bez sensu. Uspokajam się. Światła miasta w dole. Za małą Cisową jest już całkiem ciemno. Ale oczy ludzkie są cudowne! Normalnie zapomina się o tym, z jaką ciemnością ludzkie oczy są w stanie się oswoić. Bez latarki, pomimo gęstej warstwy chmur na niebie, bez gwiazd, bez księżyca, jestem w stanie dojrzeć szlak na drzewie. Podświetlam tylko czasem komórką, czy na pewno czerwony.</p><p>Wychodząc z lasu w światła Nałęża, oglądam się i widzę za sobą blok gęstej czerni. Szedłem w niej przez godzinę. Pod koniec wyraźnie słyszałem zwierzęta gdzieś obok. Jasne, podchodzą w nocy bliżej domów ludzkich. Głaszczę leżacą na siedzeniu auta książkę. W domu kwiaty od Beaty i dzieci, i masę słodyczy. Za chwilę zacznę to czytać.</p> Bujanie http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12926.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12926.html Wed, 07 Nov 2018 23:00:00 +0000 <p>Jest pięknie. Jest słonecznie. Jest przejrzyście. Złościście. Przejesiennie.<br />Slalom chodnikami, raz jedną, raz drugą stronąj jezdni. Teraz znów na prawą. Przystanek Długa Zajezdnia MZK (74). Znaki i symbole pośród więdnącej zieleni.<br />Mnóstwo autobusów odjeżdża stąd po czwartej rano. Wieloniedobudzenie. Wielopółsen. Wielochęć wielopowrotu do wieloniebycia. Do niewyruszenia. Sen cię trzyma. Sen ci mówi: nie odchodź, nie trudź się. I jeśli tylko znajdzie maleńkie -nie musisz- uczepia się tego z siłą wodospadu i ciągnie w dół ze sobą do snu, do snu, do potoku snu.<br />Nieliczne na przystanku po czwartej ochoty, nieliczne wyruszenia awanturnicze, nie z musu, ale z ochoty, z pragnienia, nieliczne żądne.<br />Prywatne przedszkole. Chodzą tu dzieciaki rodziców z aspiracjami, którym nie żal, a może nawet którzy lepiej się czują, wydając duże pieniądze na dziecko. Spłacają swoje zobowiązanie wartościom tradycyjnym oraz inwestują w swoje poczucie dobrze wypełnionego obowiązku i synowskiej, córczanej lojalności, wdzięczności kiedyś. Kiedyś rozmowa moja tutaj, czy można zapisać Mikołaja, bo było najbliżej. Podejrzaność takich elitarnych miejsc. Pamiętam jakieś czające się nieszczęście, może stres, napięcie tych kobiet, które tam pracują. Dyrektorka wymaga, żeby były super. Bo drogo, bardzo drogo, bardzo małe grupy. Nie ma wyboru dzieci do zaprzyjaźnienia się. Bogaci od dzieciństwa nie mają wyboru. Funduje im się brak wyboru. Nie! Jonatan. Jak jabłko. Tęcza i motylki. Brak symboli ludzkich. W tle bardzo przyjemnie widać szczyty gór, jesienne, więc rdzawozłote.<br />Trzecia wieża bazy. Zieleń i karetki.<br />Pierwsi ludzie. Kobieta, blondynka z córką, ewidentnie z córką, pcha wózek, w którym małe dziecko płci nieokreślonej.<br />Domek. Huśtawka - bujanka. Niedzielne bujanie starszych właścicieli posesji. Życiowe spełnienie. Mercedes C200 przed bramą. Widok na szczyty gór. Polska, złota jesień. Niedziela. Bujanie. Nic nie trzeba robić. Siedzieć posród swojego i husiać się leciutko, w górę i w dół. Na trawniku równo przystrzyżonym. Zasłużone. Zasłużona. Zasłużony. Zasłużone bujanie zasłużonych ludzi.</p><p> </p><p>- - - - -</p><p>A teraz w Nowej Hucie. Obudziłem się w Nowej Hucie. W internacie dla pielęgniarek. Obok Teatru Ludowego, gdzie mamy próby do &quot;Mistrza i Małgorzaty&quot;. Trudna, wielka adaptacja, w której trochę namieszałem, namieszałem, namieszałem. Diabelskie sprawki. </p> Geometria chodnikowych płyt http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12920.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12920.html Mon, 05 Nov 2018 23:00:00 +0000 Geometria chodnikowych płyt. Pola i linie. Pola i linie. Kwadraty. Kwadraty. Duża niesymetria. Brak płytek. Wypiera je ziemia. Płyty się zapadają i pękają. Dużo, dużo pęknięć. Dużo obłamanych. Dużo krzywych, grzęznących jak stare nagrobki. Studzienka w asfalcie, a w niej tajemnica. Zapewne cuchnąca, jak to z tajemnicami bywa. Zapewne mroczna. Zapewne w efekcie wcale nieciekawa.<br />Przystanek żółto-czerwony. 1, 11, 14 i 21. Bussiness Consulting. Żółć i czerwień pojemnika na śmieci. Symbole liczbowe. Cyfry, napisy, obrazki, godziny, dni tygodnia. Kalendarz, zegar. Czas wpisany w przystanek. Czas i niecierpliwość w tych betonowych płytkach, w tych nagrobkach. I dużo czekania, czekania, czekania. Tony czekania wciekły w beton. Nie dziwne, że ciągnie go w dół.<p>- - - -<br />Nieraz sobie myślałem, nie sztuka książkę podróżniczą napisać o Afryce, czy o Ameryce, czy o Syberii, bo to samograje. Sztuka napisać o podróży z Olszówki do Hałcnowa, z Hałcnowa do Janowic, z Janowic do Starej Wsi.<br />Powiedzmy, że to byłyby notatki do takiej książki.</p> Na sam skraj północy - baza http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12915.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12915.html Sun, 04 Nov 2018 23:00:00 +0000 Żeby dojść na Sam Skraj Północy, trzeba wyjść przez bramę (starą, dobrą bramę) i skierować się w lewo, w stronę przeciwną do gór, w stronę sąsiada rzeźnika, który zarzyna świnie i w ich jelita pakuje kawałki ich ciała, wędząc je następnie u siebie w ogródku. Przyszedł raz, przyniósł na spróbowanie. - A czy to badane? Czy to inspektor weterynaryjny osądził, że można? - spytała moja żona. Nie pamiętam, co się stało potem z tą kiełbasą. Są rzeczy nieistotne, które pakują się pod nogi, do głów, do nosa i uszu, utrudniając drogę już na samym wstępie, nie pozwalając przesunąć się z punktu A do punktu B. Czepiają się nóg, rąk, oplatają usta. - Po co idziesz dalej? Dokąd leziesz? Stój! Mu tu jesteśmy! Tu jesteśmy! Ej!<br />Tu jestem! - krzyczy w ogrodzie u rzeźnika jabłoń. - Strasznie mi ciężko!<br />Jęczy, ugina się pod nieracjonalną liczbą jabłek. Zmodyfikowana genetycznie przez ogrodnicze krzyżówki, próby i eksperymenty ludzkiej wyobraźni oraz pracy rąk. Nie, że sąsiad coś modyfikował. On zbiera owoce. Jego działka to rzeź.<br />Zmodyfikowana po to, aby rodzić, jabłoń u rzeźnika, matka tysięcy niepoczętych żyć, tysięcy nasionek, tysięcy niezaistniałych jabłoni, które gną ją do ziemi, jak ciężkie choinkowe bombki w chorobliwej nadobfitości.<br />Zostawmy! Bo nie pójdziemy! Wyrwijmy się z objęć starej matki jabłoni, opętanej rodzeniem, wmanewrowanej w hiperpłodność, bezużyteczną, bo zgniją te jabłka, bo komu, po co, na co tyle jabłek? Puść mnie! Setki opowieści, wiem, masz! Z wnętrza jabłoni, z ziemi, z chlorofilu, więc z fotosyntezy, wszystkie te procesy, które w efekcie rodzą niepotrzebne jabłka, jak Szeherazada chcą się opowiadać. Dość! Stara brama z metalu. Nigdy nie odnawiana, rdzą przeżarta. Rzeźnikowi starczy brama, jaka jest. Wiatr wieje. Wiatr uderza w bramę, kołysze jabłkami, które nigdy jeszcze nie dotknęły ziemi.<br />Słup elektryczny układa się w A. Kiedyś, kiedyś trzeba było przechodzić albo nie wolno było przechodzić pod takim podpierającym prąd A. Nie pamiętam. Zakaz, czy obowiązek. Jedno z dwojga.<br />A pod stopami kamyki, kawałki kataklizmów sprzed milionów lat: szczątki morskich stworów, pogubione muszle i zastygła lawa. Idę po nich w sandałach. Jak się kiedyś chodziło po tej świętej ziemi, z kosturem, z instrumentem, śpiewało się dziadowskie pieśni. Chrzęst kości skamieniałych słyszę. Ziemia grzechocze mi dziadowską pieśń. Wzdłuż płotów te ozdobne krzewy, drzewka skarlałe, przycięte do potrzeb. Żeby zasłaniały. Drzewka pełne igieł ludzkiej prywatności ludzkiej. Po lewej dzika jabłoń, pozostałość po czymś, zdziczała, zdziwaczała. Tu chodziłem z Kubą. Tu czekałem, aż pogrzebie w ziemi, pochodzi po trawie, tu myślałem, że kiedyś będę tu bez niego myślał o nim i to, co realne zamieni się w mgłę.<br />Droga koło samotnej jabłoni wysypana szczątkami domu, może dachu. Na tej drodze Kuba oberwał łopatą. Stąd wrócił cały we krwi, z rozciętym bokiem.<br />Droga do kościoła i droga do szpitala, w którym urodził się Jasiek i Mikołaj. Droga tysiąca spacerów z Kubą oraz z Kubą i z wózkiem. Droga tysiąca książek. Pies szczeka. Po prawej sąsiad, który dał nam kiedyś pomidory, wielkie, pomarszczone.<br />Tu się zatrzymywało taksówkami.<br />- Proszę przed tym zakazem.<br />A to nie jest prawdziwy zakaz.<br />Znak był nienormalnie duży i łuszczący się.<br />Droga pijanych powrotów, czasem z zamkniętymi oczami. Droga przez śnieg. Droga &bdquo;mokro w butach&quot;. Droga &bdquo;Uwaga, błoto!&quot;.<br />Brak przejścia dla pieszych. Z tego zaułka nie ma wyjścia. Elżbieta Lohman, pielęgniarka. Zmarła w 1988 r. Z pięciometrowej uliczki jej imienia nie przewiduje się wyjścia pieszo. Szczególnie, prowadząc wózek, z psem na smyczy, ryzykowało się. Było nerwowo.<br />Po prawej mechanik. Wiatr się wzmaga. Chłopcy u mechanika, pijany facet raz. Wymiany opon.<br />Liście migoczą na tle białych pni.<br />Drogi, które udają, że dokądś prowadzą, a kończą się zaraz za zakrętem. Jesień. Zbrązowiałe, postrzępione liście. Starsi ludzie. On i ona wolno jadą Długą na rowerach. Niedzielne, wczesne popołudnie. 47 lat temu w takie popołudnie rozglądałem się po szpitalu hrubieszowskim. Jakiś parking po lewej. Nie widziałem go tutaj nigdy wcześnie. Rzeczy pojawiają się, kiedy się patrzy. Opisywanie odkrywanie. Kostka brukowa i wzorki na kostce. Chmury, wzory chmur. Białe drzewa i zielone liście. Rytm szumu silników z rzadka, lecz regularnie przejeżdżających aut. Jakiś sygnał niezidentyfikowany. Jak syrena albo elektryczna piła, albo jakiś przeciągły, długi jęk. Uwaga! Brama zamyka się automatycznie. Uwaga! Obiekt monitorowany.<br />Podziurawione ogłoszenie na starym, czarnym słupie telefonicznym. Duża odzież damska i męska.<br />Kobieta z psem, lekko kulejąca. Z nią chyba jej córka, jakaś dwudziestolatka dojada zapiekankę i szura nogami.<br />Po lewej baza przy Długiej. Autobusy. Stąd rozjeżdżają się po całym mieście. Wzory na asfalcie ciemne, smołowate. Smugi samolotów na krzyż. Samolot, czy drogowskaz?<br />Kierowca, tam w bazie, tam za ogrodzeniem wsiada do autobusu i zamyka drzwi.<br />Odjeżdża. Przejedzie przez bramę? Minie mnie? Czy go już nigdy w życiu nie zobaczę? Czy będzie jednym z tych cieni, które ci migną raz w życiu na chwilę i tyle? Czy mignie dwa razy i bardziej się wryje w myśl.<br />I ta wieża w bazie. Po co ona jest? Nigdy się nad tym nie zastanawiałem. Po co w bazie MZK wieża obserwacyjna?<br />Wieże, wieżyczki, drabinki prowadzące w górę.<br />Kawałek dalej druga wieża, taka sama. Na nich reflektory. W nocy jasnym światłem oświetlają bazę. Żeby nikt nie uciekł. Żeby żaden autobus nie odjechał sam.<br />Naprzeciw niewiadomego przeznaczenia komin z czerwonej cegły, za płotem, na którym ktoś ułożył proste wzory z szarych prostokątów. Otacza nas geometria wyznaczająca ludzki świat.<br />Drzewa patrzą na nas.<br />Nie wyjechał przez bramę. Nie minie.<br />Za to idą ludzie chodnikiem. On i ona. Z psem.<br />Inny autobus przejeżdża. Jedynka. Podstawowa linia. Linia pierwsza łącząca wszystkie moje punkty w mieście: osiedle Beskidzkie, Kopernika, Piastowską, Dworzec, koło Prezydenta, Żwirki Wigury, Szpital i Cygański Las.<br />Świat obficieje w zdarzenia, a do zdarzeń się przyczepiają wspomnienia, myśli, jak na drucie powiewające kolorowe flagi. Nadążenie z opisem przerasta ludzkie możliwości.<br />Jabłka, jabłka, jabłuszka. Drzewa upstrzone jabłkami w ilości, która się wydaje monstrualnie nienaturalna. Po co tyle jabłek?<br />Samochody na parkingu przed bazą. Pewnie tych kierowców. Oto marki aut: ford, skoda, nissan. Lusterka, kształty felg, znaczki firmowe, geometria, gwiazdki unijne na niebieskim tle na rejestracjach oraz narodowe flagi. Cała prywatność we wnętrzach tych aut, dostępna wzrokowo, na wyciągnięcie ręki. Pluszaki, aromaty, różańce. Pluszaki, aromaty, różańce. Na przedniej szybie dynda ukrzyżowany Pan Bóg. Ochroniarz przy bramie. Stary, wysoki facet w umundurowaniu.<br />Dwóch facetów w białych koszulach, pod krawatem, w ciemnych spodniach idzie w jego stronę, w stronę bazy. Komentują coś niechętnie. To chyba kierowcy. Na pewno kierowcy. Tak ładnie ubrani. Jak na akademię. Białe koszule, ciemne spodnie zawsze, od przedszkola. Jasne na górze, a ciemne na dole. Bo niebo i ziemia? Niebo i ziemię się odtwarza w odświętnych ubrankach?<br />Jest niedziela. Wiatr wieje. Fruwające liście. Niedziela, przed południem http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12787.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12787.html Sat, 06 Oct 2018 22:00:00 +0000 <p>Zawsze pasuje.</p><p>Coś się dzieje, biorę jakieś wiersze, jakie tam są na kolejce, otwieram i pasuje.</p><p>Za 40 minut pociąg do Bydgoszczy. Od kiedy skończyła się dla mnie praca w teatrze w Bydgoszczy, nie byłem tam. To już ze trzy lata. Albo cztery. I teraz znów. Na Festiwal Prapremier. Będą grali &quot;Uchodź&quot;.</p><p>Spakowałem się. Mam chwilkę. Otwieram Świetlickiego.</p><p> </p><p>Niedziela, przed południem</p><p> </p><p>Nie wiem, przestałem się bać. Wizyta nudnawych</p><p>świadków Jehowy. Pokazują w książce</p><p>wydanej w Stanach kolorowe, strasznie</p><p>kolorowe obrazki - dziecko bawi się z lwem,</p><p>przyszłe Królestwo na ziemi, niezwykle</p><p>bujna roślinność, biali - czarni - żółci</p><p>przy jednym stole - i tak dalej, nie wiem,</p><p>przestałem się bać. Czytają tytuły</p><p>rozdziałów. Potem, tendencyjnie</p><p>cytują Bibilę. Mówię, że wyjeżdżam</p><p>i że na razie nie chcę od nich niczego pożyczać,</p><p>niczego, żadnych broszur. A czy można spytać</p><p>- gdzie pan wyjeżdża? Daleko. Daleko.</p><p>Czy za granicę? No - powiedzmy - tak...</p><p>Zamykam drzwi za nimi i z ulgą wyjeżdżam,</p><p>mijając kolorowe i ograniczane</p><p>drutem kolczastym domki</p><p>świeżo umyte wozy milicyjne,</p><p>urny wyborcze pełne prochu,</p><p>uniesione stadiony,</p><p>kościoły w budowie,</p><p>które przypominają bunkry.</p><p>Przedzieram się,</p><p>aby się zamknąć</p><p>z kilkoma przedmiotami</p><p>na strychu - i myślę,</p><p>że będę tam przed deszczem. </p> Chakasja. Obyczaje http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12686.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12686.html Mon, 17 Sep 2018 22:00:00 +0000 Społeczność chakaska, w której centrum jest szaman,wydała mi się bardzo moralna, konserwatywna obyczajowo, przestrzegająca zasad, bezsprzecznie uczciwa i, trudno mi znaleźć inne słowo, czysta. Nie jestem pewny, czy dogadaliby się z naszymi, zachodnimi wyznawcami szamanizmu. Sądzę, że prędzej znaleźliby wspólny język z charyzmatycznymi wspólnotami chrześcijańskimi. Oczywiście jest to inny rodzaj duchowości, bardziej związany z miejscem, w którym się żyje i z przyrodą, gdzie wszystko jest powiązane ze wszystkim, i też bardziej bezpośredni. Masz pytanie do duchów? Zadaj je przez szamana. Odpowiedzą. Masz problemy rodzinne? Porozmawiaj z szamanem. Szaman jest autorytetem, przewodnikiem duchowym, lekarzem, sędzią oraz pomocą społeczną. Wie, komu jak się powodzi. Jeśli poprosi o pomoc dla kogoś, nikt mu nie odmówi. Twój grzech jest sprawą całej społeczności. Cała społeczność jest narażona na niebiezpieczeństwo przez to, że ty naruszyłeś porządek. Jeśli jesteś chory, trzeba najpierw ustalić twoją sytuację życiową. Bo choroba nie bierze się znikąd. Wszystko działa na wszystko. Masz problemy z sercem? Opowiedz szamanowi o twoich relacjach z żoną i z dziećmi. Obozowały z nami dwie dziewiętnastolatki, piękne dziewczyny chakaskie. Mam wrażenie, że były pod dyskretna, acz wyraźną opieką całej społeczności, jako bardziej może narażone na zbłądzenie.<p>Poza wszelkimi wątpliwościami jest istnienie świata duchowego. Istnieją duchy dobre i duchy złe. Dobre walczą ze złymi. Przyjdzie czas, kiedy złe prawie zwycięży. Będzie go tak dużo, ze zaleje świat i wydawać się będzie, że to jego ostateczny triumf. Wtedy Stwórca świata, który jest dobry, zakończy historię, i osobiście pomoże Dobru. Czara się przepełni i nastąpi koniec świata, czyli triumf Dobra. Kiedy to usłyszałem, powiedzialem szamance, że to samo mówi nasza Apokalipsa św. Jana. Pokiwała głową, że ludzie wierzący wszystkich wiar mają więcej wspólnego niż im się wydaje. Dlaczego mamy różne wiary? Dusza poszukuje. Dusza zawsze dąży do prawdy. Dusza moze zbłądzić, jeżeli jest chora. Niewierzący to ludzie o chorej duszy.</p><p>Pojęcie grzechu jest dla nich bardzo ważne. Istnieją grzechy powszednie, ciężkie i najcięższe. Raz rozmawiałem z Lidią o kobiecie, która ma problem. Ma początkujący, ciężki nowotwór. Lidia pyta mnie, czy możemy jej jakoś pomóc, może w Polsce.</p><p>- My? - dziwię się. - Przecież twoje duchy, Lidia, umieją wyleczyć nowotwór. Słyszałem, jak to mówisz podczas obrzędu. Widziałem, jak postawiłaś diagnozę i jak powiedziałaś, że duchy mogą to wyleczyć.</p><p>- Tak, ale jej moje duchy nie mogą wyleczyć.</p><p>- Dlaczego?</p><p>- Bo popełniła najstraszniejszy grzech. A wtedy duchy, z którymi ja rozmawiam, nie mogą jej wyleczyć.</p><p>- Jaki to grzech?</p><p>- Aborcja. To najcięższy grzech.</p><p>- Tak? U was to tak straszny grzech, że uniemożliwia twoją pomoc? - upewniam się i myślę o znajomych z Polski fascynujących się szamanizmem, których poglądy w tym temacie są diametralnie odmienne.</p><p>- A jaki może być cięższy grzech, niz kiedy matka zabija swoje dziecko? - pyta Lidia, patrząc mi w oczy.</p><p>Pytałem też o używki. Kiedy w Polsce rozmawiam o szamańskich transach, od razu pojawia się pytanie, co się bierze, jakie narkotyki. Otóż nie. Żadnych. Tam, na Syberii, gdzie szamanizm jest żywy i praktykowany od tysięcy lat, nie stosuje się tego. Co więcej marihuana tam rośnie. Nie nazywa się marihuana. Ale łatwo ją poznać, bo kształt liści znany i rozpoznawalny od razu. Chakasi wiedzą o jej właściwościach, ale śmieją się i mówią tylko:</p><p>- U nas to chwast. My tego nie używamy.</p><p>Co ciekawe, ci znawcy ziół, którzy używają ich na codzień i którzy pytali mnie: &quot;Po co kupujesz herbatę? Przecież ci nazbieramy ziół, które lepiej smakują&quot;, nie słyszeli i nie wiedzą nic o leczniczych właściwościach konopii.</p><p>Jedyne co piją to zioła typu rumianek, szałwia i inne, rozmaite łąkowe mieszanki.</p><p>Owszem - przyznaje Lidia. - Szaman, ale tylko szaman i to bardzo rzadko może zażyć zioło dozwolone tylko dla szamanów.</p><p>Szaman nie może brać pieniędzy za swoje szamaństwo. Jeżeli przyjąłby pieniądze, straciłby dobrą moc. To jest surowo przestrzegane. Szaman, który bierze pieniądze czy to za zioła, które zbierze, czy za pomoc medyczną, za poprowadzenie obrzędu, czy za cokolwiek innego związanego z jego pracą szamańską, przestaje być szamanem. Staje się szamanem fałszywym. Łże-szamanem. Łże-szamani gubią innych ludzi, dlatego też po śmierci czeka na nich złe miejsce. Najgorzej po śmierci będą mieli fałszywi szamani.</p><p>Dawniej szamani żyli z tego, co im ludzie przynieśli. Szaman może poprosić o jakąś rzecz w zamian. Spełnienie tej prośby nie jest obowiązkowe. Nas szamanka poprosiła np. o pomoce szkolne dla dzieci. Poprosiła też mnie indywidualnie o srebrną miseczkę.</p><p>- To jest prośba - zaznacza potem Sasza, jej uczeń. - Nie musisz jej spełnić. Jeśli chcesz, to kup i jej daj, ale nie musisz.</p><p>Lidia poza szamaństwem pracuje. Jest pielęgniarką w szpitalu. I z tego żyje.</p><p>Lidia ma dużo dzieci i wnuków, bo adoptuje je z domu dziecka. Mówi, że sześcioro już wzięła z domu dziecka. Starsze już poszły na studia. Dumna jest z córki, która robi karierę uniwersytecką i bada stare chakaskie inskrypcje. Choć wie o tym, że też jest szamanką. Zdolności szamańskie się dziedziczy. Przechodzą z pokolenia na pokolenie. Lidia mówi o sobie, że jest szamanką w trzynastym pokoleniu. Pomimo przerwy na Związek Radziecki, w którym szamanizm tępiono, szamanów zsyłano do łagrów i odbierano im dzieci. Z tego powodu Lidia wychowała się w domu dziecka. I dlatego chce jak największej liczbie dzieci tego oszczędzić.</p><p>Oczywiście gościnność jest dla nas uderzająca. Wszelkie gadanie o naszej polskiej gościnności tam wydaje się niepoważne i nieprzystające zupełnie do tego, co nas spotkało. Gość jest święty. Poświęca mu się cały swój czas, wszystkie siły, obdarowuje się go prezentami i robi dobre niespodzianki, które przerastają jego oczekiwania. Gość ma się znakomicie czuć, ma się dobrze bawić, ma być wypoczęty, nakarmiony, ale też, co ważne i dostrzegalne, trzeba mu zapewnić samotność, kiedy jej potrzebuje, i nie wtrącać się, nie byc nachalnym. Gościa nie można w żaden sposób zawstydzić, urazić, ale też nie można mu się narzucać. Gość ma się czuć swobodnie, a zadaniem gospodarza jest domyśleć się, co gościowi sprawi przyjemność. Wszystkie te wysiłki połączone z radością goszczenia nas oraz z dyskrecją, widziałem i podziwiałem.</p> Obrzęd http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12679.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12679.html Sat, 15 Sep 2018 22:00:00 +0000 <p>Rano ruch. Szybkie mycie się w zimnej rzece. Szybkie śniadanie - kawały pieczywa z baraniną. Szybka kawa.</p><p> Chakasi przebierają się w tradycyjne stroje.</p><p>- Idziemy, idziemy!</p><p>Przeskakujemy mały rów. Prowadzą nas na polanę. Ustawiamy się w kręgu, mężczyźni obok siebie, kobiety obok siebie, wspólnie tworzymy jeden krąg wokół paleniska. Szamanka szepcąc coś, rozpala ogień. Obchodzimy ogień dookoła. Stajemy z rękami wzdłuż ciała, z dłońmi w stronę ognia. Boso. Uczniowie szamanki, Sasza, Sierioża, Andżela podają jej miseczki z jedzeniem. Część jest wrzucona do ognia, dla duchów, część idzie w krąg, żeby każdy skosztował. Niektóre potrawy są przeznaczone wyłącznie dla mężczyzn, inne tylko dla kobiet. Patrzę w słońce, w dym idący ku słońcu. Widzę krążącego nad nami ptaka. Nagle coś się dzieje. Andżela zaczyna spazmatycznie płakać. Płacz przeradza się w jęk. Jęk w krzyk. W krzyki rozpaczy. Ta niska kobieta w pięknej, tradycyjnej sukni krzyczy rozpaczliwie i wstrząsa nią płacz. Szamanka każe jej podejść, a nas odsyła. Obrzęd przerwany. Zostają same. Nie wiem i nie dowiem się, co tam się stało. Nie był to ostatni raz, kiedy zobaczyłem taki atak w trakcie obrzędu. - Nie wiem, czemu tak się stało - potrafiła jedynie później powiedzieć inna kobieta.</p><p>- Andżela się oczyszcza - usłyszałem tylko.</p><p>Dość tym jednak wstrząśnięty idę na spacer wzdłuż rzeki. Po drodze nawołuję Filipa, który gdzieś zaginął. Nagle przybiega do mnie Sasza. Z daleka mnie woła.</p><p>- Artur! Szamanka cię woła!!! Szybko! Szybko!</p><p>Kiedy przychodzę, Andżeli już nie ma. Lidia, szamanka siedzi przy ogniu sama. Sasza przyprowadza mnie tylko i odchodzi. Siadam koło niej.</p><p>- Miałeś sprawę - mówi.</p><p>Przypominam sobie, że faktycznie, wczoraj podczas długiej kolacji i późniejszych rozmów przy baranie i wódce, powiedziałem, że miałbym do niej pytanie. I że powiedziała, żebym nie mówił jej teraz, tylko później.</p><p>- Teraz powiedz - mówi, patrząc w ogień.</p><p>- Chodzi o pisanie - mówię. Opowiadam jej o świecie, który widziałem, o różnych rzeczach, miejscach, ludziach w całym wielkim i szerokim świecie, o rzeczach strasznych i pięknych, o potwornej krzywdzie i niesprawiedliwości nieprawdopodobnej, trudnej do zniesienia. I że nie umiem tego wszystkiego opisać, a wiem, że powinienem. To pokrótce tak. Tyle pokrótce mogę powiedzieć, że jej powiedziałem.</p><p>Lidia milczy i patrzy w ogień. A w zasadzie widzę po chwili, że nie w ogień, tylko w dym, który idzie z ognia. I zaczęła mówić. Mówi, ze potem nie pamięta, co mówiła. Ale kiedy mówi, to mówi normalnie. Nie brzmi to w żadnym wypadku jak trans, nie jest nawiedzone. Mówi mi rzeczy, których chyba nie powinienem pisać na blogu, nie wiem. I mówi:</p><p>- Przeprowadzę cię drogą. Przeprowadzę cię przez silne miejsca. I zobaczysz.</p><p>Woła Sieriożę. Każe mu przynieść mleka. Dużo mleka. Zamieszanie w obozie. Słyszę okrzyki. Mleko! Mleko dla szamanki! Dużo mleka!</p><p>Lidia, patrząc w dym, mówi mi jeszcze, co duchy o mnie mówią. Dziwnie się czuję. Sceptyczny, trzeźwo myślący, rozsądny Europejczyk na tej syberyjskiej polanie, obok szamanki z dymu czytającej słowa duchów. Z tym obozem w lesie, za plecami, gdzie szukają mleka. Biegnie Sierioża z dzbankiem mleka.</p><p>Lidia wylewa mi powol część tego mleka na ręce, aż do łokci oraz na głowę.</p><p>- A teraz idź się wykąp w rzece - mówi. - Cały.</p><p>Co też próbuję uczynić, ale powiem szczerze, trochę się dygam. Prąd jest silny, a ja nie jestem najlepszym pływakiem. Obmywam się, stojąc na brzegu, kiedy woła mnie Filip, który się właśnie odnalazł. Maras zaprowadzi nas w miejsce nad rzeką, gdzie łatwiej się wykąpać. I idziemy 500 metrów dalej. Dziewczyny, Ajana i Alina patrzą na nas, jak wchodzimy do tej lodowatej, syberyjskiej rzeki, więc trzeba się spiąć, wciągnąć brzuch i się nie dygać. Maras nam pokazuje, jak to działa. Tu jest lekkie zakole. I wystarczająco głęboko. Nie ma co się marasić kroczek po kroczku, żadnych długich zabaw w oswajanie z wodą. Trzeba podjąć decyzję. A nawet nie podjąć. Ciało ją musi podjąć, nie głowa. I po prostu wskoczyć, a cechą tego zakola jest, że prąd zniesie nas 50 metrów dalej na brzeg, gdzie trzeba się złapać konaru. To proste. Próbuję po staremu. Głową. Więc kroczek po kroczku. Straszne! To niemożliwe, żeby kroczek po kroczku oswoić się z tą wodą. Jest za zimna. Od razu wychodzę.</p><p>- Nie bój się! Jak nie złapiesz konara, to spłyniesz niżej i na wysokości naszego obozu ktoś cię wyłowi! - żartują panowie. </p><p>Filip i Maras skaczą. Dziewczyny patrzą. No dobra. Wyłączam głowę. Skaczę. Moment i łapię konar. Już. Starczy. Zrobione. Ci skaczą drugi raz. Dzięki! Wystarczy. Wystarczająco jestem z siebie dumny. No i przyjemne bardzo w sumie. Polecam1</p> Rzeka pełna duchów http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12677.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12677.html Thu, 13 Sep 2018 22:00:00 +0000 <p>Dziś:</p><p>Salmopol - Chata Grabowa. Spacerówka. Nietypowe, bo do schroniska luz i spacerek, natomiast krótkie, ale ostre podejście jest w drodze powrotnej. Na szlaku sami emeryci. Również w schronisku. Po drodze: przewodnik, Kossak-Szczucka, Michałowska.</p><p>W nocy - &quot;Maria Candelaria&quot; - meksykański laureat Złotej Palmy z 1945. Czysty melodramat. Pierwowzór &quot;Niewolnicy Isaury&quot;. Aż sobie przypomniałem, jak Lucelia Santos i Ruben de Falco omal nie zostali zmiażdżeni w Łodzi i Skierniewicach, oglądając swoje sobowtóry.</p><p>Dolores del Rio, meksykańska gwiazda, superzamożna z bogatego domu, rozczarowana Hollywood. Nędzę widziała przez szybę cadlillaca. Ubóstwiana, kochana, złota bogini. Gra żyjącą w nędzy prześliczną Indiankę zaszczutą przez głupi tłum. Rola artysty, który chce ją mieć nagą na obrazie. Znakomicie skomponowana sklejka najprostszych wyobrażeń. Ale działa. Może prostotą swoją działa. To dobry film. Coś jest w nas, co potrzebuje historii o biednych, zaszczutych z każdej strony, pięknych Indiankach, nędzarkach, niewolnicach. Możliwe, ze to wcale nie jest nic dobrego, ani mądrego, to coś. Ale ulegam temu.</p><p>- - - - - - - -</p><p>Syberia - cd.</p><p>Wszystko to było oszałamiające. To szybkie rozłożenie obozu w lesie. Nurt tej rzeki. Szybko przyrządzone baranie mięso na ogniu. Szamanka w szamańskim stroju okadzająca i dająca nam jakieś rzeczy na łyżce do przełknięcia. Krew i jelita baranie w misce. Nic się nie marnuje. Cały baran zostaje użyty. Leje się wódka, ale nie po rosyjsku raz za razem. Chakasi to nie Rosjanie i mają silne, bardzo silne poczucie swojej odrębności, że to Rosjanie zamieszkali u nich, w ich kraju. Szamanka prosi duchy, aby jej lud nie wpadał w alkoholizm. Przypomina to bardzo nasze polskie modlitwy o trzeźwość narodu.</p><p>Jedzenie pierwszych przyrządzonych kawałków barana. Bartek wegetarianin ma problem.</p><p>- My mięsojady - mówi Maras. - Wegetarianom u nas trudno.</p><p>Przy stole siadają najpierw faceci. Kobiety stoją za nami i czekają. Ale, jakkolwiek to zabrzmi, nie czuję, żeby to był dla kogokolwiek tutaj problem. W Afryce czulem i nie było to ok. Tutaj w ogóle nie. Tylko szamanka siedzi z nami, z facetami. Ma specjalny status. Kobiety śmieją się, żartują, rozmawiają. Faceci nie przeciągają za bardzo jedzenia, żeby dopuścić szybciej kobiety. Chcę umyć po sobie talerz i kubek.</p><p>- Zostaw! Jesteś mężczyzną. Znaj swoje miejsce! - mówi mi kobieta.</p><p>Potem jedzą kobiety. Potem wszyscy już siedzimy razem. Ściemnia się. Las dookoła gada, szumi i szeleści. Las pełen duchów. Rzeka pełna duchów.</p><p>- Kim są duchy? - pytam Sierioży, który jest uczniem szamanki i jej pomocnikiem. - To są zmarli?</p><p>- Też, ale nie tylko - mówi, patrząc na ciemną wodę. Mamy ze sobą porozumienie, czuję je. - Każde miejsce ma swoje duchy - mówi. - Ten fragment rzeki z tymi zaroślami, i tym brzegiem, i tymi drzewami ma swoje duchy. Tamta łąka ma swoje duchy. Góry mają swoje duchy.</p><p>Opowiada mi o ludziach, którzy mieszkali w górach i byli lepszymi ludźmi niż my. A kiedy ród ludzki się zepsuł, tamci stali się niewidzialni i dla nas są dzisiaj duchami.</p><p>Stara opowieść, obecna w przeróżnych małych i wielkich kulturach. Że kiedyś było dobrze, potem się zepsuło i kiedyś znowu będzie dobrze, ale najpierw będzie strasznie źle.</p><p>Przy stole w półmroku szamanka opowiada o Chakasach. O małym narodzie, tak to opowiadają. </p><p>Chakasi to lud turecki. Najdalej może na wschód wysunięty lud turecki. Sami siebie nazywają: tadar.</p><p>Mówią, że Dżyngis Chan był z matki Tadarki, czyli z Chakaski. Dżyngis Chan był mądrym władcą. Przyłączał ziemie i ludy, a nie podbijał ich. Szanował kultury i tradycje oraz odrębność tych ludów. Miłował ludzi i pokój. Chciał świata, w którym wszyscy będą żyli zgodnie. Niestety po jego śmierci wszystko się zepsuło. Taką mają o nim opowieść.</p><p>Maras nosi warkoczyk taki, jaki nosili Kałmucy. Kałmuk - brzmi dumnie. Kałmucy byli przednią strażą Dżyngis Chana. Sama awangarda. Najdzielniejsi. Na końcu warkoczyka mieli superostry nożyk. Umieli zrobić taki zamach głową, że uzbrojonym w taki nóż warkoczem podcinali przeciwnikowi gardło. Taka opowieść.</p><p>- Przyjdzie czas - mówi szamanka. - Że na świecie nie będzie już wody do picia. Tylko u nas jeszcze będzie. I wszyscy zejdą się do nas i będą nas chcieli wyprzeć z naszej ziemi.</p><p>Żołądek pełen mięsa i wódki. Jedliśmy zupę z barana, pieczone baranie mięso, duszone baranie mięso, baranie kiszki i krew. Filip gra na ukulele. Wziął z Polski na Syberię ukulele i to jest bardzo dziwne.</p><p>Nie siedzimy długo. Powoli odchodzą do namiotów. Nikt nie upił się tak, żeby się zataczać, bełkotać, czy mówić androny. Po prostu jeden po drugim odchodzą spać. Co i ja czynię. Usypia mnie szum rzeki. </p> Nad rzeką Abakan http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12647.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12647.html Tue, 04 Sep 2018 22:00:00 +0000 <p>Po poczęstunku i kąpieli u Marasa w Abakanie, po spacerze między blokami, bo Abakan to wielkie blokowisko ze sklepami w blokach, biurami w blokach i z dużym parkiem w centrum, spakowaliśmy się do dwóch samochodów i ruszyliśmy 100 kilometrów na południe, wzdłuż rzeki Abakan. Jeszcze dopiero co, w nocy, byliśmy w samolocie. Dzień się skrócił o pięć godzin, bo lot na wschód. A tu już w głąb. Z namiotami. Ale nie chciało się spać.</p><p>Pierwsze spostrzeżenie. Zieleń jak u nas. Rzucających się w oczy różnic nie widzę. Szerokość geograficzna podobna. Jest ciepło. Po drodze spotykamy czekającą na nas nad rzeką szamankę i jej uczniów. Szamanka ma piękną czerwoną suknię, korale z amuletami i nazywa się Lidia. Jej uczniowie to Siergiej, zawsze w moro, i Andżela. Jadą z nią osobnym autem. Jedziemy w miejsce wyznaczone przez nią. Cała nasza trasa przebiegać będzie przez silne miejsca, czyli miejsca, w których jest silna obecność duchów, czy też czegoś, co szamanka nazywa duchami.</p><p>Zjeżdżamy z asfaltówki, i pod stepowymi górami jedziemy nieasfaltową drogą, przez łąki, między kurhanami. Nikt nie wie, ile lat stoją tutaj te kurhany. Może 300, może 3000. Nikt nie umie przeczytać wyrytych na nich inskrypcji. Ale Chakasi otaczają je szacunkiem tak jak szanuje się groby swoich przodków. Kurhany to kopczyki, obok których stoją wbite w ziemię,omszałe głazy z inskrypcjami. Często nie ma już śladu po kopczykach, zostały same głazy wbite na sztorc. Zatrzymujemy się w lesie, tuż nad rzeką. Chakasi błyskawicznie rozbijają obóz. Próbuję policzyć, ilu nas jest. Wychodzi mi, że piętnaścioro. Jednocześnie stawiają namioty, z plastikowej butelki i metalowego prętu robią kran, wykopują dziurę kloaczną przykrytą specjalnym namiotem, rozpalają ogień i przygotowują mięso barana na ruszt. Alina, dziewiętnastolatka z Abakanu, gra na chakaskim instrumencie, którego nazwy nie udało mi się zapamiętać. Pięknie gra. Szamanka pali kępki jałowca i okadza teren wokół obozu, ogień i wszystkich nas. Duchy tego miejsca wiedziały, że przyjdziemy. Czekały. </p> Surowe, nieobrobione, przemoczone http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12637.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12637.html Sat, 01 Sep 2018 22:00:00 +0000 <p>Nie pisałem, bo od razu po powrocie z Syberii zapakowaliśmy się z Beatą i z dziećmi w podróż autem do Kapadocji w środkowej Turcji. Teraz postanowiłem w celu ożywienia bloga pisać częściej, a krócej.</p><p>Po powrocie z Turcji wczoraj od razu rzuciłem się w góry i po drodze z Karkoszczonki do Brennej zlało mnie potwornie, siecząc gradem. Z plecaka podręcznego wylewałem wodę jak z wiadra. No i był w nim zeszyt z zapiskami z Syberii. Próbuję teraz odszyfrować rozmazany wodą atrament, uratować, domyśleć się, póki pamiętam.</p><p>To luźne zapiski, impresje, materiał do ewentualnych innych tekstów:</p><p> </p><p>ZAPISKI Z PRZEMOCZONEGO SYBERYJSKIEGO ZESZYTU</p><p>Szum samolotu jest rytmem. Teatr stewardess jest rytmem. Start, zgaszenie świateł, zapalenie świateł, rozdanie menu, roznoszenie posiłków z powtarzanymi określoną ilość razy pytaniami stewardess są rytmem. Ich czerwień jest rytmem. Szum rozlewanych napojów jest rytmem. Dzieci są rytmem. Powolne zapadanie w sen na razie w planach. Bo rytm musi mieć swoje plany.</p><p>[tu osobiste] </p><p>Żadne powtórzenie nie jest powtórzeniem. Każde uderzenie bębna jest czymś innym, bo świat jest gdzie indziej, więc czymś innym. [nie pamiętam, o co mi chodziło z tym światem gdzie indziej i po co to powtórzenie -czymś innym-, na tym polega problem z tego rodzaju zapisywaniem myśli, że potem samego siebie się nie rozumie. na pewno myślałem o bębnie szamańskim. ale czemu świat gdzie indziej???]</p><p>[tu robione w samolocie zapiski z drogi z warszawskiego Dworca Centralnego do ZASPu, gdzie zaczyna się podróż, i z drogi do Kaliningradu]</p><p>Kaliningrad. Katedra. Kant. Kantyczki. Budeczki jarmarczne pod Kanta katedrą. Kawiarnia. Dopiero co przecież czytałem Lehndorfa, tego lekarza zapiski. Dopiero co tutaj, w Koenigsberg zdarzył się koniec świata i sceny dantejskie, mroczne apogeum rytmu, szaleństwo, aż do rozbicia, do końca. Pregola. Kaczki. Anatolij wiezie nas do fortu, do twierdzy Koenigsberg. Radzieckie pieśni z głośników. Twarze tych żołnierzy, żołnierek, plakaty. </p><p>Lotniska z ich życiem pomiędzy życiami.</p><p>Przeszkadzajki - krew wysysają, uwagę zabierają.</p><p> </p><p>[a to już z Syberii]</p><p>Zawsze jest inaczej niż się spodziewasz.</p><p>Rzeczy, czynności, rytmy powodują, że myślisz i że tworzysz swoją przestrzeń w całkowicie obcej przestrzeni. Obcej, obcej, obcej, nieogarnialnej, nieludzkiej. Trzeba w nieludzkim wyżłobić sobie ludzką jamę. Okrążanie miejsca wokoło tworzy to miejsce.</p><p>Nie mam powodów powątpiewać w istnienie duchów.</p><p> </p><p>Eastern był przed westernem. Kowboje, orły, galopujące konie. I wszędzie nagrobki, które mają ile lat?</p><p>- Wiele tysięcy - mówią. - Nikt już nie rozumie tych znaków.</p><p>Czas się zbiesił.</p><p>Tader. Jesteśmy Taderami - mówią. - Nie jesteśmy Rosjanami.</p><p>Pierwszego dnia widzisz krowy i kurhany, wow! Krowy i kurhany! Drugiego dnia widzisz krowy i kurhany, ech, krowy i kurhany. Trzeciego dnia widzisz, aha, krowy i kurhany. Czwartego dnia nic nie widzisz, krowy i kurhany.</p><p>Chodzi o nowość, nie o żaden powrót, dzikość czy cokolwiek równie medialnego.</p><p> </p><p>I nagle naprawdę wjeżdżamy do tajgi, takiej z wyobrażeń. Z jedną bardzo złą drogą. Drzewa, góry i potoki rwące. I oprócz nas na drodze tylko ciężarówki, ciężkie, podobne do amerykańskich.</p><p>I ludzie, którzy się okazują. Z boku staczają się kamienie. Droga zdradliwa jak los. Już ci się wydaje, że możesz się rozpędzić i bach, wyrwa za zakrętem. I nagle w tych widokach pięknych, w tych cudownych górach z tą ich niezwykłą zielenią czujesz realność, która jest nieludzka. Wyrwa, która przerywa. Nie znaczy, że wroga. Po prostu nieludzka.</p><p>Góra cała w kamieniach połupanych, obsypujących się.</p><p> </p><p>[a to znad Jeniseju, po przeżyciach]</p><p>Ubodzy posiadą Ziemię. Świat dla Kalibana.</p><p>Wyjść poza siebie. Co to jest, co tam jest?</p><p>Długa rozmowa z szamanką. Jej życie. Perła z ognia.</p><p>Istotą jest godność każdego człowieka, która związana jest z godnością świata.</p><p>Powiedziała mi, że żyję dziewiąty raz. Jeszcze raz przede mną.</p><p>Żyję nieskończoność. Żyję we wszystkim. Wszystko żyje we mnie. To się po prostu ujawnia krok po kroku. Nie ma rozkładu. Jest stawanie się wszystkim.</p><p>Chce się pisać słowa, kiedy się chce. Jak świerszcz grać. Dużo dróg wcale nie ukrytych, tylko trzeba krok dalej zrobić.</p><p>Zmarli patrzą na ciebie.</p><p>Widoki. Żal, że ich nie umiem opisać.</p><p>Trawy są jak tęcza zielona. Step jak kosmos z galaktykami kwiatów, ze słońcami, gwiazdami, drogami mlecznymi. Kosmos w kosmosach.</p><p>Kosmos kosmosów czy jest?</p><p>Hałaśliwy, głupi bóg sprawca, który ma szacunek do tego, co stworzył, bo to dla chwały jego.</p><p>Woda dobrodziejka. Woda krew. Woda życie. Gdyby nie ta woda, byłaby tu śmierć. Cudowność wody.</p><p>Kocham cię, wodo ekstatyczna, wodo zapalna, wodo, która gasisz i wzniecasz, i gasisz, i wzniecasz, do nieba i na ziemię, w ciągłym ruchu po anielsko-diabelskiej drabinie. Oto aniołowie niebiescy prawdziwi. I w sobie także anioła masz, wodę, który z tych samych, co deszcz, który z mórz, które z deszczów, które z mórz.</p><p>Kocham cię wodo niegasnąca. Kocham twoją miękkość i twój chłód, w którym jest śmierć, śmierci posmak w ustach, czyli stawania się wszystkim w wodzie, pokarmem aniołów. Wstań, wodo, mówię ja, pokarm.</p><p>Mgło unosząca się nad wodą, która jak japoński superpoduszkowiec przewiercasz nas arterią do serca i przez wszystkie stacje od nieba do ziemi, do środka, gdzie usta mówiące, przez zapach, do nieba, gdzie najwyższe oczy. W ułamku sekundy lub przez tysiąclecia, bo czas, bo czas. Czas to słowo rzucone w pociągu, które tworzy słowa nowe, jedne,drugie, jak bańki. One tworzą powietrze, którym oddychamy, które zmienia się w wiatr. Nie tędy, nie tędy! Wypróbuj, bo prędkość jest niesamowita! Naucz się prowadzić!</p><p>Mgło nad jeziorem, która zmieniasz kształty, która unosisz ze sobą, rozwiewając po świecie, po nieświecie wszystkie nasze słowa. Wstań, mgło! Nazywam cię mgłą. Używam tego słowa, w którym mrok i góra, i łagodność i ach! I zapach twój. Zapach życia. Wstań i mów1 Ja daję ci słowa, które sam dostałem. Mów, proszę!</p><p>- Musisz poprosić!</p><p>- Wstań, proszę, mów!</p><p>Mgło, która nie jesteś wodą, nie jesteś powietrzem, jesteś. Wznosisz się, więc jesteś.</p><p>Niebieskość, spokój, oddech.</p><p>Oddychaj! Oddychaj! Wymieniaj się ze mną! Wymieniaj się z mgłą! Wdychaj mnie! Wdychaj mgłę! Mgle oddychaj siebie! I siebie sobą wznoś nad taflę wody górą w górę. Nie po to, aby się uwznioślić, ale by podróżować. Bo podróż jest światem.</p><p>Płaczesz? Płacz jest wodą. A woda jest płaczem. Płacz nad śmiercią, nad niczym, płacz nad piaskową pustynią, płacz nad drzewem, drzewami, prerią, galaktykami, kwiatami, gwiazdami, płacz nad Drogą Mleczną. Z tego płaczu wodo jesteś. Jesteś łzami, które są krwią, krwawymi łzami, krwawymi, niebieskimi łzami. Nie istnieje życie poza łzami i krwią. Pustynia nie płacze. Śmierć nie umie łez. Jest sucha jak piach. Słońce jest śmiercią, naszą śmiercią. Jeśli się zastanawiasz, jak wygląda śmierć, spójrz w Słońce. Ale jeszcze nie. Jeszcze przed tobą góry, kamienie, ścieżki, masę żywych żyć, jeszcze szczyty, chmury, niebo, niesłychane sfery. Jeszcze dużo wszystkiego.</p><p>Wstań, góro! Ja mówię do ciebie! Nazwałem cię górą. Masz w sobie grób, masz oko otwarte, które się zamyka, jak sezam, przed którym jest znak, mała kreska. Tutaj się otwiera, masz rozkosz i ach, co łączy się z mgłą.</p><p>Śmierć wyszła zza chmur. Wstań mgło, wodo! Teraz zmartwychwstajesz! Jeszcze przez chwilę będziesz miała nas, po czym wniebowstąpisz, jeść cię będą, aby zstąpić ponownie na jałową ziemię.</p><p>- - - - - - - - - </p><p>Urywam. Co to za notatki?! Nigdy jeszcze takich nie robiłem. I nie do końca rozumiem to wszystko. Gdybym cokolwiek chciał z tego zrobić, musiałbym oczyścić z patosu, ze śmieszności, dziwactw. Chyba. Pisałem je siedząc nad rzeką Jenisej, przy naszym obozowisku chakaskim, po długiej rozmowie z szamanką, która mówiła, że ten korszun, co krąży nad nami, to duch tego miejsca. </p> Chakasja 1 http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12535.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12535.html Thu, 09 Aug 2018 22:00:00 +0000 <p>Abakan oznacza krew niedźwiedzia. Aba to niedźwiedź, kan to krew. W Chakasji więcej miejscowości zaczyna się od Aba. Dowiedziałem się o tym, kiedy nocowaliśmy pod namiotami w tajdze i żartowaliśmy sobie, że są tu niedźwiedzie.</p><p>- Pewnie, że są - powiedzieli poważnie Chakasi. - Dużo niedźwiedzi.</p><p>Rozbiliśmy namioty przy górskiej rzeczce zasobnej w ryby, przy brzegu nie porośniętym chaszczami. Można się było spodziewać, że przyjdą do rzeki na rybkę.</p><p>- Idź za nim, jesli pójdzie za daleko - powiedziala szamanka do swojego ucznia, kiedy Bartek oddalił się trochę od obozu.</p><p>Lepiej nie odchodzić poza zasięg wzroku. Przed niedźwiedziem się nie ucieknie. Szamanka obeszła teren wokół obozu i okadziła go.</p><p>- Szamanka załatwiła, że niedźwiedzie nie przyjdą do jutra do 14.00 - powiedzieli Chakasi, którzy od tego momentu nie mieli już żadnego problemu z niedźwiedziami. My natomiast po dowcipkowaniu o misiach, które stoją w blokach gotowe do startu i czekają, aż minie godzina 14.00 wróciliśmy do stanu lekkiej niepewności.</p><p>No więc kan to krew, a Abakan to krew niedźwiedzia.</p><p>Chakasi są mięsożercami. Jedzą mięsnie i tłusto. Mięso popijają jogurtem i mówią, że to najzdrowsze. W ciągu tygodnia, kiedy podróżowali z nami w kilkanaście osób, zjedliśmy trzy barany. Barana zjada się do ostatka. Nic się nie marnuje. Głowę zjadają psy. Cała reszta jest aż po koniuszek ogona zużytkowana przez człowieka. Jedliśmy flaki z barana, galaretę ze skóry i kopyt barana, wywar z kości barana, krew barana z cebulą i mlekiem, upieczoną i zawiniętą w jelita barana.</p><p>W Abakanie, w mieście Niedźwiedzia Krew, po długiej podróży z Bielska przez Warszawę, z postojem w Kaliningradzie, przez Moskwę i nad Uralem, przywitano nas jogurtem i słodkimi kuleczkami z pszenicy. Przywitały nas dwie ubrane w tradycyjne stroje dziewczyny. Jedna grała na tradycyjnym dwustrunowym instrumencie i śpiewała. Działo się to na kostce brukowej przed lotniskiem w Abakanie. Stamtąd pojechaliśmy do mieszkania Marasa, reżysera teatralnego. Abakan to miasto 150-tysięczne, stolica republiki Chakasja, na północ od republiki Tuwa i od granic Mongolii. W Abakanie są 4 teatry, w tym znakomity i utytułowany teatr lalkowy, Pałac Młodzieży, ładny, choć nie obfitujący w drzewa park miejski z pomysłową fontanną, cerkiew, sklep z pamiątkami, bania i bloki, bloki, bloki. Lepsze bloki i gorsze bloki. Wyłącznie bloki. Sklepy są na parterze bloków.</p><p>- To była wieś. Od niedawna to jest miasto. Od lat 60 - mówi Maras.</p><p>Maras ma z tyłu warkoczyk taki, jaki nosili Kałmucy. Kałmucy byli przednią strażą Dżyngis Chana. Na końcu warkoczyka mieli mały, bardzo ostry nożyk, którym umieli podcinać gardła przez machnięcie głową.</p><p>W mieszkaniu u Marasa jest duży telewizor, w którym leci Nat Geo Wild. Pokazują niedźwiedzie, tygrysy, leopardy. Pomyślałem, że to śmieszne, że przyjeżdżamy na Syberię i pierwsze, co widzimy, to dzikie strony świata w Nat Geo Wild.</p> Tuż przed http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12466.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12466.html Sat, 28 Jul 2018 22:00:00 +0000 <p>Jutro, a w zasadzie dziś, bo już jest po północy, wyruszam. Najpierw do Warszawy, stamtąd busem do Kaliningradu i w poniedziałek z Kaliningradu wylot przez Moskwę na Syberię, do Abakanu, republika Chakasja. W lini prostej w dół - Mongolia i Chiny i na wschód od Indii. Nie byłem jeszcze tak daleko na wschodzie.</p><p> Po przylocie meldujemy się na policji, robimy zakupy i od razu wyruszamy w tajgę i step. Samochód i namioty. Czterech Polaków i trzech Chakasów, w tym dramatopisarz i poeta chakaski, Aleksiej Sagatajew.</p><p>Dziś małe zakupy. Apteczka do plecaka, silny środek na komary, bo ich tam podobno zatrzęsienie w tajdze, maść na ukąszenia, ręcznik szybkoschnący, dres do spania, czapka (na Syberii koniec lata, noce w tajdze już ponoć chłodne) i pozwolilem sobie na jedną małą rozpustę - poduszkę do namiotu. Ach, i karta pamięci do komórki. Choć nie wiem, czy będzie gdzie tę komórkę ładować. W sumie pewnie w aucie się da. Przed nami objazd Chakasji i poznawanie technik szamańskich od chakaskich szamanów. Podobno słowo -szaman- stamtąd się wywodzi.</p><p>Nie biorę laptopa, bo zepsuł się w noc zaćmienia Księżyca i dziś ani jutro nie ma już gdzie tego naprawić. Tego modelu nie naprawi od ręki pogotowie komputerowe. No więc trudno.</p><p>Powtarzam trochę rosyjski, podczytuję Grotowskiego, sprawdzam w googlach, co zrobić, gdy spotka się niedźwiedzia w tajdze. Odpowiedź: starać się unikać konfliktu albo go zastrzelić. Hm.</p><p>Szczerze mówiąc, znacznie bardziej niż niedźwiedzi obawiam się szamańskich mocy, a jednocześnie strasznie mnie ciekawią. Nie jestem zabobonny, na pewno nie. Po prostu widziałem już rzeczy, o których filozofowie nie chcieliby rozmawiać. I szanuję te przekazywane od wielu stuleci, z pokolenia na pokolenie, szamańskie tradycje.</p><p>Obiecuję sobie, bez względu na zmęczenie, codziennie robić notatki. Nie zapomnieć długopisu.</p><p>Wyjazd nie jest długi, ale intensywny. Do zobaczenia! </p> rozkład http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12418.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12418.html Sun, 22 Jul 2018 22:00:00 +0000 <p>Czas rodzinny nad morzem przed wyjazdem do syberyjskiej Chakasji. Nieoczekiwanie przyszedł ten syberyjski wyjazd, dziwnie. Czytam, kończę sprawy przedwyjazdowe, dużo rozmawiam z Mikołajkiem. Jeździmy wspólnie na rowery wzdłuż plaży. Miko ma tysiące pytań typu, gdzie się kończą morza, a gdzie oceany, a co co jest tam, za tym najdalszym punktem, który widać. Jakoś dobrze się dogadujemy, kiedy jesteśmy sami na wspólnej wycieczce. Wczoraj dojechaliśmy do jakiegoś ośrodka wczasowego akurat na kolację, którą można było sobie wykupić. Bufet szwedzki. Miko zrobił kanapkę ze wszystkim. Plus naleśniki. Potem ta chwila wspólnej sytej błogości przed zachodem słońca, w leśnym ośrodku, w przejrzystym powietrzu, z szumiącym morzem za wydmą.</p><p>Nadmorskie plaże to miejsca, gdzie ludzie pogrążają się w rozkładzie. U Conrada gdzieś jest obraz ludzi, którzy nic nie robią, tylko jak plankton, dryfują i jedyny proces, jaki w nich przebiega to rozkład. Rozkład jest przyjemny. Pomyślałem sobie, że być może, jeśliby rozkładający się trup miał jakieś odczucia, byłaby to błoga rozkosz.</p><p>Maszerowanie plażą i czytanie to innego rodzaju przyjemność. Aktualnie ją preferuję. Obecny rekord to dwadzieścia kilometrów w ciągu 3,5 godziny, czytając &quot;Lorda Jima&quot; Conrada. Plażą można dość szybko iść, czytając. Raczej się o nic nie potkniesz, a jeśli nawet to bez szkody. </p><p>Skończyłem adaptację &quot;Mistrza i Małgorzaty&quot;. Poprawiam, przestawiam, szlifuję. Piszę pierwsze szkice monodramu o Zofii Kossak które muszę zrobić przed wyjazdem. Znalazłem martwą fokę. Tak myślałem, że znajdę i nagle się na nią natknąłem. Leżała na piasku, w połowie drogi między plażowymi skupiskami ludzkimi, czyli tam, gdzie bezludno. Bo to tak na całym wybrzeżu wygląda, że jest ścisk niemożliwy na plaży, hałas, wiatrochron przy wiatrochronie, potem dość szybko się rozrzedza, a potem długie obszary pustki, zupełnie pustej plaży, aż do następnej małej galaktyki. Plaże nadmorskie są jak wszechświat. No i w obszarze największej pustki, patrzę, leży biały worek. Podchodzę. Na worku napis: &quot;Uwaga, martwa foka! Zgłoszona do utylizacji!&quot;. Nie wierzyłem. Ponieważ myslałem o tym wcześniej, że znajdę, tym bardziej nie wierzyłem. Rozchyliłem worek, zajrzałem. Rozkładała się na zapachy i kolory wsączające się w ten biały worek, w piasek, w drobinki powietrza, w brzuchy owadów. Spokojnie i intensywnie.</p><p> </p><p>A jeszcze jedno. Co robi człowiek, który pierwszy raz jedzie w podróż bardzo daleko i w kierunki nieobjęte zainteresowaniem biur podróży? Do tajgi, czy do subsaharyjskiej Afryki? A więc taki człowiek, kompletny amator, żeby się pozbyć uczucia kompletnego amatorstwa, czyni przygotowania, które wydają mu się profesjonalne, a więc idzie do sklepu i wykosztowuje się na drogą survivalową odzież, buty, ekwipunek przetrwania etc. Dużo płaci za poczucie profesjonalnego przygotowania oraz złudzenie większego bezpieczeństwa. I potem przyjeżdża do tej Afryki, czy do tej tajgi i, jeśli nie jest ślepy na takie rzeczy, czuje się jak żałosny pajac w tych swoich superbutach z nubuku za 1600 złotych, w tej swojej niezwykłej kurtce z kosmicznych materiałów, w oddychającym śpiworze przetrwania, pośród miejscowych w łapciach, w starych koszulach, pod wytartymi kocami. Na wejście ma obcość nie do przekroczenia. Nic tylko założyć całkiem już izolujące przeciwsłoneczne okulary, płacić napiwki za usługiwanie i wrzucać zdjęcia, jak to się przetrwywa. Lepiej w sandałach i w starych gaciach, bez gadżeciarskich cudów.</p> wszczepienia http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12348.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12348.html Thu, 05 Jul 2018 22:00:00 +0000 <p>Szczepienia przed wyjazdem na Syberię. Druga porcja. Mówią, że po tajdze będziemy łazić i trzeba przeciw kleszczom się zaszczepić. Wydawałoby się popularna, przecież nieegzotyczna szczepionka na kleszczowe zapalenie mózgu. A niestety, jestem skazany na Centrum Szczepień przy Dworkowej. Najgorzej. Ale sezon urlopowy. Wszędzie indziej robią, co mogą, żebym sobie poszedł gdzie indziej. Obdzwoniłem prywatne centra medyczne w Bielsku.</p><p>- Nie ma pielęgniarki. Proszę zadzwonić później. (później też jej nie ma)</p><p>- Pielęgniarka jest zajęta. (później też jest zajęta)</p><p>- Musiałby sobie pan sam sprowadzić tę szczepionkę. (dzięki!)</p><p>- Proszę zadzwonić jutro.</p><p>Etc.</p><p>Wcześniej, przed takimi wyjazdami szczepiłem się na Broniewskiego w Sanepidzie. Tym razem najpierw był remont i nie przyjmowali, odsyłając do prywatnego Centrum Szczepień przy Dworkowej. Potem nie było pań od szczepień, bo były w terenie, wreszcie, kiedy dołapałem panią, strasznie była niechętna. Bo to trzeba sprowadzać, bo drogo, bo coś tam. Mówię, że na Dworkowej koszmarnie drogo. - Najlepiej niech pan idzie do swojej przychodni rejonowej - mówi.</p><p>Pół dnia próbowałem się dodzwonić do mojej przychodni rejonowej bezskutecznie. Wreszcie tam pojechałem.</p><p>- No jest problem - mówi pani pielęgniarka. - Bo to trzeba zamówić, sprowadzić. A ja jutro idę na urlop.</p><p>- I nikogo nie będzie w przychodni?</p><p>- Będzie, ale one tego nie zrobią.</p><p>- Ale ja wyjeżdżam dopiero za trzy tygodnie.</p><p>- Ale musi pan nabyć odporności. To trzeba zrobić już.</p><p>No i wracam do Centrum Szczepień przy Dworkowej. Choć postanawiałem sobie, że już nigdy więcej. Bo kiedy tam byłem ostatnio, cena rosła z minuty na minutę. Przez telefon mówili, że 120 zł. Na miejscu okazało się, że podrożało do 140. Po czym pan doktor, który przed szczepieniem poinformował mnie o innych możłiwych szczepieniach (wszystko to łatwo ściągnąć z internetu, co też wcześniej zrobiłem) doliczył sobie za wizytę, ze to niby była wizyta moja u lekarza, oraz za książeczkę, w której wkleił nalepki. Tyle, że na wychodne mówi, że następnym razem już nic nie doliczy, bo to tylko za pierwszym.</p><p>Wychodzi człowiek i myśli sobie: - Jasne! Wszystko bez rachunku! Żadnego kwitka. Nic.</p><p>Ale macha człowiek ręką, bo szkoda nerwów. Cholera tam. Niech mu.</p><p>No więc znów ta nieszczęsna Dworkowa. Pan doktor najpierw narzeka, że przyjął dziś w zwykłej przychodni rejonowej trzydziestu ośmiu pacjentów. - Wyobraża pan sobie?</p><p>Widzę, że oczekuje współczucia, którego nie zamierzam mu dać, nawet grzecznościowo.</p><p>- No ale pomógł pan 38 ludziom. To był dobry dzień.</p><p>Krzywi się.</p><p>- Oni wszyscy tacy roszczeniowi... Żadnego szacunku dla zawodu. Etos lekarski leży w gruzach.</p><p> Szybka szczepionka, którą robi pielęgniarka. Pan doktor czeka.</p><p>- 150 zł - mówi.</p><p>- Jak to? Miało być 140.</p><p>Gdzieś w Polsce tę szczepionkę można zrobić za 80 zł. Tak stało w internecie.</p><p>- Mówiłem panu, ze 140? Wie pan to wszystko drożeje z dnia na dzień.</p><p>- Widzę, że pan sobie tak ustala na szybko tę cenę, patrząc na klienta. </p><p>- Nie, nie. No dooobra. Niech będzie.</p><p>I znów żadnego rachunku, żadnego kwitka, żadnego dowodu, ile i za co.</p><p>I znów strasznie mi się nie chce o to robić afery, gadać z nim o tym, upominać się. Wiem, pewnie źle robię. Trudno.</p><p>Ale pomyślałem, że zapiszę. Żeby zostało.</p><p>Tymczasem trwa załatwianie formalności wyjazdowych.</p><p>No a wcześniej teksty trzeba pokończyć.</p><p>Na Klimczoku pan mnie dziś przywitał uśmiechem, że rozpoznał. Nareszcie! Dziewiąty raz tu wlazłem w ciągu ostatnich trzech tygodni. </p><p>- Wchodzę po kolei wszystkimi drogami, od każdej strony - wyjaśniam.</p><p>- Tak, tak, jest tu sporo tych szlaków.</p><p>Dziewięć wejść, w tym dwa razy najtrudniejszym, z Mesznej. Dziś było z Brennej, przez Karkoszczonkę. Grzało mocno. Zostało mi ostatnie, dziesiąte, rekreacyjne, czyli deptakiem z Szyndzielni. </p><p>Po drodze book walking. </p> Sześciokroć http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12208.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12208.html Fri, 22 Jun 2018 22:00:00 +0000 <p>Klimczok sześciokroć zdobyty.</p><p>Najpierw zielonym z Bystrej, spod pętli. Potem czerwonym z Bystrej spod baru &quot;Pod źródłem&quot;. Potem niebieskim z tego samego miejsca, ale inaczej idącym. Potem żółtym z Wilkowic PKP przez Meszną i Chatę na Groniu. Potem z Beatą i Jasiem znów żółtym z Chaty na Groniu. Potem z Bystrej czarnym i następnie żółtym.</p><p>Chcę wejść wszystkimi. Zostały mi jeszcze cztery. </p><p>Truman Capote, młodzieńcze opowiadania. John Reed, '10 dni, które wstrząsnęły światem' oraz Józef Conrad 'Jądro ciemności'. W tych książkach pieczątki ze schroniska pod Klimczokiem.</p><p>Czerwona woda na Magurze. Musi jakieś żyjątka tam broczą czerwienią.</p><p>W deszcz, i w wiatr, i w skwar, i po błocie ślizgając się, i po kamieniach, i po drzewach powalonych.</p><p>Pomyślałem, że w schronisku wezmą mnie za wariata, że ciągle tu przyłazi. Ale wygląda, jakby nie zwracali uwagi.</p><p>Pomyślałem, że zamiast na siłownię, to wolę to. Dobrze się czuję potem.</p><p>Pomyślałem, że jak będę miał czas, to obejdę pieszo Ziemię dookoła z wyjątkiem oceanów, które przepłynę statkiem.</p><p>Tymczasem finał szkoły pisania sztuk i rekrutacja na następny rok.</p><p> </p><p>'Mistrz i Małgorzata' mroczne. Nie pamiętałem, że to taka jednak mroczna powieść. Nie pamiętałem, że pod koniec oboje zostają uśmierceni pośród wzniecanych pożarów i zniszczeń. Więc niech będzie mrok. Pokażmy go.</p><p> </p><p>Znów na festiwalu Malta w Poznaniu. Kolejny raz mam wrażenie, że robią go, znaczy organizują, same młode kobiety i stąd też jego specyfika, jego chłonność, otwartość, ciekawość. Tym razem ze Strefą Wolnosłową pokazujemy 'Uchodź! Kurs uciekania dla początkujących' plus dobre spotkanie z publicznością. Z Irańczykami na kebaba.</p><p>Włócząc się po centrum natrafiam na towarzystwo przed poznańskim Teatrem Polskim. Jedyne dwa żywe miejsca w centrum Poznania tego wieczoru to miejsca teatralne: Malta i Polski.</p><p>Dużo ludzi chodzi na &quot;Zagubionego chłopca&quot; w Opolu. Dużo, dużo biletów się sprzedaje. Na &quot;Himalaje&quot; w Śląskim też trudno dostać bilet, bo full za każdym razem, łącznie z drugim balkonem. Dobra końcówka sezonu.</p><p>Zrobiłem szczepienie do tajgi syberyjskiej. Jeszcze będzie jedno. Przypomniał mi się Janek z pierwszego odcinka &quot;Czterech pancernych&quot;. Ale nie film, tylko wyświetlany na takich w rolki zwijanych slajdach. Wiele razy ten odcinek na ścianie sobie wyświetlałem dzieckiem będąc. </p><p>Ale na razie jeszcze Klimczok. </p> zwierzęta http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12142.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12142.html Thu, 14 Jun 2018 22:00:00 +0000 <p>Na nieco ponad godzinnym marszu pomiędzy dwupasmówką a starą drogą na Żywiec, między dziewiątą a dziesiątą wieczorem spotkałem dzisiaj jedną sarnę, trzy dziki i jednego lisa. Nie wiem, dlaczego, ale człowiekowi się robi lepiej, kiedy widzi zwierzę. Budzą się myśli, że świat jest dobry.</p><p>Starsza pani z pieskiem na obrzeżach Wilkowic i Mesznej.</p><p>- Niech pani uważa, tam jest lis! Tuż przy drodze! - mówię.</p><p>Od razu się uśmiecha, bierze psa ciaśniej na smycz, powoli podchodzi.</p><p>- Jaki piękny! - mówi rozradowana.</p><p>Zwierzęta ostrożne, ale nie płochliwe. Dziki wybiegły na dróżkę, rozejrzały się, zobaczyły mnie i spokojnie wróciły w zarośla.</p><p>Ciągną mnie znów góry ostatnimi czasy. Dobrze jest tam być.</p><p> </p><p>W Toruniu po dyskusji czeka na mnie kobieta. W bluzce bez rękawów. Trochę sportowo ubrana. Miła.</p><p>- Chciałam pana zapytać o &quot;Nieskończoną historię&quot; Cieplaka. Jak pan nad nią pracował?</p><p>Mówi, że jeździ po teatrach w Polsce. Pojechała do Warszawy specjalnie zobaczyć moją &quot;Nieskończoną&quot;.</p><p>Jest prokuratorem w Toruniu. Sprawy karne. Morderstwa.</p><p>- Uważam, że w teatrze wolno wszystko - mówi.</p><p>Bardzo dobra rozmowa. Niezwykła.</p><p>Potem wsiada na rower i odjeżdża.</p><p> </p><p>Spotkanie w Stawisku to osobna historia. Kiedyś ją opiszę. </p><p> </p><p>Układa się następny sezon. Sześć rzeczy, sześć miejsc. Sprawa rozwojowa.</p><p>No i w lipcu, sierpniu - Syberia i syberyjscy szamani. Z tego też coś będzie. </p> w górę http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12099.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,12099.html Thu, 07 Jun 2018 22:00:00 +0000 <p>Bardzo efektowny ten czerwony szlak z Bystrej przez Magurę na Klimczok. Efektowny widokowo. Być może nawet najbardziej z wszystkich okolicznych. Męczące podejście, bo długo i bez wytchnienia dość ostro w górę, ale potem ładnie, ładnie. Na szczycie dużo dzieci.</p><p>Taką sobie wycieczkę samotną zrobiłem nazajutrz po premierze &quot;Himalajów&quot; w Śląskim. Po drodze John Reed, Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem. Czyli z cyklu: książki, które mam na półce, a których nigdy nie przeczytałem.</p><p>Bardzo to ciekawe.</p><p>Zupełnie inaczej się czyta, idąc przez góry. Podczytuje się w zasadzie i myśli, maszerując. Zupełnie inaczej wchodzi. Lepiej wnika, intensywniej.</p><p>Przyjemność herbaty z cytryną po wysiłku dwugodzinnego wchodzenia.</p><p>Wieczorem spotkanie filozoficzne. O rewolucji 1968. Dużo myśli. Znów mi się Jarocin przypomniał. Jak dobrze, że ja tam wtedy trafiałem. Jakie to było jednak ważne doświadczenie.</p><p>Więc dzień rewolucji oraz czterech godzin marszu w górę i w dól. Jak tylko się da, to powtórzę.</p><p>Rano pociągiem do Warszawy, stamtąd do Podkowy Leśnej, stamtąd do Stawiska, do domu Iwaszkiewiczów. Mam pośród pisarzy mówić o swoim pisaniu. Stamtąd od razu do Torunia, gdzie mam mówić o swoim pisaniu. Tak się zbiegło. </p> Nicość Hawkinga http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,11816.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,11816.html Mon, 30 Apr 2018 22:00:00 +0000 <p>Kiedy Stephen Hawking ogłosił, że informacja w czarnej dziurze znika, niespecjalnie przeniosło się to do szerszej opinii publicznej. Za trudne. Choć fundamentalne. Choć było to odkrycie, które porusza fundamenty świata. Ale Kopernikańskie usunięcie Ziemi z centrum stworzenia też się wówczas raczej niespecjalnie chyba przedarło do wiedzy powszechnej.</p><p>Hawking drążył, niuansował, wreszcie zmieniał swój przekaz na temat czarnych dziur, ale fundamenty zostały ruszone.</p><p>Potrzebowałem trochę czasu, żeby to ogarnąć.</p><p>Informacja, czyli wszystko. Informacją jest DNA, informacją jest gen, informacją jest budowa komórki, informacją jest liczba fotonów w strumieniu światła etc. etc.</p><p>Żyjemy w świecie, który opiera się na kilku pewnikach stanowiących jego fundament. Jednym z tych fundamentalnych pewników jest, że nic nie ginie. Powiedzmy ciało. Ciało rozkłada się, przenika do gleby, do powietrza, rozpada się na cząsteczki. A jednak każda z tych cząsteczek niesie w sobie informację o ciele, którego częścią była, nawet jeśli przez miliardy lat będzie parować, spadać w postaci deszczu, stawać się częścią innych ciał, to teoretycznie można by te cząsteczki kiedyś zebrać ponownie i poskładać z powrotem w to samo ciało. </p><p> </p><p>Kiedy Hawking ogłosil, że czarna dziura z czasem znika i znika kompletnie wszelka informacja, która do niej wpadła, próbowano z różnych stron wykazać mu, że to niemożliwe. Ale wychodził zwycięsko. Dowody, które przedstawial, były przekonujące jak obliczenia Kopernika. A więc wszystko może bezpowrotnie i całkowicie znikać. A więc istnieje nicość. Hawking odkrył realne istnienie nicości.</p><p>Kiedy mówił, że mózg ludzki po śmierci jest jak wyłączony już na amen komputer, o to tez mu chodziło. O nicść. Pomyślałem o różnych tekstach, o dziesiątkach informacji, które zostały po mnie gdzieś w starych komputerach, jeszcze w redakcji &quot;Trybuny Śląskiej&quot; na przykład. Wraz z wyrzuceniem tych starych komputerów, te informacje, których nie przekopiowałem, które tam zostały, po prostu zniknęły. Nie przeszły w inny byt, nie stały się niczym innym. Po prostu zniknęły. Nicość. Z odkrycia Hawkinga wynikałoby, że tak wcześniej czy później stanie się ze wszystkim.</p><p>Gdyby waga tego odkrycia dotarła do wszystkich ludzi na Ziemi i została przez nich przyswojona, byłby to niemożliwy wstrząs, gigantyczne tąpnięcie. Na szczęście tak się nie stanie. A przynajmniej nieprędko.</p><p>Jest opcja, ze nie znika, ale przenosi się w inny świat, o którym nie wiadomo nic i który jest całkiem odrębny. - Dostaję masę listów z wiadomością typu: Nie znam się na fizyce, ale mam rozwiązanie problemu Hawkinga. Istnieją inne światy - mówi fizyk współpracujący z Hawkingiem.</p><p>Ciekawe. Zafrapowało mnie to.</p><p> </p><p>Poza tym Mikołaj dzisiaj pod 20 minutach prób wczoraj i po 5 minutach prób dzisiaj nauczył się jeździć na rowerze, bez wspomagania dodatkowymi kółkami.</p><p>Piszę &quot;Mistrza&quot;. Wszystko na dworze u Piłata??</p><p>Na zakupach w &quot;Klimczoku&quot; - ważne spotkanie z S. </p> Uchodź. Kohelet. http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,11718.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,11718.html Sun, 22 Apr 2018 22:00:00 +0000 <p>Świetny set &quot;Uchodź&quot; w Warszawie, w Powszechnym. Współpraca ze Strefą Wolnosłową to jedna z najciekawszych rzeczy, jakie mi się zdarzyły w ostatnich latach. To wszystko jest bez ściemy. I dobrze mi w tym jest. I że nie w pełni zawodowe. Że jest smak undergrounderki trochę. I ludzko też wyśmienicie. Robić fajne, wartościowe rzeczy w fajnym towarzystwie to jest może najlepsze, co się może w życiu zdarzyć. Tak. Gdybym jakoś chciał zbierać moje aktualne doświadczenie życiowe na dziś to to byłby jeden z pierwszych, najważniejszych punktów:</p><p>Rób rzeczy, które dają ci radość, i których wartość czujesz, z ludźmi, wśród których jest ci dobrze.</p><p>Nie musi to być twoje główne zajęcie, ale kluczowe dla życia jest mieć coś takiego.</p><p>No i dosłużyliśmy się świetnej, bardzo erudycyjnej recenzji w miesięczniku &quot;Teatr&quot;. Czyta się nas przez pryzmat Agambena i Baumana. To taka recenzja, o których się mówi: &quot;Powieszę sobie na ścianie&quot; i nigdy się tego nie robi.</p><p>Mam wrażenie, że wszedłem w taki czas, kiedy próbuję ogarnąć, czym jest moje życie.</p><p>Wyraźnie czuję, że czas szalony, nieogarniony, z masą kłębiących się zdarzeń, powoli się uspokaja. Chociaż nie wiem, może to chwilowe. A może nie.</p><p>Dłubię &quot;Himalaje&quot;.</p><p>Pływam w &quot;Mistrzu i Małgorzacie&quot;.</p><p>W niedzielę - drugi bielski deptak górski, czyli asfaltowa droga spod zapory w Wapienicy do domku nad Zaporą i dalej, wyżej, żółtym na Szyndzielnię. Na deptaku dawno nie widziani znajomi z miłymi rozmowami typu: - Ale się roztyłeś!</p><p>Więc co wynika z tego ogarniania. Moją wodą, moim oceanem jest świat rozmów z ludźmi, w tym czytanie, bo to też rozmowy. Chyba coraz staranniej przesiewam te rozmowy, ale mniejsza z tym. Mój ruch to pisanie. To są moje płetwy, moje łuski i mój motor napędowy. Mój stały ląd to dom, rodzina, las dookoła i góry. I to pęknięte miasto.</p><p>Porządek dnia i nocy stabilizują się. Inny jest porządek domu, inny porządek wyjazdów.</p><p>Świat ogarnąłem w miarę metodą punktowego pobierania intensywnych próbek wrażeń i doświadczeń o wystarczająco szerokim rozrzucie.</p><p>Czytam Koheleta i jest mi bliski, choć z tą marnością to grubo przesadza. I zresztą jest niekonsekwentny, bo widać z tej księgi, jak go to wszystko nęci, bierze, jak mu świat smakuje. Jedzenie i picie mu smakuje i zachęca. Musżę powiedzieć, że to bardzo zaskakująca księga jak na Biblię.</p><p> </p><p> </p><p>Kohelet 4, 9-16, moja tranksrypcja</p><p>No fajniej jest być we dwójkę, pracować łatwiej, wszystko łatwiej. Czasem wydaje się, że trudniej, lecz w ostatecznym rozrachunku łatwiej.<br />Jeden upadnie, drugi go podniesie, a jak sam jesteś, to kto cię podniesie? Chciałbyś może, wołasz, a nie ma nikogo.<br />Jak z kimś jesteś, można się przytulić, cieplej. Nie musisz, ale możesz. A kiedy sam jesteś, nie możesz, choć musisz.<br />Jak coś złego uderzy, lepiej jak się ten impet rozłoży na dwóch, niż jak trzeba przyjąć go samemu.<br />Nie bądź głupi. Lepiej bądź biedny niż głupi.<br />Nie wątp, że lepszy biedny i niegłupi niż król idiota.<br />Lepszy młody niegłupi niż stary idiota, który nie słucha już nikogo oprócz siebie.<br />Pamiętaj, że każdy się rodzi bez niczego. Nikt się nie rodzi królem, nikt się nie rodzi bogaty. Każdy się rodzi goły i bez kasy.<br />Widziałem, tak, widziałem jak jeden młody stanął na czele tłumu, żeby zająć miejsce króla i tłum za nim poszedł, niezliczony tłum. I wiem, że nie ma co liczyć ten młody, że z nim będzie inaczej. Że go nie będą przeklinać. Bo wszystko marne i pogoń za wiatrem. </p><p> </p><p>Dante uważał, że starość zaczyna się po 45. To już. </p> Rewizor przyjechał http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,11655.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,11655.html Fri, 13 Apr 2018 22:00:00 +0000 <p>W Akademii Teatralnej w Warszawie na próbie generalnej mojego tekstu &quot;Rewizor. Będzie wojna&quot;. Ania Augustynowicz reżyseruje. Przedstawienie dyplomowe. Bardzo wyraźne, bardzo ostre, bardzo czytelne, bardzo ascetyczne, bardzo mocny teatr Augustynowicz. Dzień dobry, pani Anno Seniuk, przyszła pani na moją sztukę. Dzień dobry, dzień dobry.</p><p>Gadanie potem długie na podwórku Akademii, do nocy. A potem w &quot;Marcinku&quot;, gdzie jest Kasia Minkiewicz, która dopiero co w Akademii robiła czytanie mojej &quot;Villas&quot;.</p><p>Czuję się stary przy nich. Czuję się pisarzem współczesnym. Wszyscy są bardzo mili. Studenci kupują mi piwo. - Niech pan siedzi, panie Arturze!</p><p>Noc w Akademii, przy sali prób.</p><p>Potem powrót do Bielska, bo sprawy, do Katowic na próbę &quot;Himalajów&quot; i do Wrocławia. W kinie &quot;Nowe Horyzonty&quot; na szerokim ekranie wyświetlali telewizyjną wersję &quot;Żyda&quot; z Teatroteki. Plus, po seansie, spotkanie z autorem. Jestem w pakiecie z Maćkiem Kowalewskim i jego &quot;Miss Hiv&quot;. Dobre spotkanie, pierwsze po Jekaterynburgu.</p><p>Dwie młode dziewczyny to organizują.</p><p>- Przyjdzie ktoś na teatr telewizji do kina? - wyrażam wątpliwość. Śmieją się.</p><p>Widownia jest pełna. To niesamowite, ale jest pełna.</p><p>- I pomyśl, że oni kupili bilety po 20 zł - mówi Maciek. - Niezwykłe.</p><p>Ale na spotkaniu po, widownia milcząca. Tylko Marzena Sadocha zadaje pytania z widowni. Co się zmieniło? Co się zmieniło przez 10 lat grania &quot;Żyda&quot; w różnych teatrach. Hm.</p><p>Powrót do Bielska, bo z Mikołajem trzeba do dentysty. Nie jadę na premierę do Akademii. Nie mogę tak. Tym bardziej, ze w poniedziałek znów do Warszawy.</p><p>&quot;Sokratesa&quot; Legutki czytam. I Chantal Delsol &quot;Kamienie węgielne&quot;. Jakoś się to łączy.</p><p>Poza tym chodzę po mieście i rozpoznaję miejsca z monografii. Pierwszych trzynaście chat w Białej gdzie stało? Ha! Gdzie był Kamieniec?</p><p>Powolutku monografię jadę. Ale regularnie. Początek drugiego tomu dopiero. Regularność jest ważna.</p><p> </p><p>Dzięki, Aniu, za mądrego, ciekawego &quot;Rewizora&quot;! </p> Wznowienie http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,11624.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,11624.html Sun, 08 Apr 2018 22:00:00 +0000 <p>Czasem tak przychodzi, że nie ma weny do pisania bloga. I niestety znów przyszło. Ale trzeba wznowić. Idziemy naprzód.</p><p> Na rozgrzewkę po prostu dzisiejszy dzień. Po wyspaniu poszliśmy z Miko i Be na spacer bielskim deptakiem górskim, czyli czerwonym szlakiem z Dębowca na Szyndzielnię. Ludzi więcej niż na ul. 11 Listopada. Całe szczęście, że nie wszyscy oczekują, że się im powie, jako turystom górskim 'dzień dobry'. </p><p>Prześwity, bo drzewa padły. Przy zejściu czerwonego z zielonym dziwna rzecz. Wysokie drzewo. Tak jakby złamał się pień i cała górna, złamana część razem z koroną, ześlizgnęła się i stoi chwiejnie na zwężającej się ku dołowi drzazdze. Co wiatr dmuchnie, to skrzypi i chwieje się.</p><p>Miko biega z kijami, ściga się sam ze sobą. Na Dębowcu w drodze powrotnej barszczyk z krokietem. </p><p>Ach! Przekonałem się do krzesełek na Dębowiec! Niech tam! To dobry zabieg, że parking jest tam bezpłatny, a bilety tanie. No i wjechaliśmy. Przyjemnie, choć Miko szalał.</p><p>J. został w domu. Uczy się do egzaminów.</p><p>Potem elementarz z Miko. Ten sam, co zawsze, nasz, kultowy. Ja się z niego uczyłem czytać. Potem uczyłem Jasia, a teraz te same czytanki z Mikołajem robimy. Bardzo jest chętny. Dziś doszliśmy do kotka Agatki.</p><p>Jutro do Warszawy, do Akademii Teatralnej, na pierwszą generalną mojego sequelu &quot;Rewizora&quot;. Anna Augustynowicz robi. Kiedyś, kiedyś, jak wielu, wielu chciałem tam zdawać na aktorstwo. Teraz przyjeżdżam jako autor.</p><p>Książkę mi wydali. Jedyne wydawnictwo w Polsce, które wydaje regularnie nowe sztuki teatralne: krakowska Księgarnia Akademicka. Wybór dramatów moich pt. &quot;Powrót bogów&quot; właśnie trafił do księgarń. Ładnie, porządnie wydany. Zaczyna się od &quot;Nieskończonej historii&quot;, kończy na Skłodowskiej-Curie.</p><p>Poprawiam &quot;Himalaje&quot;. Nieoczekiwanie wskoczyłem w tę pracę w moim Teatrze Śląskim. Zobaczymy.</p><p>No i zacząłem adaptację &quot;Mistrza i Małgorzaty&quot; dla nowohuckiego Ludowego, z Pawłem Passinim. Pomyślałem, żeby ją zacząć od &quot;Imagine&quot; Johna Lennona.</p><p>W cyklu historyczno-kinowym doszedłem do &quot;Sokoła Maltańskiego&quot; i ze zdziwieniem stwierdziłem, że Humphrey Bogart w &quot;Sokole&quot;, którego miałem w głowie, jako archetyp bardzo dorosłego faceta, jest młodszy ode mnie.</p><p>Śpię krócej, bo skandalicznie opóźnia mi się czas zasypiania, a rano Miko wożę do przedszkola. Więc zdarza się 3,5 godziny snu, potem sie trzeba gdzieś kimnąć, na jakiejś podłodze pomiędzy próbami. Za to sobota i niedziela - odsypianie.</p> Stambuł. Ludzie http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,11016.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,11016.html Wed, 21 Feb 2018 23:00:00 +0000 <p>Wrócę jeszcze na chwilę do Stambułu. Żeby nie zapomnieć. Ważne rozmowy:</p><p>1. Nila. W metrze, w kawiarni pod wieżą Galata, w drodze na most Galata, w Tunelu, w teatrze po premierze.</p><p>O jej studiach, o teatrze, o muzyce, o tureckim heavy metalu. Dostałem od niej cd w prezencie z tureckim metalem. Nieśmiała, grzeczna, ciekawa. Mówi, że na &quot;Tacie&quot; była dziewięć razy.</p><p>2. Cisel. Długa rozmowa w kawiarni pod wieżą ze sporem. Polityka. Bombardowanie Afrin. Kurdowie to terroryści - mówi. Stambuł jest jak hostel - mówi. Jest ostra, chętna do dyskutowania.</p><p>3. Yesim. O teatrze, o projektach, o &quot;Tacie&quot;. Przy śniadaniu dużym, obfitym, tureckim, po spektaklu i na bankiecie. Świetnie mówi po angielsku.</p><p>4. Ozge. W drodze do mallu teatralnego. Metro. O aktorstwie, o życiu aktorki w Turcji, o polityce, o cenzurze w teatrze, o policji. I potem na bankiecie Ozge i Yesim wróżą z fusów po kawie tureckiej.</p><p>5. Lekarz z klubu jazzowego, którego imienia nie zapamiętałem (czemu zapamiętuję tylko imiona kobiet??). Że wojna światowa zaczęła się 42 dni temu bombardowaniem Afrin.</p><p>6. Chińczyk, którego imienia nie pamiętam. Zrobił mi ze sto zdjęć i nagrał filmik, na którym, jak prosił, złożylem życzenia noworoczne Chińczykom. Słabo znał angielski, a ja słabo chiński, więc mało pogadaliśmy.</p><p>7. Justyna. Niesamowita tłumaczka. Feminizująca aeistka, która przyjechała studiować teologię islamską do Stambułu i została na stałe. Rozmowa m.in. o Koranie i o feminizmie w islamie.</p><p> </p><p>Osobną kategorią jest rozmowa z całą grupą warsztatową o tym, jakie w Turcji są tematy tabu. Czy bardziej związane z seksem, czy np. z wiarą. Wychodzi, że bardziej seks. </p><p>Osobną kategorią jest też Monika Bulanda, perkusistka ze Starego Sącza, od niedawna obywatelka Turcji. ( - Wiesz, że grałam na perkusji u Michała Wiśniewskiego w &quot;Ich Troje&quot;? ) Ale głównie perkusistka jazzowa. Poza tym biegle mówi po chińsku i po turecku oraz maluje własną, przez siebe wymyśloną techniką obrazy, które wiszą w stambulskich galeriach. Kiedy weszliśmy do klubu jazzowego w centrum Stambułu, przywitano ją ze sceny przez mikrofon i zaproszono na dwa kawałki do perkusji. Monika mnóstwo rzeczy opowiedziała mi o Stambule i o życiu w Turcji. Poza tym oprowadziła po słynnym bazarze i pomogła kupić naprawdę super łakocie tureckie. Zaprowadziła pod dom, w którym zmarł Adam Mickiewicz, wzięła na spacer po niezwykłej, kurdyskiej dzielnicy i błyskawicznie pokazała trzy wystawy w galeriach sztuki. Jeśli natrafisz na tę notkę, Monika, to jeszcze raz publicznie mówię, że spotkanie z Tobą było niezwykłe.</p><p>Jakoś tak wychodzi na to, że facetów nie spotykałem prawie.</p><p>No jest Ferdi, który czuwał nad moim pobytem i organizował. I aktorzy z &quot;Taty&quot;, z którymi uściskaliśmy się gorąco na koniec bankietu.</p><p>To bardzo dobry spektakl, ten turecki &quot;Tato&quot;.</p><p>- Zawsze, kiedy zechcesz, masz tu swój dom - powiedziała Yesim na pożegnanie.</p> Nindża ożyli http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,10958.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,10958.html Sun, 18 Feb 2018 23:00:00 +0000 <p>Przerywam opowieść turecką, ponieważ wróciłem na premierę pierwszej mojej sztuki dla dzieci. W Opolskim Teatrze Lalki i Aktora Paweł Passini wyreżyserował opowieść pt. &quot;Zagubiony chłopiec&quot;. Dla dzieci od 10 roku życia, ale pięcioletniemu Mikołajowi też się podobało. To Mikołaj wymyślił, żebym napisał bajkę z wojownikami nindża. No i jest.</p><p>Duże obawy, żeby nie było, jak to często mi wychodzi, za skomplikowane. Upraszczałem, upraszczałem, podbijałem fabułę, żeby szła wartko. Kolejna wersja zaskoczyła. Ekipa zaakceptowała. Bardzo to było trudne. </p><p>No i jest. I pierwszy raz miałem dzieci na widowni i patrzyłem na ich otwarte buzie w trakcie spektaklu. Bardzo to jest fajne uczucie.</p><p>Pięknie to Paweł wymyślił. Chciałem napisać taką baśń, jakie sam kochałem w dzieciństwie. Żeby była podróż, żeby było mroczne, żeby były różne dziwne światy i niesamowite postacie. I tak to właśnie wygląda. No i kochani nindża!</p><p>Mikołaj był na próbie generalnej. Oswoił się z lalkami, z aktorami,widział, jak się szykują. Nindża Szuko zabrał go na spacer nad sceną, pod sufitem, między reflektorami, gdzie dzieje się część spektaklu. Bawił się lalką Chłopca. Pięć razy ostrzegano go, że ze skrzyneczki, koło której siedzi, w trakcie spektaklu poleci gęsty dym. Bawił się tym dymem, brał go do rąk, cieszył się. Przepiękną mieliśmy wyprawę. A nazajutrz, na premierę z Beatą i z Jasiem.</p><p>A potem Miko wymyślał, o czym mam napisać następną bajkę, którą chce zobaczyć w teatrze. Nexo knights? </p> Dom przy Hodża Ali http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,10900.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,10900.html Wed, 14 Feb 2018 23:00:00 +0000 <p>Mieszkanie przy ul. Hodży Alego. Maleńki, maciupeńki meczet u początków ulicy z mini-cmentarzykiem. Taka meczet-kaplica Hodży Alego. Hodża Ali był malarzem. Żył w XIX wieku. Uliczka wąska idzie stromo w górę. Te bardzo strome, wąskie ulice są charakterystyczne dla starego Stambułu. Codziennie obserwuję, jakie wymijanki, cofanki robią tu kierowcy. Wyższa szkoła jazdy. I trzeba być cierpliwym. Można tu ugrzęznąć na długo. I warto mieć dobry ręczny hamulec. Ruch jest dwustronny pomimo wąskości, a nie ma opcji, żeby minęły się tu dwa samochody. Więc jedno auto musi się wycofać, co, jak wiadomo, nie jest proste, jeśli z tyłu stoją trzy następne. Nie ma tu zwyczaju jednokerunkowych ulic, ciekawe.</p><p>Mnóstwo kotów. Pierwszy raz widziałem tak duże stado kotów patrolujące ulicę. Jest też trochę psów. Bałkańsko-wschodnim zwyczajem bezdomne psy rejestruje się i oznacza (mają klipsy w uchu) i puszcza się je wolno. Duże te psy, niektóre jak małe konie, ale z mordy poczciwe i łagodne. Raczej omijają ludzi. Koło Hodża Ali jest rzeźnik, który co rano rzuca im odpadki.</p><p>Pomyślałem, że tu jest granica pomiędzy światem wolnych psów i wolnych kotów. W Rumunii, Bułgarii są psy. W Iranie - zero psów, psy zakazane, tylko i wyłącznie koty. A tu jedne i drugie, choć koty w przewadze.</p><p>Przez szyby wystawowe obserwuję pracę szewca. Masę butów. Szewc na zydelku przy szewskim stole.</p><p>Ta dzielnica nazywa się Beyoglu. W innej jej cześci znajdują się tradycyjnie, od zawsze, placówki dyplomatyczne, konsulaty i mieszkania żyjących w Stambule obcokrajowców. W tej części konsulatów nie ma, ale jest sporo obcokrajowców, przeważnie ze wschodu. Zachód przestał przyjeżżać do Stambułu po ostatnich zamachach terrorystycznych. Najpierw nastąpiła kompletna zapaść. Nic. Żadnych turystów. Potem lukę zapełnił wschód. Dziś do Stambułu nie przyjeżdżają już Francuzi, Niemcy, Anglicy, Amerykanie, ale Irańczycy, Chińczycy i oczywiście Rosjanie.</p><p>Przed drzwiami do mojego stambulskiego domu jest piękne graffitti z kotami. Dom jest stary.A ponieważ jest koło bizantyjskiej wieży Galata, zastanawiam się, kto tutaj mieszkał w czasach Konstantynopola. Na pewno coś tu stało i ktoś tu swoje myśli, echo swoich kroków zostawił i z tamtych czasów.</p><p>Z wąskiej ulicy wchodzę w wąziutką klatkę schodową. Minąć się na tych schodach z kimś schodzącym z góry byłoby niełatwe. Pierwsze piętro. Na stole czeka na mnie, pozostawiona tu w prezencie dla mnie przez gospodarzy, butelka tureckiego wina i butla wody mineralnej. Słychać odgłosy z ulicy i głosy z sąsiednich mieszkań. I miauczenie kotów. </p>