blog.bielsko.pl arturpalyga.blog.bielsko.pl | Artur Pałyga arturpalyga.blog.bielsko.pl | Artur Pałyga http://www.blog.bielsko.pl/ pl-pl Fri, 29 Dec 2017 23:00:00 +0000 Fri, 29 Dec 2017 23:00:00 +0000 5 Rok http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,10357.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,10357.html Fri, 29 Dec 2017 23:00:00 +0000 Podsumowanie roku<p>Osiem premier. W tym po raz pierwszy reżyseria. Dziwiąta - do tekstów nastolatków, po warsztatach, które współprowadziłem. Miesiąc w Stanach, miesiąc w Toskanii i wypad za Ural, do Jekaterynburga. No i Fabula Mundi. I antologia z pięcioma sztukami. I piosenki, które będą wydane na płycie.</p><p>W styczniu głowa jeszcze pełna Teheranu, tego nowego, nieznanego świata, który się tak zaskakująco ciekawie otworzył przede mną, wciągnął, zamieszał. I intensywna sytuacja kończenia dwóch dużych tekstów naraz. I to tak się złożyło, że obie na inauguracje nowych dyrekcji. Wielka premiera sztuki &bdquo;Rewizor. Będzie wojna&quot; w Teatrze Ludowym w Nowej Hucie, w reż. Małgorzaty Bogajewskiej, która właśnie objęła dyrekcję Ludowego. I wielka premiera &bdquo;Klątw&quot; w Teatrze Osterwy w Lublinie w reż. Marcina Libera, na początek dyrekcji Doroty Ignatjew. W Krakowie pierwsze rozmowy o antologii.<br />Wspomnienie: nabita po brzegi widownia Ludowego podczas premiery, z ludźmi siedzącymi na schodach i stojącymi pod ścianami, i potem ścisk i tłum ogromny w trakcie bankietu.</p><p>Luty<br />Pisanie &bdquo;Dybbuka&quot; podczas prób. Niezwykła, piękna praca. Moja ukochana mała scena, gdzie próbowaliśmy zabrzmiała muzyką Pawła. Improwizacje. Gadanie z Pawłem Janystem i Pawłem Passinim w pokoju przy Kołłątaja. Rajd z Pawłem i Patrycją po nocnym Bielsku, Straconce przez Przegibek nad jezioro. Z Pawłem i Patrycją w podwórzu przy 11 Listopada 63. Śmiech Kazia Czapli. Wizyta w Gminie. Znalezione papiery. Rozmowy z Jackiem Proszykiem. Rozminięcie się. Melodia z bielskiego getta.</p><p>Marzec<br />Premiera &bdquo;Dybbuka&quot;. Tańce popremierowe. Iran w głowie. &bdquo;CzytającLolitę w Teheranie&quot; na klubie czytelniczym. Intensywne i pełne wejście od razu w &bdquo;Pannę Nikt&quot;. Trzy dni po premierze &bdquo;Dybbuka&quot; pierwsza próba w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu. Ciężko, ciężko, ciężko. Autorska adaptacja z dodatkami. Tryzna zgadza się na wszystko. Dokładam swojego bohatera, pana Nikt. Jeżdżenie do Wrocławia. Jurorowanie na Przeglądzie Piosenki Aktorskiej równolegle z próbami. Pierwszy raz na gali PPA. Kiedyś to byłoby marzenie - być na gali PPA i to jako juror! Na jam session śpiewam i gram z ekipą, raz się udało! Uścisk dłoni z Leszkiem Możdżerem, kolegą z jam session.<br />Kończenie &bdquo;Muzułmanów&quot; dla mojego Teatru Śląskiego. Niesamowite, ale tuż przed resetuje mi się dysk i wszystko znika. Wszystko! A za chwilę pierwsza próba. Skrajnie nerwowa sytuacja. Na krawędzi świata. I jak to na krawędziach: próba, kto jest kim. Pęknięcie totalne między mną a PR. Jakimś adrenalinowym skokiem odtwarzam błyskawicznie całą sztukę.</p><p>Kwiecień<br />Próby do &bdquo;Muzułmanów&quot;. Próby do &bdquo;Dada&quot;. Wielka premiera &bdquo;Panny Nikt&quot; i zaskakujące, niesamowite, piękne przebudzenie spektaklu na drugiej generalnej. Nagle woda popłynęła w misternie budowanych rurach, krew w żyłach. Zadziałało! Kasia Pietruska - wulkan! Poczucie spełnienia. Po premierze rozmowy z Elą Manthey o &bdquo;Wilku&quot;. Jurorowanie na offie w Tychach.</p><p>Maj<br />Premiera &bdquo;Muzułmanów&quot;. Kameralna i z poczuciem, że można było dalej iść, gdyby nie pęknięcie. Ale że trzyma poziom.<br />Piszę piosenki na jubileusz Teatru Lalki i Aktora w Opolu. Koncert jubileuszowy z tych piosenek. Sambor Dudziński wykonuje. To mój dorosły debiut, jako tekściarza. Wcześniej, kiedyś, jako nastolatek.<br />Gdynia i festiwal Raport. Regeneracja.<br />Czerwiec<br />Rowerek dla Mikołaja, wyjazdy w góry rodzinne, chodzenie na basen, czas wspólny. Rozpoczęcie prywatnych, własnych studiów filozoficznych. Plus cykl historii kina. Dużo czytania. Przygotowania do amerykańskiej podróży.</p><p>Lipiec<br />Z Jasiem do Kaliforni. Los Angeles, ocean, wszystkie plaże LA, Beverly Hills, dzielnica filmowa, Hollywood, Joshua Tree, pustynia Mojavee, tam mieszkamy. Teatr Tekstu w Landers. Teatr Tekstu w Los Angeles, w galerii Vienna Woods. Palm Springs. Amerykańskie muzea. Wyjazd do Arizony. Wielki Kanion. Czerwone skały. Rzeka Colorado. Indianie. Rozmowy z Apaczami. Wystawa Fridy Kahlo w Phoenix. Lot nad oceanem.</p><p>Sierpień<br />Z Beatą i z dziećmi do Toskanii. Mieszanie w Pizie w średniowiecznej kamienicy, w samym centrum Starówki, nad rzeką Arno, dwa kroki od Krzywej Wieży. Sny o pokoleniach poprzednich mieszkańców. Florencja, Siena, San Gimignano, Lukka, objeżdżanie Toskanii, Alpy Apuańskie.</p><p>Wrzesień<br />Nie pamiętam, co robiłem we wrześniu. Na pewno miałem próby dada. Na pewno prowadziłem zajęcia Szkoły Pisania w Katowicach. Na pewno pisałem &bdquo;Uchodź&quot; dla Strefy i jeździłem do Warszawy.</p><p>Październik<br />Pogrzeb babci Władzi w Zamościu.<br />Jekaterynburg. W teatrze Nikołaja Kolady prapremierowe czytanie performatywne &bdquo;W promieniach&quot; - monodramu o Marii Skłodowskiej-Curie. Długa dyskusja po. Odkrywanie zauralskiej metropolii. Rozmowy, rozmowy. Piszę &quot;Tancerkę&quot;.</p><p>Listopad<br />Kończę 46. Piszę &bdquo;Uchodź&quot;. Robię pierwszy teatr tekstu w Katowicach. W Istambule trwają próby do &bdquo;Taty&quot;. Jurorowanie na Katowickiej Rundzie Teatralnej.<br />Początek projektu Fabula Mundi.<br />Kończy się redakcja antologii.</p><p>W Opolu premiera &quot;Tancerki&quot; inspirowanej opowiadaniem Olgi Tokarczuk, wyreżyserowany przez Mariolę Ordak-Świątkiewicz monodram w wykonaniu Basi Lach. </p><p> </p><p>Grudzień<br />Znów kumulacja. Szalona zupełnie. Premiera prasowa spektaklu Dada tego samego dnia, co premiera &bdquo;Taty&quot; w Istambule. Rezygnuję z zaproszenia do Turcji i z prowadzenia warsztatów w Istambule. Z żalem ogromnym, ale rezygnuję. Nie będę na tureckiej premierze. &bdquo;Dada&quot; to moja pierwsza reżyseria. Nie mogę ich zostawić. Zamiast popremierówki w Istambule, impreza u Emilii. Bardzo przyjemnie.<br />Na zlecenie Filharmonii Śląskiej zrobiłem, pisałem ją w listopadzie, adaptację &bdquo;Diabłów i aniołów&quot; Waldorffa. W trakcie pracy zorientowałem się, że to w zasadzie jednorazowa rzecz. Do jednorazowego performatywnego czytania. No ale zrobiłem. Mateusz Znaniecki wyreżyserował. Przyszło siedem osób. Niesamowite przeżycie, kiedy aktorzy dla tej siódemki dali z siebie wszystko. Najdziwniejsza praca, jaką wykonałem w życiu.<br />Pisanie i próby w Strefie Wolnosłowej zakończone premierą w Teatrze Powszechnym w Warszawie sztuki z aktorami polskimi i irańskimi pt. &bdquo;Uchodź! Krótki kurs uciekania dla początkujących&quot;. To też niezwykła rzecz. Kilkanaście taksówek z widzami mknących z Powszechnego do mieszkania na Pradze, gdzie to gramy - wspaniałe przeżycie. Że nie wspomnę o reszcie...<br />Parę opowiadań moich o Bielsku opublikował &bdquo;Kalendarz Beskidzki&quot;.</p><p>Zakończenie warsztatów na Marymoncie związanych z &quot;Wilkiem&quot; Hłaski. Na podstawie tekstów pisanych przez młodych pod moją i Sandry Szwarc opieką, powstaje sztuka &quot;Człowiek człowiekowi wilkiem a zombie zombie zombie&quot;, której premiera zagrana została w Instytucie Teatralnym.</p><p>Koniec roku upływa gorączkowo na pisaniu baśni. Pomysł na baśń wymyślił Mikołaj. Będzie grana w Teatrze Lalki i Aktora w Opolu. Pierwsza próba - 3 stycznia. Jeszcze nie mam finału. Sylwester z klubem czytelniczym. Madaleine Thien, &bdquo;Nie mówcie, że nie mamy niczego&quot;. Bardzo dobra książka.</p> 71217 http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9983.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9983.html Thu, 07 Dec 2017 23:00:00 +0000 <p>Pospałem. Porąbałem drewno na szczapki. Pojechałem na dworzec. W trakcie zorientowałem się, że będę wracał z Warszawy w piątek na próbę Dada do Katowic, która zacznie się o 22.00, więc skończy się po północy, więc nie ma czym wrócić, więc muszę autem do Katowic i tam je zostawić. OK. Jak rzadko, droga do Kato bez korków. Cud. Zdążyłem jeszcze być w Śląskim, załatwić sprawę nagrywania Dada, załatwić sprawy inne i zajść do ulubionej mojej katowickiej księgarenki PWN, i kupić &quot;Świt narodów europejskich&quot; Zientary.</p><p>W pociągu do Warszawy przy stoliku w Warsie razem z ludźmi wracającymi z jakiejś imprezy handlowej. Marketingowo-handlowe rozmowy. Strasznie utyskiwali na zaostrzenie przepisów o ochronie danych osobowych. Czytanie &quot;Świtu narodów&quot; w pociągu i pisanie baśni. Pieszo z Centralnego do Teatru Narodowego. Szybciej pieszo, bo zakorkowane. W kawiarni przy teatrze szybkie zajęcia z dwójką uzdolnionych młodych nastolatków. Potem premiera w Narodowym. Piotr Cieplak zaprosił. W jego reżyserii &quot;Elementarz&quot;. Wystawić udramatyzowany elementarz Falskiego to jest wyzwanie! Dziwne, odjechane przedstawienie z pięknymi fragmentami. Niebezpieczeństwo odliczania czasu w teatrze. Robienie kolejnych literek od A powoduje odliczanie czasu. Że już G, już K, już Ł i że mniej więcej jesteśmy w połowie. Niebezpieczne zabawy z percepcją widza, stąpanie na krawędzi. Bałbym się. Ale bezkompromisowość jest ok.</p><p>Pierwszy raz na bankiecie w Narodowym. Fajnie, bo w bufecie można palić, mają wydzielone. Towarzystwo bankietowe teatralno-narodowe. Aktorzy, których w dzieciństwie oglądałem w znanych filmach, aktorzy, których twarze są częścią mnie wrośniętą w dzieciństwie. A teraz bankietujemy sobie razem. To trochę jak bankiet w gronie postaci z własnej wyobraźni. Jan Englert mówi, że Narodowy jest wyspą, że dopóki można, dopóty Piotr Cieplak będzie na tej wyspie robił, co będzie chciał. Jak prawie wszędzie teraz, lekkie klimaty typu -Berlin trzydziestych lat-. Spotkanie z Piotem i z Andrzejem zawsze dobrze robi. Podziękowałem Dominice Kluźniak za jej rolę w &quot;Żydzie&quot;. Warto było, żeby zobaczyć ten uśmiech. No i już. Nie moja premiera, nie ma co balować, a jutro praca. Na Krakowskie Przedmieście. Koło obecnego domu państwa Dudów. I do Alicji i Łukasza pogadać trochę i spać. Od rana próba w &quot;Powszechnym&quot;.</p> 6.12.17 http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9961.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9961.html Wed, 06 Dec 2017 23:00:00 +0000 <p>Spać poszedłem przed szóstą rano. Pisałem scenę dla Strefy - Kurs uciekania dla początkujących. Oraz baśń dla Opola. Pisałem? W zasadzie samego fizycznego procesu pisania było malutko. Większość to myślenie, czytanie, bezmyślne patrzenie przed siebie, wiercenie się, łażenie itd. I tak do szóstej. Kiedy zasypiałem, słyszałem dzwonek budzika B.</p><p>O 10.45 zadzwonił Filip Frątczak, że przyjechał do Bielska spotkać się ze mną, że czeka w kawiarni na dworcu. No tak, byliśmy umówieni. No tak, prawie pięć godzin snu, spoko. Szybko się zebrać i jechać na dworzec. Filip pierwszy raz w Bielsku. Starówka. Mówi, że ładnie. Siedzimy do czternastej dwadzieścia w knajpie na starówce przy kolejnych kawach i obgadujemy projekt teatralny w Burkina Faso na 2019 rok. Jeśli to wypali, to będzie niezwykłe!</p><p>Odwożę Filipa na dworzec i wracam do domu, marząc o drzemce. Telefon od Ani Augustynowicz. Robi mój tekst &quot;Rewizor. Będzie wojna&quot; w warszawskiej Akademii Teatralnej.</p><p>Rozluźniająco gram w szachy w internecie. Ogrywam gościa z Azerbejdżanu dwukrotnie. Na chwilkę przysypiam. I już trzeba jechać po Mikołaja do przedszkola. Dziś ma imieniny. I Mikołaja ma. W przedszkolu rozdawał cukierki. Jedziemy do cukierni po ciastka, bo przyjdą goście. Przychodzą goście, przychodzi święty Mikołaj, zostawia otwarte okno. Mikołaj wypatruje go przez szybę w oknie, ale już go nie widać. Spieszył się.</p><p>Wyrywam się z imprezy i lecę do Książnicy. Obiecałem Janowi Pichecie, że będę na spotkaniu promocyjnym &quot;Kalendarza Beskidzkiego&quot;, w którym jest kilka opowiadanek moich bielskich. Wpadam na chwilę i gadam o wszystkim i o niczym przez parę minut. W gadaniu nie jestem dobry, niestety. Choć pracuję nad tym.</p><p>Bielskie klimaty. Klimaty bielskich spotkań. Dawno je czułem. Wróciły. Poznaję te twarze, od lat te same. Tak jakby grono bywalców takich spotkań nie zmieniało się. Jakby lata temu powstało takie grono i ono teraz zawsze przychodzi. Jak klub. Reprezentacja Bielska-Białej. I czuję, że jestem z zewnątrz. Że jestem z tych spotkań warszawskich, międzynarodowych, jakichś tam, skądś tam, z zewnątrz. Kiedyś z zewnątrz, bo z osiedla, ze szkoły, bo za młody. Teraz z zewnątrz, bo z zewnątrz, spoza towarzystwa.</p><p>Fenomen &quot;Kalendarza Beskidzkiego&quot;. Zaczytuję się w tekstach o detalach na bielskich kamienicach, o pszczółkach na Ratuszu. Dlaczego pszczółki? Bo to była Kasa Oszczędności.</p><p>Miododajnia. Miasto jako miododajnia. Kto to napisał? Ewa Janoszek. No tak. Ładne.</p><p>Wyrywam się z promocji Kalendarza i pędzę do domu.</p><p>- Masz baterie? - pyta Mikołaj. No tak, dostał zabawkę bez baterii. Powrót do sklepu. Są baterie. Powrót do domu. Spać się chce, ale trzeba pisać baśń. Odwlekam, odwlekam. Poleżeć. Jeszcze w szachy. Umyć Mikołaja, poczytać mu. W szachy. Kawałek filmu. Końcówka &quot;Towarzyszy broni&quot; z 1937. Jeszcze kawa. Czekam, aż dojrzeje, aż wystrzeli, aż pójdzie. Senność na szczęście powoli się rozmywa. Alicja pozwala mi nie przyjeżdżać jutro do Warszawy z samego rana na próbę. Tzn próba od 11.00, ale musiałbym wstać o szóstej, czyli nie wiem, czy bym spał w ogóle. Więc mogę w południe wyjechać, ok. W pociągu pisać, pisać, pisać... </p> Okno na Plac Defilad http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9912.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9912.html Sun, 03 Dec 2017 23:00:00 +0000 <p>Wpadłem do restauracji Inny Wymiar przy Świętokrzyskiej pod koniec uroczystej kolacji. Przyjechałem do Warszawy prosto z próby Dada mojej Dada Trupy, z Katowic. Nie bardzo wiedziałem na co jadę. Ania pisała do mnie, owszem, nieraz na ten temat, ale nie czytałem uważnie. Kiedy jest dużo pisania, mam problem z czytaniem maili. Zwykle te maile czegoś ode mnie chcą, więc odwlekam, odwlekam, odwlekam, przelatuję wzrokiem. Wykonałem to, co trzeba było wykonać. Wysłałem, co trzeba było wysłać, przyjechałem, kiedy trzeba było przyjechać. Ale nie wgłębiałem się w treść załączników.<br />W paru zdaniach wyjaśniła mi to Aldona na papierosie. Okazało się, że to czteroletni projekt, który właśnie się zaczął i w który zaangażowanych jest ileś krajów europejskich. Z każdego kraju jest grupka dramatopisarzy, których zaproszono do udziału. Generalnie chodzi o to, że mamy się wymieniać i rozpowszechniać poprzez przekłądy sztuk, realizacje, rezydencje, warsztaty etc. Okazało się, że po kolacji udaję się do Pałacu Kultury i Nauki, ponieważ tam mieszkam. Ponieważ tam mieści się Teatr Dramatyczny, który posiada pokoje gościnne. Z Przemkiem usiedliśmy jeszcze w Kulturalnej obgadać, w czym się właściwie znaleźliśmy. Przemek mówił miłe rzeczy, jak to zaczęła się dla niego przygoda tak zwana z teatrem od warsztatów, któreśmy z Gośką prowadzili w warszawskim Powszechnym.<br />W Pałacu Kultury na portierni pobrałem klucz i udałem się windą na trzecie piętro, do pokoju 425, gdzie spędziłem kolejne kilka nocy. Z oknem na Plac Defilad. Dziwny zapach. Jakby grzyba, czy co. Przez cały pobyt mój tam wracała opowieść o pokoju Stalina. Otóż szykowano w Pałacu pokój dla Stalina, tuż przy lożach Teatru Dramatycznego. Stalin nie zdążył w nim zamieszkać, bo umarł. I pokój wciąż czeka. Ale nikt nie wiedział, który to pokój. I że może właśnie ten mój znów się nie doczekał i dlatego wydaje taki dziwny zapach.<br />Nazajutrz mieliśmy prezentacje oraz kolację w knajpie na Woli, gdzie są malunki Darka Paczkowskiego. W następne nazajutrz z okna oglądąłem życie polityczne kraju w postaci manifestacji w miejscu samospalenia Piotra Szczęsnego. Przyjechały wozy policyjne, ale stały tylko. Poza tym dzień był trudny, bo po uprzednich prezentacjach naszych przed dyrektorami teatrów Europy, mieliśmy spotkania indywidualne. Wyglądało to tak, że siedziałem przy stoliku z napisem ARTUR PAŁYGA, i kolejno podchodzili do mnie dyrektorzy teatrów Europy. Każdy przez pół godziny rozmawiał ze mną po angielsku, zadawał pytania i notował, po czym przechodził do następnego stolika. Tak było od godziny dziesiątej do siedemnastej. Czułem się potem, jakbym miał wydrenowany mózg, ale też nie mogłem sobie znaleźć miejsca, dlatego poszedem jeszcze z Claudią i Wernerem na spacer. Chcieli, żeby ich zaprowadzić na starówkę.<br />- Ale wiecie, warszawska starówka jest w zasadzie poza miastem, w sensie że nikt normalny tam nie chodzi.<br />- To gdzie jest centrum Warszawy?<br />- Warszawa nie ma centrum.</p><p>No ale poszliśmy przez te empty spaces na tę pustą i zimną starówkę. Tłumaczyłem Wernerowi z Berlina, dlaczego w Warszawie nie ma prawdziwej starówki, bo nie wiedział. W jedynej czynnej knajpie, u Magdy Gessler, o dwudziestej trzeciej poproszono nas o wyjście, bo już zamykają, a jesteśmy jedynymi klientami. </p><p>Następnego dnia była konferencja prasowa. Siedziało nas za stołem może dziesięciu. Przyszedł jeden dziennikarz. Opowiedzieliśmy mu, każdy po trochę, o projekcie. Nazywa się to fabula mundi, jakby ktoś chciał sprawdzić.</p><p>Po czym kończyłem tekst polsko-irański dla Strefy Wolnosłowej. Wieczorem myślalem, że pójdę sobie do kina w Pałacu Kultury, które miałem przez ścianę, ale zasiedzieliśmy się z Alicją, omawiając tekst i próby, które zaczynały się dnia następnego. Przyszedł dzień następny, konkretnie piątek, 1 grudnia i w Teatrze Powszechnym, na dole, w Stole Powszechnym. mieliśmy pierwsze czytanie całego tekstu. Tytuł brzmi: &quot;Uchodź! Krótki kurs uciekania dla początkujących&quot;. To finał projektu, który trwał 2 lata i w ramach którego rok temu byłem w Iranie.</p><p>Wieczorem tego dnia spotkałem się z Olą w ramach projektu Wilk. Młodzi piszą adaptację &quot;Wilka&quot; Marka Hłaski,a ja im w tym pomagam.</p><p>W Istambule za chwilę premiera mojego &quot;Taty&quot;. W Jekaterynburgu mają się zacząć próby do &quot;W promieniach&quot;.</p><p>Przysłano mi do ostatniego wglądu antologię sztuk moich. Ma wyjść na dniach. </p><p>Nie pojadę do Turcji na swoją premierę, chociaż zapraszali, fundowali bilety lotnicze i trzydniowy pobyt. Nie pojadę, bo dokładnie tego samego dnia, 9 grudnia, w Katowicach mamy premierę prasową &quot;Dada z łasiczką&quot;. Nie mogę mojej trupy zostawić. No trudno.</p><p>Zaczynam pisać baśń dla dzieci dla opolskiego Teatru Lalki i Aktora. O wojnie. Właśnie baśń, a nie bajkę.</p><p>Jacek Proszyk, który, jak się okazało, jest redaktorem Wikipedii zadzwonił do mnie, że chce mnie w niej umieścić. I zrobił wspaniałą i imponującą wiki notę. Naprawdę jest znakomita! Z pięknym zdjęciem Anity Szymańskiej. Dziękuję!<a href="https://pl.wikipedia.org/wiki/Artur_Pa%C5%82yga" target="_blank" title="Wikipedia"></a></p><p style="display: inline !important"> </p><p><a href="https://pl.wikipedia.org/wiki/Artur_Pa%C5%82yga" target="_blank" title="Wikipedia">https://pl.wikipedia.org/wiki/Artur_Pa%C5%82yga </a></p><p> </p><p>Niedziela w domu. Z dziećmi poszedłem na Zamek. Zatrzymaliśmy się na dłużej w salce-zbrojowni oraz w sali najwcześniejszej bielskiej historii. Jedna gablotka z rzeczami wykopanymi na grodzisku. Przejrzysta makieta. Taka prosta droga łączyła stare miasto z grodziskiem. Szlak solny. Z wiekiem się trochę poskręcała.</p><p>Potem Delicje. Potem BWA i Bielska Jesień. Mikołaj szalał między obrazami. Potem w domu obejrzeliśmy sobie na ścianie &quot;Planetę skarbów&quot;. Za oknem zima jak z bajki.</p><p>Jest 4.30 i trudno mi już zasnąć wcześniej.</p><p>Poniedziałek - dniem bez odbierania telefonów, smsów, maili, bez fejsbuka, bez wyjeżdżania. Tylko skupienie i pisanie. I dom. </p> Bielski packman http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9812.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9812.html Sun, 26 Nov 2017 23:00:00 +0000 <p>Z góry wyraźnie widać. W środku Bielska tkwi wielki packman. Pewnego dnia, gdy na Palenicy znów zapłonie ogień, i zabrzmi róg, packman obudzi się i zeżre wszystko.</p><p>Wczoraj z dziećmi włóczyliśmy się po grodzisku bielskim. Dziwne to miejsce. Dla wtajemniczonych. Dla niewtajemniczonych to zwykła łączka, gdzie ludzie psy wyprowadzają. Nawet na kościele ewangelickim, na którym jest tabliczka z informacją, że zabytek, nie odnotowano, że stoi na terenie średniowiecznego grodziska, jednego z najlepiej zachowanych w Polsce. Jeśli ktoś nie wie, że dookoła była fosa z podwójnym wałem ziemnym i palisadą, nie domyśliłby się. Ale jak się już wie, to wyraźnie widać.</p><p>Kiedy szukaliśmy jakichkolwiek znaków po dawnych chatach i po małej hucie żelaza, która tu była, dawny majdan obsiadły wrony w rzadko spotykanej w centrum miasta ilości. Wielkie stado wron siedziało tam, gdzie według planów było główne, publiczne miejsce, plac, i patrzyło na nas. Mikołaj powiedział, że to są ci ludzie, którzy tu mieszkali.</p><p>Wielu ich tu podobno nie mieszkało. Piszą, że najprawdopodobniej było to miejsce ucieczki. W przypadku zagrożenia, ludzie z okolicy zbierali się tutaj, za wałami. MIeli tu zapasy żywności i broń oraz możliwość wytopu żelaza na nową broń. Gadamy z J. o tym, jak to tu mogło wyglądać, jak się mogli bronić, że drzew nie było, gdzie musiała być brama wjazdowa itd. Drzewa na palisadę ścięto po 1251 roku. Podobna, jak tu, wkopana w ziemię chata z wejściem poniżej pozomu ziemi, odkryta przy obecnej ulicy Wzgórze, już wtedy stała. Więc najpierw przy Mikołaju, a potem tu. A może równolegle, tylko palisadę zrobili później.</p><p>Jak zmieniłaby miasto rekonstrukcja grodziska? Średniowieczny skansen w samym centum? Ożywiany, jak Biskupin przez tzw. żywą archeologię. Połączony z dawną strażnicą na Palenicy tak jak w czasach jego istnienia, jako jedna całość.</p><p>A może lepiej nie zadeptać tego miejsca, nie zmeniać w skansen? Może ciekawsze właśnie takie zostawione, taka łączka ze ścieżkami wydeptanymi przez okolicznych właścicieli psów i stadem wron. Takie wronisko.</p><p>- To jest packman - powiedział J., kiedy oglądaliśmy zdjęcia grodziska. - Bielski, średniowieczny packman. Pierwowzór.</p><p>Rzeczywiście. Packman jak żywy. Toma Hanksa by to zaciekawiło. </p><p> </p><p> </p><p>Dziś na premierze w Banialuce z Mikołajem. Świetne, energiczne, radosne, pełne wdzięku i piękne &quot;Smacznego, proszę wilka!&quot; Marty Guśniowskiej.</p><p>A potem do Katowic na próbę dada. Jutro czytanie &quot;Dyrygentów&quot; w Śląskim. Wieczorem do Warszawy na fabulamundi, spotkanie międzynarodowe dramatopisarzy, trzydniowe.</p> 46 http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9611.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9611.html Tue, 14 Nov 2017 23:00:00 +0000 <p>Skończyłem zatem 46 lat i nie ma co kryć, do młodzieżówki już mnie nie przyjmą.</p><p>Dzień spędziłem w domu, wychodząc tylko po Mikołaja do przedszkola, a potem razem z nim do sklepu z zabawkami, bo sobie uskładał na dawno wytęsknione lego.</p><p>Potem po chleb. M. wybrał ciasteczka. Tokaj do domu.</p><p>Na blacie cały dzień leżała kartka z życzeniami i narysowanym sercem od Beaty.</p><p>Jasiek dowiedział się, że się nie się do następnego etapu olimpiady z historii, ale jak na niedostanie się miał niezły wynik, więc chce za rok próbować znów. Rozmowy o jego przyszłości, o planach.</p><p>Kilka telefonów z życzeniami, smsy i, wiadomo, masę fejsbukowych przez cały dzień.</p><p>Skończyłem &quot;Burzę&quot;. Chyba po raz piąty w życiu. Za pierwszym razem, jako dwudziestoparolatek, nie wiedziałem z niej nic. Tzn. błaha intryga i to wszystko. I kompletnie nie rozumiałem, o co chodzi z tą jej wielkością, czemu taka sławna. Podobnie po trzydziestce, choć wtedy mnie już zaciekawił Prospero i Ariel. Potem, kiedy zobaczyłem Warlikowskiego &quot;Burzę&quot;. No to już było pełne wątpliwości, niejednoznaczności. Potem wspólne czytanie na teatrze tekstu, Darek je filmował. Męczące było, długie i w sumie takie sobie. No i pamiętam Kleczewskiej &quot;Burzę&quot; i niedawno Dudy-Gracz.</p><p>I teraz po lekturze Margaret Atwood powieści na motywach &quot;Burzy&quot; pt. &quot;Czarci pomiot&quot;. Przeczytałem sobie całą prawie na głos. Jest jak wino. Im starsza, tym lepsza, tym bogatsza, tym więcej w sobie mieści niuansów i treści.</p><p>Porównywałem różne tłumaczenia słynnej frazy Prospera, że nasze małe życie z tej samej materii, co sny jest zrobione, i sen je otacza.</p><p>Barańczak twórczo przetwarza, traci sensy i dodaje nowe. Dodaje, że to przerwa jawy między dwoma snami. Nic takiego nie ma u Szekspira, ale dobrze brzmi. Najwierniejszy jest, o dziwo, dziewiętnastowieczny przekład Paszkowskiego. On prawidłowo rozgranicza marzenia senne, które są z tej samej materii, co nasze małe życie oraz sen w sensie spania, które okala nas jak byśmy byli na wyspie.</p><p>No wglębiłem się w to trochę w środku urodzinowego dnia.</p><p>Poza tym mam w czytaniu monografię bielską, tom pierwszy. Trzeba bylo ją w końcu napocząć. Oraz &quot;Historię życia prywatnego&quot; - ponowne czytanie po latach - tom pierwszy, Karolingowie, dziś - śmierć i zaświaty. Tak wyszło. I &quot;Nowa perspektywa&quot; - popularnonaukowa fizyczna. Dziś o kwantowej świadomości. Czy fotony są nośnikami preświadomości. Bardzo ciekawe.</p><p>I film skończyłem. Z 1936 - &quot;San Francisco&quot; z Clarkiem Gable i Spencerem Tracy. Katastroficzny. Miasto idzie w gruzy, a ocaleni, bezdomni mieszkańcy z pieśnią na ustach, wesoło idą je odbudowywać. Nie wierzmy we wróżby. Nie wierzmy w zabobony. Nasze sny to zwierciadło naszych lęków, a nie nadprzyrodzony komunikat z przyszłości. Podobnie z rzeczami, które się zdarzają i coś się wydają znaczyć, wieszczyć, oznajmiać, ostrzegać.</p><p>W pisaniu - &quot;Uchodź!&quot; - tekst irański.</p><p>Trwają ostatnie próby w Teatrze Lalki i Aktora w Opolu do monodramu &quot;Tancerka&quot;. W sobotę premiera. </p><p>Trwają próby w Istambule, w teatrze Galata Perform. &quot;Tato&quot;. Po turecku &quot;Baba&quot;.</p><p>Mają lada moment zacząć się próby &quot;W promieniach&quot; o Marysi Skłodowskiej w Jekaterynburgu w Teatrze Kolady. </p><p>W sobotę robię pierwszy teatr tekstu w Katowicach. Dzisiaj mam mowić o tym w telewizji.</p><p>W czwartek jadę do Opola. W piątek do Warszawy. W sobotę do Katowic.</p><p>Na początku grudnia do Istambułu, gdzie po premierze prowadzę warsztaty.</p><p>Tak to wygląda na przełomie 46 i 47. </p><p>Bardzo ok po jurorowaniu na Katowickiej Rundzie Teatralnej. Satysfakcja, że z Weroniką Szczawinską i Agatą Dudą-Gracz w werdykcie zwróciliśmy uwagę na zło.</p><p>- Bo chodzi o to, żebyśmy jutro, jak się obudzimy, mogli bez wstydu spojrzeć w lustro - powiedziała Agata.</p><p>I niech to przyświeca! </p> razgawory http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9575.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9575.html Sun, 12 Nov 2017 23:00:00 +0000 <p>Po jurorowaniu na Katowickiej Rundzie Teatralnej spacer z dziećmi i Beatą z Bystrej zielonym w stronę Klimczoka. Trochę grząsko. Doszliśmy do granicy śniegu i powrót w zapadającym powoli zmroku.</p><p>Tymczasem trzeba by coś jeszcze o Rosji.</p><p>Po premierze &quot;Miss HIV&quot; mieliśmy mały bankiet, Kolada skoczył po koniaki. Koniaków się dużo pije w Jekaterynburgu. Postanowiłem spokojnie i bez napinki przeprowadzić pierwsze rozmowy na trudne tematy. </p><p>A zatem:</p><p>1. Ludzie, jeżeli w ogóle się interesują mają świadomość, że stosunki polsko-rosyjskie są tak złe, jak dawno nie były. - To wina władz - mówią.</p><p>2. Nie mają poczucia, że ludzie teatru są represjonowani. Przypadki zamykania w więzieniach tłumaczą indywidualnie, że każdy siedzi za innego rodzaju malwersacje czy afery. I generalnie, że to sprawy nie związane z polityką. Są to, wedug tego, co mówią, nieliczne przypadki. Teatry poza tym działają normalnie i grają bez przeszkód krytyczne sztuki polityczne.</p><p>3. Wojna na Ukrainie jest według nich wojną domową. Być może rosyjskie władze w tej wojnie mieszają, ale Zachód też w niej miesza. Poza tym między Rosjanami i Ukraińcami wsjo w parjadkie. Mnóstwo Ukraińców przyjeżdża tu do pracy, również do Jekaterynburga. Osobiście spotkałem kilkoro (w tym jedną w teatrze Kolady) i z dwoma rozmawiałem. Oni również nie uważają, żeby to była wojna ukraińsko-rosyjska i w ogóle miałem wrażenie, że razi ich słowo -wojna- w odniesieniu do tej sytuacji. Natomiast komunikują, że pogarsza się sytuacja ekonomiczna. Mówią, że nie czują żadnych napięć z racji, że są Ukraińcami w Rosji.</p><p>Temat ukraińskiego konfliktu podobno teraz wśród ludzi tam prawie w ogóle nie istnieje.</p><p>- Nie bardziej niż dla Polaków tląca się wojna w Afganistanie - tłumaczy mi Denis.</p><p>- Ale Afganistan jest bardzo daleko od Polski - mówię.</p><p>- Dla większości Rosjan Ukraina też jest bardzo daleko - mówi jekaterynburżanin.</p><p>- Ale graniczy z Rosją?</p><p>- A kto nie graniczy z Rosją?</p><p>4. Sprawa Krymu. Tu chyba jest silny podział. Nierówny podział.</p><p> - Wielu ludzi protestowało przeciw aneksji Krymu - mówią. - Ale część dopiero przy tej okazji dowiedziała się, że Krym należał do Ukrainy, bo byli przekonani, że do Rosji.</p><p>Dla większości to tak naturalne, że Krym jest rosyjski, zawsze był rosyjski i tyle. Chruszczow coś namieszał, Putin naprawił.</p><p>W sklepie można kupić koniak &quot;Russkij Krym&quot;. Nie kupiłem.</p><p> </p><p>Krótko mówiąc, poruszanie trudnych tematów i zabieranie stanowiska nie stanowiło problemu, ale na wszystko jest odpowiedź.</p><p>To trzeba inaczej. Trzeba sztuką. </p> Lot glonojada http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9472.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9472.html Tue, 07 Nov 2017 23:00:00 +0000 <p>Teatr Nikołaja Kolady znajduje się w centrum Jekaterynburga. Dochodzimy tam z Kasią szybkim marszem z Jelcyn Center. Idziemy szerokimi chodnikami prospektu Lenina. Mijają nas tramwaje, autobusy, samochody w śniegu. Przechodzimy obok zamarzającego jeziora, obok kaczek i wróbli. Po drugiej stronie jeziora widać Cerkiew na Krwi stojącą na miejscu zabójstwa ostatniego cara i jego rodziny. Mijamy duży teatr muzyczny ze świecącym ekranem, na którym migają zdjęcia ze spektakli, potem wojskowy sztab generalny ze stojącym przed wejściem pomnikiem marszałka Żukowa na koniu i wreszcie Politechnikę Uralską zbudowaną, jak głosi napis na frontonie, w 1942 roku! Zastanawiam się, kto wtedy tu studiował. No tak, pewnie potrzebowali na gwałt inżynierów. Ale że budowali budynek zamiast wszystkie siły na front? Ciekawe.</p><p>I jest! Dawniej było tu kino, teraz Kolada Teatr. Imponujący repertuar przed teatrem. Grają po kilka spektakli dziennie! Codziennie! W niedzielę grają spektakl co dwie godziny!</p><p>- Tutaj jest tradycja chodzenia do teatru - tłumaczą mi potem. - Po pracy idzie się coś zjeść i do teatru.</p><p>Przypominam sobie, że podobnie mówiono mi w Niemczech o niemieckiej tradycji chodzenia regularnie i często do teatru. </p><p>Premiera, okazuje się, nie o 17.30 ale o 18.30. Mamy jeszcze półtorej godziny. Zdążymy zjeść w całkiem przyzwoitej włoskiej restauracji koło teatru. Zdążymy jeszcze pogadać o naszych życiach, naszych dzieciach, naszych mieszkaniach i chlusnąć po lampce czerwonego wina. I już. Jeszcze bufet teatralny. Jeszcze mamy czas. Całe 20 minut. Proszę o małe piwo.</p><p>- Nie ma piwa. Tu jest Rosja - mówi barman i nalewa wódkę do szklanki. </p><p>Dni Polskiej Dramaturgii rozpoczynają się premierą sztuki Maćka Kowalewskiego pt. &quot;Miss HIV&quot; w reżyserii Maćka Wiktora z Koladowymi aktorami. Oklaski. Owacje. I? Nie ma bankieciku ani nic w tej chwili ponieważ za chwilę drugi spektakl! Ten sam, ale w innym składzie. Grają podwójną premierę! Dwa składy aktorskie do jednej sztuki! Nigdy się z tym nie spotkałem w Polsce.</p><p>Nie znam na tyle rosyjskiego i czuję senność. Jestem po nieprzespanej nocy i po całej dobie podróżowania i czekania na lotniskach. Do rana byłem w niebie nad Rosją. Pół dnia włóczyłem się po muzeum, potem szybki marsz przez całe centrum. Czuję zjazd i boję się, że zasnę drugi raz na tym samym. I mimo zachęt reżysera (-Chodź! Drugi skład jest lepszy!) rezygnuję. Wolę przysnąć, czekając na nich przy stoliku w bufecie niż na widowni.</p><p>Przechodzi Kolada.</p><p>- Dajcie mu wódki! - dysponuje.</p><p>Barman sprawnie wymienia mi pustą szklankę na pełną. </p><p>Siedzę naprzeciwko akwarium z rybkami i sączę. Półtorej godziny. I powiem Państwu, pozornie takie akwarium strasznie nieciekawe, bo niby cóż by tam nas mogło zaskoczyć. Ale jak się siedzi, i siedzi, i siedzi naprzeciw akwarium, sącząc kolejną szklankę rosyjskiej wódki, to rybki odkrywają swoje tajemnice. Najpierw im współczułem. Ta jarzeniówka cały czas, ten brzęczek, te bulki z filtra. Jak można tak żyć? Potem zacząłem obserwować, o co tam w ogóle kaman. Że duża złota zajmuje solo prawy rewir, a srebrne - lewy. Pomiędzy śmigają maleńkie szare. Duże nie wchodzą sobie w rewiry. Duża złota stoi. Macha tylko płetwami, żeby równowagę trzymać i stoi. Półtorej godziny tak stała i nic. Srebrnych jest więcej i między nimi dzieją się relacje. Największa rządzi i rozdaje karty. Największej się podlizuje trochę mniejsza, pływa za nią i robi to, co ona. Ale najciekawsze jest między dużą srebrną i glonojadem. Glonojady są dwa. Jeden czarny i jeden rudy. Rudy ma spokój. Czarny przez dużą srebrną jest prześladowany. Co jakiś czas a to go skubnie, a to go przegoni, a to dość mocno nawet pogoni, agresywnie. Czarny schował się w najwredniejszym miejscu, pomiędzy szybką a filtrem, w lewym rogu, gdzie najbardziej wali bąbelkami i skwierczy, buczy ten brzęczek. Nikt tam nie pływa. I tam się gnębiony zaszył. I tu było dziwne, bo duża srebrna wiedziała, że on tam jest. Trochę się czaiła, trochę niby dała spokój, trochę się zajęła relacjami w swojej srebrnej grupie i patrzeniem przed siebie i nagle jak nie zaatakuje! Wbiła się między ten filtr a szybkę tak gwałtownie, że aż podskoczyłem prawie na tym krześle. Zamęt się zrobił, kurz, bo żwirek z dna się zakłębił. Czarny glonojad przerażony smyrgnął jak łódź odrzutowa na drugi koniec akwarium, do rewiru Złotej, gdzie srebrne nie wpływają. Złota lekko drgnęła, lekko zirytowana,ale dała spokój. Za to Duża Srebrna! Szał! Lizała szybę! Lizałaby, gdyby miała język. Tymczasem muskała pyszczkiem gwałtownie, nerwowo, szybko. I nagle dotarło do mnie, że ona naśladuje glonojada! Że jest cholernie głodna, a ten pieprzony glonojad ciągle coś żre i przeżuwa.</p><p>Zgasiłem im światło. Wyłączyłem tę jarzeniówkę. Wyłączyłem brzęczek. Zniknęły granice rewirów. W ciemności srebrne wpływały Złotej, Złota srebrnym. Jest ciemno i cicho. Ktoś wyłączył brzęczącą harmonię sfer i słońce.</p><p>Pomyślałem sobie, że gdyby jedna z tych rybek, na przykład czarny glonojad, nagle w tym momencie nadzwyczajnej ciszy zyskała możliwość zrozumienia, gdzie się znajduje, czy istnieje życie poza akwarium i czym jest, to najpierw musiałoby dotrzeć i dać się ogarnąć glonojadowym rozumem, że to akwarium, potem, że stoi w bufecie teatralnym dla ozdoby. Że ich całe życie, od narodzenia do śmierci, ich wszystkie pogonie, walki, choroby, problemy, wszystko dla ozdoby bywalców bufetu, którzy w zasadzie i tak na to nie patrzą. Potem, że to jest bufet w teatrze Kolady, gdzie właśnie się odbywa premiera polskiej sztuki &quot;Miss HIV&quot;, więc o jest etap, w którym glonojad próbuje ogarnąć różnicę pomiędzy życiem, a sztuką i dowiaduje się o istnieniu teatru. Kiedy już to ogarnie, idzie dalej i widzi Jekaterynburg, miasto za Uralem, półtora miliona ludzi, ileś tysięcy akwariów w teatrach, restauracjach oraz prywatnych mieszkaniach. Dowiaduje się, czym jest Ural i co to są ruchy górotwórcze. Potem dociera do niego, że jest w głębi Rosji i co to znaczy, jakie ze sobą niesie treści i konteksty. Dowiaduje się, czym jest Azja, wchłania całą mitologię azjatycką i jej znaczenie w Europie. Ogarnia całą Ziemię i patrzy w niebo, w kosmos. Po czym wraca do akwarium. Lot się skończył. Premiera się skończyła. Oklaski. Standing. Dziękujemy!</p> +++ http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9275.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9275.html Wed, 01 Nov 2017 23:00:00 +0000 W tę świąteczną noc zamiast pisać kolejną notkę z Rosji, chciałbym przywołać moją babcię. Babcię Władysławę, która zmarła tej jesieni.<br />To było dziwne, bo czytałem właśnie &bdquo;Zamojszczyznę&quot; - wspomnienia doktora Klukowskiego, ordynatora szczebrzeszyńskiego szpitala. Gruba księga wspomnień i dzienników. Czytałem, jak był lekarzem najpierw w Krasnobrodzie. I wtedy pomyślałem sobie, że z tamtych okolic pochodziła babcia Władzia. I że jej rodzice, moi pradziadkowie musieli słyszeć o tym, jak się ksiądz proboszcz z Krasnobrodu w lesie na stosie podpalił, co, jak opisuje Klukowski, stało się tuż przed jej narodzeniem. Zacząłem szukać w sieci jakichś danych, jakichś powiązań nazwisk i faktów rzucanych przez doktora z nazwiskiem babci. Siedziałem nad tym do świtu, a w dzień dowiedziałem się, że babcia zmarła. Zmarła tuż przed tym, zanim zacząłem myśleć o niej intensywnie, szukając jej śladów. Albo inaczej to powiedzmy: kiedy zmarła, nie wiedząc jeszcze o jej śmierci, zacząłem intensywnie o niej myśleć i szukać jej śladów w sieci i w książce, którą sprowadziłem sobie dokładnie w dzień jej śmierci.<br />Takie wspomnienie:<br />Jest wielkanocna niedziela, poranek. Babcia się szykuje do kościoła. Nie wiem, gdzie jest wtedy dziadek, nie widzę go w tym wspomnieniu, widzę tylko ją. Wszystko wysprzątane, obrusy, serwety białe, wykrochmalone. Cały dom w Starej Wsi pachnie Zmartwychwstaniem. Biegamy z bratem przez wszystkie pokoje, które łączą się amfiladowo. Babcia ubiera odświętną, kolorową chustę. Słońce za oknem. Jasno. I w domu jasno od słońca. Małe koty łażą koło płotu. Gonię jednego, ścigam. Jest mały i niezdarny. Wskakuje na cembrowinę i kiedy wydaje mi się, że już go dopadłem, ześlizguje się i wpada do studni. Krzyczy przeraźliwie. Z głębokości krzyczy. Nie widać go, tylko słychać. Nie widzę go, bo się boję tam zaglądać. Babcia w chuście wybiega. Mówię, że to nie ja, że mi się nic nie stało, że kot wpadł do studni. I tu przychodzi dziadek. Jednak jest w tym wspomnieniu. Tu przychodzi i wiadrem wyciąga kota z wody. Babcia uspokaja, że nic się nie stało na szczęście. A potem robi mi śmietanę z cukrem. Świeżą, samorobioną śmietanę, gęstą. Obżeram się tą śmietaną. Jeszcze to popamiętam nazajutrz. Ale na razie jest bosko!<br />Idę z nią obejść kurnik, stajnię, oborę. Dziadek spuszcza psa z łańcucha.<br />Potem babcia szykuje mi łóżko. Ile mam lat? Osiem? Dziewięć? Dziesięć? Śpię sam w dużym łóżku. Wydaje mi się duże wtedy. Ale to, co w nim największe, to pierzyna. Wielka, pachnąca pierzyna. Tonie się w niej, jak w głębokim śniegu. Babcia gasi światło. Słyszę zegar z kukułką, jak stuka, jak się waha wahadło. Ciemność absolutna. Ale wiem, że wszyscy tam są, w tej ciemności. Babcia wstanie najwcześniej. Jelcyn Centrum http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9244.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9244.html Mon, 30 Oct 2017 23:00:00 +0000 <p>Przebudzenie w Rosji. Południe. Przedszkole w śniegu. W najbliższym oknie za szybą - model żaglowca. Maciek skoczył do sklepu kupić coś na śniadanie dla naszej trójki. Dni Polskiej Dramaturgii w Jekaterynburgu rozpoczynają się o 18.30. Na otwarcie - rosyjska premiera sztuki Maćka Kowalewskiego pt. &quot;Miss HIV&quot;. Mamy masę czasu. Po kawie wychodzimy na miasto. Jesteśmy w samym centrum. Szerokie chodniki, szerokie ulice i rzeka Iset. W niezamarzniętej części jeziora pływają kaczki. Dużo wróbli w śniegu. Oswojone, śmiałe sprawdzają, czy czegoś nie mamy, czym moglibyśmy się podzielić. Na ścianie piękne, duże graffitti z głową tygrysa. Łazimy trochę nad jeziorem i dochodzimy do wielkiego, nowoczesnego budynku z napisem: Jelcyn Center.</p><p>Borys Jelcyn urodził się w pobliżu, w obwodzie swierdłowskim. W Swierdłowsku robił karierę partyjną, a w 1977 został I sekretarzem swierdłowskiej KPZR. Swoją kadencję zaczął od tego, że kazał lub pozwolił zburzyć dom, w którym zabito ostatniego cara.</p><p>Trochę się śmiejąc, trochę nie dowierzając, decydujemy się wejść. W Polsce Jelcyn kojarzy się głównie z pijaństwem i jest zdecydowanie w cieniu Gorbaczowa. No ciekawe.</p><p>Budynek jest ciekawie zaprojektowany i naprawdę robi wrażenie. Tak w środku jak i na zewnątrz. Nie powstydziłoby się go Los Angeles. Na dole - duża księgarnia. Miłe zaskoczenie. W dziale teatralnym znajduję antologię dramatu polskiego, a tam? Dworniczkowa, Kościół Opatrzności Bożej i stara kamienica czyli &quot;Nieskończona historia&quot; po rosyjsku. </p><p>Ozdobą holu jest czarna czajka, którą jeździł Jelcyn. Na parterze - dzieciństwo. Środkiem idzie szlak - dorastanie Borysa, czyli zdjęcia, świadectwa ze szkoły, zeszyty szkolne. Po bokach - historia kraju: dokumenty, zdjęcia, gazety i fragmenty filmów. Liczba eksponatów jest przytłaczająca, ale kiedy się w to wczytać, wpatrzeć, wsłuchać to rzeczywiście buduje się jakiś świat. Nie ma zaskoczenia. Cała ta historia jest nam znana i punkt widzenia, z jakiego jest opowiadana, nie różni się zanadto od naszego. Trochę nostalgii, trochę śmiesznie, propaganda, świadectwa zbrodni i toczące się w tym wszystkim życie. Ciekawsze jest pierwsze piętro, czyli Borys zdobywa władzę.</p><p>Bardzo starannie i przejrzyście jest to przemyślane. W holu na piętrze - zwykła, dostępna ludziom rzeźba przedstawiajaca Jelcyna. Całkowicie w konwencji modnych w ostatnich latach figur z ławeczek w parku. Można sobie przy Jelcynie usiąść i zrobić z nim zdjęcie. Jest przyjazny i bliski. Patrzy w duży ekran. A na tym ekranie wyświetlają się zdjęcia z jego życia. Dzień po dniu patrzy na swoje życie. Dookoła w salach - szczegóły jego życia podzielone na kilka etapów. I tu już opowieść różni się od polskiej.</p><p>Przede wszystkim wychodzi w niej rywalizacja między Jelcynem i Gorbaczowem. Punktem centralnym jest salka z inscenizacją obrad Rady Najwyższej ZSRR z 1987 roku z odtwarzanym przemówieniem Jelcyna, w którym zarzucił Gorbaczowowi połowiczność reform. Postulował pójście dużo dalej. Po tym przemówieniu usunięto go z władz. W gablotach - mnóstwo listów od ludzi z tego czasu, z poparciem dla niego oraz kasety magnetofonowe z nagranym przemówieniem, które jakimś cudem krążyły wtedy po całym ZSRR. </p><p>Mamy więc los bohatera, który odważa się wystąpić sam przeciwko wszystkim i przegrywa. Zostaje skrytykowany, odsądzony od czci i wiary, potępiony. Po czym po jakimś czasie powraca. Powraca dzięki temu, że pamięta się, co zrobił. A czas się zmienił i zaczęło to inaczej brzmieć. Taka opowieść.</p><p>Następna sala: Jelcyn z kolegami z Ukrainy i Białorusi podpisują dokument o rozwiązaniu Związku Radzieckiego. Borys zostaje prezydentem Federacji Rosyjskiej. </p><p>- Jesteśmy wolni! - ogłasza.</p><p>- Odzyskaliśmy wolność! - mówią Rosjanie. Co dla nas brzmi egzotycznie. Rosjanie? Odzyskali wolność? Tu nie. Tu brzmi ok. </p><p>No i sala puczu moskiewskiego z 1991. Bardzo dramatyczna. Ze słynną sceną wejścia Jelcyna na czołg.<br />Z nagrań i zdjęć wynika, że nie bał się ludzi. Wchodził między nich, dyskutował. </p><p>Potem zamieszki na ulicach - kryzys konstytucyjny. Ludzie, którzy wcześniej go kochali i popierali, teraz się odwracają. Bo w sklepach pusto. Ale Borys wychodzi i z tego zwycięsko. Wolne wybory. Kampania telewizyjna. Wygrywa z komunistą Ziuganowem. Potem cały kraj żyje problemami z sercem Borysa Jelcyna i operacją wszczepienia bajpasów. Potem kryzys ekonomiczny. Duże wykresy wyglądają jak przyspieszona akcja serca.</p><p>Z tyłu, pod jedną ścianą załatwiono sprawę Czeczenii. Wreszcie rezygnacja i przekazanie władzy Władmirowi Putinowi.</p><p>Atrakcją przedostatniej sali jest zrekonstruowany gabinet Jelcyna. Otwarty notes, niedokończone zapiski, marynarka na oparciu krzesła. Kamera wymierzona w fotel, z którego powiedział do niej pamiętne: &quot;Odchodzę&quot;.</p><p>I tu niespodzianka! Z gabinetu wychodzi się do sali finałowej, a jest to Sala Wolności.</p><p>Na wielkich ekranach różne osoby mówią o wolności. Na wielkich tablicach napisano, czym jest wolność. Że jest wolność słowa i myśli, wolność wyznania, wolność zrzeszania się itd. Całą ścianę przy wyjściu z Sali Wolności zajmuje wielkie lustro. To ty jesteś wolny! - taki przekaz kończy Jelcynowską wystawę. Przy wyjściu można kupić jego książki. Po rosyjsku i po angielsku.</p><p>Kilka godzin tam spędziliśmy z Kaśką. Słuchaliśmy radzieckich płyt, oglądaliśmy wywiady, teledyski, archiwalne wiadomości. Potem jeszcze szybko na dole dodatek - galeria sztuki. I prezenty, jakie Jelcyn dostawał w różnych krajach.</p><p>I już jest ciemno. W życiu bym nie pomyślał, że tyle godzin spędzę w muzeum Borysa Jelcyna. Ale naprawdę jest dobrze zrobione. No i ciekawa, niepolska perspektywa, inny, nieznany mi punkt widzenia.</p><p>Myśląc o tym wszystkim i łącząc to z włąsnymi wspomnieniami z tych lat, pędzimy Prospektem Lenina do Teatru Kolady na polską premierę. </p> Miasto carycy http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9222.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9222.html Sun, 29 Oct 2017 23:00:00 +0000 <p>Trzeba trochę nadgonić, bo ucieka.</p><p>W Helsinkach lądujemy z półtoragodzinnym opóźnieniem. Zima! Śnieg! </p><p>- Zdążę na samolot? - pytam fińskiego funkcjonariusza lotniskowego. Wygląda jak z fińskiej części &quot;Nocy na Ziemi&quot; Jarmuscha. Uśmiecha się.</p><p>- Zdąży pan, bo to ten sam samolot.</p><p>Okazuje się, że ten embraer, który przywiózł mnie tu z Warszawy, leci do Jekaterynburga, tylko muszą posprzątać. A ja muszę wyjść z tej części terminalu, przejść przez odprawę paszportową i wejść innym wejściem.</p><p>- Powodzenia! - mówi Fin łamaną polszczyzną.</p><p>Fajny ten język fiński na tablicach.</p><p>Nie ma nas dużo. Samolot zapełnia się w połowie. Lecimy. Pod nami Rosja. Dużo Rosji. Próbowałem dojrzeć Ural, ale za ciemno było. </p><p>Zamiast o 4:35 przyleciałem do Jekaterynburga po szóstej. Środek zimy. Mróz. Dużo śniegu. Czekali. Filip i Swietłana. Swietłana, która przyjechała o tej nieludzkiej porze po mnie swoim samochodem, zrobiła to dobrowolnie. Nikt jej za to nie płaci. Mówi, że jest miłośniczką teatru. Kolada poprosił, to pojechała. Po drodze gadamy o zimie. Dotąd był lekki mróz i śnieg prószył. Teraz spadł na całego. Jeżdżą odśnieżarki. Jest ślisko.</p><p>- To już tak będzie do maja - mówi Swietłana. - Pół roku zimy. </p><p>Swietłana i Filip mówią, że Jekaterynburg rywalizuje z Nowosybirskiem o miano trzeciej największej metropolii rosyjskiej. Mijamy zakłady przemysłowe. To był tak ważny i wielki ośrodek przemysłowy, rozwinięty podczas II wojny, kiedy całą produkcję przenoszono za Ural, że zdecydowano o zamknięciu miasta. W ZSRR nie można było tu przyjechać ani stąd wyjechać bez specjalnego pozwolenia. Wjeżdżamy do centrum. Efektowne wieżowce. Gdybym zobaczył ich zdjęcie, nie wiedząc, co to za miejsce, chyba wskazywałbym, że jakieś wschodnie wybrzeże Stanów Zjednoczonych. O tym, że to dawny Swierłowsk, przypomina duży pomnik Lenina przy Prospekcie Lenina przecinającym całe centrum. Przepiękne jezioro w środku miasta! Częściowo zamarznięte. Przez środek miasta przechodzą tory kolei transsyberyskiej. Idą wiaduktem nad ulicą. Tu jest pierwsza stacja w Azji. Następna to, zdaje się, właśnie Nowosybirsk. 20 kilometrów na zachód od miasta, przy drodze stoi słup wyznaczający granicę między Europą a Azją.</p><p>Jekaterynburg nazywa się tak od imienia carycy Katarzyny, tej samej, która nam zrobiła zabory. W czasach ZSRR nazywał się Swierdłowsk od nazwiska dygnitarza partyjnego. W latach 90 przywrócono starą nazwę.</p><p>Maciek Kowalewski i Kasia Tokarska-Stangret już dojechali. Są na miejscu. Śpią. Mamy wynajęte mieszkanie na osiedlu w centum. Blok. Siódme piętro. Przyjechałem ostatni, więc dostaje mi się duży pokój, bez drzwi. Z okna widok na duże przedszkole pośrodku osiedla i na migające kolorowym oświetleniem wieżowce w centrum. Chociaż wciąż ciemno, jak w środku nocy, jest już siódma rano zauralskiego czasu. Idę spać.</p> via Helsinki http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9129.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9129.html Wed, 25 Oct 2017 22:00:00 +0000 <p>Kwitnę na Okęciu. Lot do Helsinek opóźniony ponad godzinę. Mam szansę nie zdążyć na lot z Helsinek do Jekaterynburga, a wtedy czeka mnie cudowna noc w Finlandii.<br />Jeśli opóżnienie się nie zwiększy, będę miał 45 minut na przesiadkę. Boarding 20-30 minut wcześniej, a jeszcze trzeba z samolotu wysiąść, poczekać na autobus dowożący na terminal i znaleźć swoją bramkę. Nigdy na tym lotnisku nie byłem, więc oby nie było powtórki z Berlina, kiedy pobłądziłem i zamiast na transfer, trafiłem do wyjścia, więc trzeba było na nowo przejść przez ochronę, sprawdzanie itd. Wtedy bez szans. I tak są małe. O 4.55 o świcie mają po mnie wyjechać na lotnisku w Jekaterynburgu. Możliwe, że będą musieli poczekać do wieczora, hm. Przygoda!</p><p>Wcześniej dość absurdalny lot z Krakowa do Warszawy. Absurdalny, bo trwa 35 minut, ale trzeba być na lotnisku dwie godziny wcześniej, a później trwa jeszcze wysiadanie, więc pociągiem byłoby szybciej. A na Okęciu kupę czasu. Ale nie muszę już się przemieszczać z centrum Warszawy na lotnisko. No i cena za cały lot chyba w sumie jest ta sama.</p><p>Jak na tak absurdalny lot, to sporo ludzi. Samolot pełny. W PLL LOT nie dają już gazet do poczytania. Ani nawet kawy. Ledwo zdążyli rozdać po wafelku i kubeczku napoju. Pogorszyło się. </p><p>W międzyczasie konsultacje z Agnieszką, specjalistką od Rosji. Dzisiaj puściła informacje, że znów aresztowali dwoje ludzi teatru.</p><p>Agnieszka? Mam w tej sytuacji tam jechać? Mogę jeszcze nie wsiąść do samolotu.<br />Jedź! Jedziesz do Kolady. On jest w porządku. Poza tym to prywatny teatr. Ale mów publicznie, co myślisz. Dla nich to jest ważne.<br />Mam zająć publicznie stanowisko w sprawie uwięzionych i w sprawie Ukrainy i Krymu?<br />Jesteś pisarzem politycznym. Tego się od ciebie oczekuje. Ale jedź! Lupa pojechał i udzielał wywiadów w Petersburgu, w których mówił otwarcie, co myśli o polityce rosyjskiej i polskiej.<br />No właśnie. O polskiej też. Lupa mówił ostro, o faszyzacji Polski. Mówię Agnieszce, że nie lubię tych porównań z faszyzmem. Są demagogiczne. Jeśli już, to raczej polska, przedwojenna sanacja. Zgadza się ze mną. Więc ok. Porozmawiamy o sanacji. Jeśli w ogóle tam dojadę. Jeśli nie los nie urządzi mi indywidualnych dni polskiej dramaturgii w Helsinkach.<br />Czy kawa na Okęciu naprawdę musi kosztować prawie 20 złotych???</p><p>Przyleciał embraer z Helsinek. Wsiadamy! </p> a teraz na wschód http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9050.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,9050.html Sun, 22 Oct 2017 22:00:00 +0000 <p>Jak im to powiedzieć? Jak zaznaczyć? Czy trzeba? Nie wiem. Ale chyba tak. Chyba trzeba zaznaczyć. Chyba nie można pominąć milczeniem.</p><p>W czwartek lecę do Rosji. Za Ural. Do Jekaterynburga. Z przesiadką w Helsinkach. Do teatru Nikołaja Kolady, którego ogromnie cenię i jako autora, i jako reżysera. I w ogóle, przyjaciele Moskale, dużo mam dla was miłości, a skojarzenia raczej z dobrymi rozmowami i z serdecznością. No nie zapomnę wspaniałej zabawy i wszystkich tych rozmów na ulicy w Moskwie w nocy z 8 na 9 maja i tych chłonnych, mądrych studentów, którzy przyjechali z Archangielska do Petersburga m.in. na moje warsztaty. Ale to wszystko było przed Krymem. Sytuacja tych wszystkich ludzi z polskich isntytucji, i tych z drugiej strony, którzy masę pracy i masę energii włożyli w budowanie dobrych relacji polsko-rosyjskich na tzw. niwie kulturalnej, po Krymie stała się nie do pozazdroszczenia. Pamiętam gorzką rozmowę, że wszystko na marne. Do głowy nawet nie przyszło mi, żeby odmówić zaproszenia. Gorąco jestem przekonany, że to nie jest przestrzeń do bojkotowania. Nie kultura, nie teatr, nie czytanie sztuk, w których wszystkie przecież te sprawy, te problemy są, nawet jeśli nie wprost to nie jest możliwe, żeby nie wywoływały tych tematów. Ale chyba nie można, nie powinno się dziś jechać do Rosji, spotykać się publicznie z ludźmi i nie zająknąć się na temat okupacji Krymu. No ale nie będzie to łatwe, wiem. Pożyjemy, zobaczymy, czy starczy odwagi.</p><p>Tymczasem przypominam sobie język rosyjski i podczytuję o Jekaterynburgu. Czwarte największe miasto w Rosji. Święte miasto, bo tu zamordowano ostatniego cara i jego rodzinę, a tego cara Cerkiew ogłosiła świętym i pielgrzymują.</p><p>Zastanawiałem się, który z naszych królów nadawałby się na świętego. Może Mieszko? Nawet Mieszka nigdy nie darzyliśmy nabożną czcią. U nas kanonizuje się opozycję, na którą władza zamierza się z mieczem. Stanisław, nie Bolesław. No i kobiety. Kobiety tak. Święte królowe i księżne. Jadwiga, druga Jadwiga, Kinga. Do królów u nas nikt nie pielgrzymuje i ja się w tej tradycji dobrze odnajduję.</p> notka przelotowa http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8924.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8924.html Mon, 16 Oct 2017 22:00:00 +0000 <p>Powrót z kilkudniowego pobytu w Warszawie. Strefa Wolnosłowa. Próby do spektaklu polsko-irańskiego. Premiera ma być 15 grudnia. Mieszkanie na Czerniakowie u Alicji i Łukasza. Spotkania w Kulturalnej. Warszawski Festiwal Filmowy. Próbujemy Independence Party. Wieczorami wspaniałe rozmowy z Pawłem, z Anetą, z Julianną. Julianna, która chodziła do mnie na bydgoską szkołę pisania, a teraz studiuje na MISHu na UW, mówiła mi takie rzeczy, że pomyślałem, że to mogłaby być wspaniała mowa pogrzebowa nad moją trumna kiedyś.</p><p>Wracam więc w nastroju: &quot;Dzięki! Jakie to wszystko było świetne!&quot; W pociągu czytam &quot;Spór o początki państwa polskiego&quot;. Fascynujące! Od razu pomysły na sztukę.</p><p>Telefon z Moskwy w sprawie przekładu monodramu o Skłodowskiej-Curie. To prawda, mylę numerację scen, niestaranne te teksty wysyłam. W przyszłym tygodniu będzie czytanie w Jekaterynburgu. Ciekawe jak przyjmą ten fragment, jak Marysia nie cierpi Ruskich i przeciw Ruskim wymyśla nazwę - polon.</p><p>A dziś nagywali ten monodram w Polskim Radiu. Będzie leciał w Jedynce. Magda Górska i Jadwiga Jankowska-Cieślak będą moją Marią, Manią, Marysią Skłodowską. Wojtek Urbański - reżyseria.</p><p>Monodram mój o Skłodowskiej, który się nazywa &quot;W promieniach&quot; i wcale nie musi być monodramem, bo to Marie w różnym wieku, grany jest w teatrach szkolnych w różnych miejscach w Polsce, co cieszy mnie szczególnie. </p><p>Telefon ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Od Ani. W sprawie spektaklu polsko-irańskiego i historii polskich uchodźców do Iranu.</p><p>Świat coraz mniejszy. </p><p> </p><p>Nie opisałem wyjazdu na Zamojszczyznę na pogrzeb babci Władzi. Zaznaczam tylko, że był. Kiedyś opiszę. </p> Pamiątka http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8562.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8562.html Mon, 02 Oct 2017 22:00:00 +0000 <p>Nie wiem, czy to znak zdecydowanego już przejścia na drugą połowę życia, czy co, ale nieustannie przypływają, pulsują zapisane w głowie obrazy, chwile sprzed lat. Ten pierwszy zapisałem w głowie świadomie i dobrze to pamiętam. Sam w sobie nie ten obrazek nie ma wielkiego znaczenia. Jest jak pierwsze użycie kamery filmowej, sprawdza możliwości. Ale ten następny z upływem czasu rośnie w głowie i wciąż jest żywy.<br />Więc najpierw idziemy na wieżę. Patrzę na nich. Są po mojej lewej ręce. Gosia, Łukasz, Szymon. Białoruś. Mścisław. Lato. Patrzę na nich. Są na tle jakiejś zrujnowanej chatki. Idziemy marszowym krokiem po asfalcie. Szosą I myślę sobie, że chcę zrobić zdjęcie w głowie swojej. Że chcę tę migawkę zatrzymać. Nie, że akurat to jest jakieś szczególnie istotne na tle pozostałych obrazów, ale chciałem spróbować, czy się da. Czy umiem robić takie zdjęcia, które są tylko w głowie i które potem w głowie mogę sobie oglądać, kiedy zechcę. I czy będą trwałe. Ze dwadzieścia lat już minęło. Jest. I nieraz samo się pojawia, jak w samouruchamiającej się przeglądarce. Jest jasno. Gosia jest uśmiechnięta. Łukasz pozornie poważny, ale w głowie układa coś zabawnego, co za chwilę powie. Szymon patrzy gdzieś w bok.<br />Nie pamiętam, jak są ubrani. Nie pamiętam szczegółów krajobrazu. Za to utrwaliły się w tej migawce relacje między nimi, między nami oraz dróżki w przeszłość i przyszłość. To jak punkt, którego dotykasz i ukrytymi podskórnymi żyłami tłoczy się krew we wszystkie miejsca. I łączy się z pierwszym dniem na Białorusi, kiedy nas Karol położył w jakimś pokoju, w jakimś bloku, gdzie były bardzo stare materace i generalnie bałagan straszny i surowo. I jak się Gosia rozpłakała. Byliśmy zmęczeni po długiej, niewygodnej podróży. Znam to uczucie, kiedy już sobie marzysz o tym, jak się wygodnie ułożysz, zrobisz sobie gorącej herbaty i poczytasz książkę i będzie ekstra. A tymczasem jest beton, brudno i materac śmierdzi. Ale świat jest raczej taki właśnie niż inny. Choć często umiejętnie stwarza pozory, że nie. Potem oswoiliśmy te materace i ten beton.<br />I wieża! Największy strach w życiu przeżyłem pod tą wieżą. To był monastyr. Zakonników aresztowano, jeden zwariował i mieszkał tam sam. Nie wiadomo, co się tam działo, kogo tam trzymali, czy co. Monastyr rozwalony teraz. Zostały strzępy ściany. Bardzo wysokie strzępy. Tak jakby wyburzyć dziesięciopiętrowy blok na Beskidzkim tak nieumiejętnie, że zostanie tylko kawałek jednego boku, bez dachu, kąt prosty i kawałek drugiego, krótszego. I schody na górę zostały. Spiralnie kręcone w wieży. Zakurzone. Trzeba uważać, bo się sypie. Stąpniesz, a nadłamany schodek pęka i gruz się sypie, i kurz. Ale da się wspiąć dość bezpiecznie. Korytarzyk schodowy jest wąski i jak w tych starych wieżach, imponująco kręcony. Wszedłem tam z nimi, spojrzeć z góry. Schodzę, oni zostali. Nie pamiętam tej rozmowy, nie pamiętam &bdquo;Idź, zaraz przyjdziemy!&quot;.<br />Pamiętam, jak stoję pod tą wieżą i patrzę, jak wychodzą z niej i idą po murze. Jak linoskoczkowie idą, tylko, że po pojedynczej warstwie cegieł, a nie po linie. Z jednej strony lepiej niż po linie, bo szerzej, noga się lepiej mieści, z drugiej - cegły obsypują się. Gosia idzie ostatnia. Jest zakochana w Łukaszu, więc idzie, żeby mu pokazać, że się nie boi, że jest zuch dziewczyna. Łukasz nie chce wyjść na starego, który jej zakazuje, więc tylko ją uspokaja, żeby ostrożnie.<br />Patrzę z dołu i nie chcę patrzeć. Tak, to jest największa możliwa brawura, i głupota i coś niesamowicie idiotycznie wyzywającego. Jedna cegła, która się zachwieje pod nogą, jeden krok nieostrożny. Widzę już w swojej głowie, jak Gosia spada, jak leży pod tą wieżą, jak muszę do niej podejść, sprawdzić to, co wiem i jak potem muszę pojechać do tej Istebnej do jej mamy, wejść do mieszkania, powiedzieć. Bo nawet nie miałem numeru telefonu.<br />To trwało i trwało, to spadanie w głowie. Dalej trwa.</p><p>Byłem starszy, ja ten wyjazd zorganizowałem. Formalnie nie byli pod moją opieką, ale oczywiście to ja byłem odpowiedzialny. </p><p>Bałem się ruszyć, bałem się odezwać. Miałem ochotę krzyczeć, drzeć się na nich, jacy są niesłychanie głupi w tym momencie. Ale bałem się, że jakakolwiek moja reakcja, nie daj Boże okrzyk, wywoła zawahanie, niepewność nogi, potknięcie.</p><p>Roznosiła mnie wściekłość i strach, więc przestałem patrzeć. Skuliłem się i schowałem twarz w dłonie. I czekałem.<br />Zeszli cali i zdrowi i to było moje pierwsze w życiu, jakie osobiście przeżyłem, zmartwychwstanie.</p> Nieopisana Toskania http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8280.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8280.html Sun, 24 Sep 2017 22:00:00 +0000 <p>Ponieważ zależało mi, żeby jak najwięcej opisać ze Stanów, nie napisałem ani słowa o późniejszym wyjeździe, którego ślad również chciałbym tu zostawić. Tak się stało, że po latach ten blog okazuje się publiczno-prywatnym archiwum, w którym szukam czasem różnych rzeczy. Więc i o Toskanii powinno być odnotowane.</p><p>Daniela Scarpari, aktorka brazylijska, którą poznałem w Iranie, mieszka z rodziną właśnie w Toskanii, konkretnie w Pizie. W Teheranie dużo gadaliśmy o naszych dzieciach.</p><p>- Przyjedź z rodziną do nas, do Pizy. Mamy dużo klocków lego. Dzieci się ucieszą - powiedziała Daniela.</p><p>Okazało się, że wtedy, kiedy mógłbym pojechać, Daniela z dziećmi wyjechała akurat do rodziny swojej, do Brazylii.</p><p>- Przyjeżdżajcie, jak nas nie ma. Alex, mój mąż będzie. Ugości was - powiedziała.</p><p>A zatem zaraz po powrocie ze Stanów z Jasiem przepakowaliśmy się, i z Beatą i Mikołajkiem wyruszyliśmy autem do Pizy. Jechaliśmy spokojnie, nie spiesząc się, wyspani, bez stresu, więc wypadł nam nocleg jeszcze w Austrii, i tu już pamięć koroduje i nie pamiętam nazwy miejscowości. Gdzieś w małej mieścince pomiędzy Grazem a granicą z Włochami. Niskie Alpy. Nazajutrz przejechaliśmy przez wysokie tymi wszystkimi imponującymi tunelami.</p><p>W Pizie okazało się, że ulica San Martino, przy której mamy mieszkać, znajduje się w samiutkim centrum Pizy, na starówce, kilkaset metrów od słynnej Wieży. Nie wolno więc tam wjeżdżać samochodem.</p><p>Alex zostawił nam mieszkanie i poszedł mieszkać z ojcem. Drugi raz spotykam się z taką postawą. W tamtym roku poznana w internecie Bretonka użyczyła nam bezpłatnie swoje mieszkanie i poszła mieszkać z mamą. A teraz tu. Ludzie są niesamowici.</p><p>Mieszkanie niezwykłe, bo niezwykle stare. Kamienica z XIII wieku!!!!!! Wtedy był czas świetności mieszczańskiej, kupieckiej Pizy. W mieszkaniu niesamowicie wysokie sufity. charakterystyczne sklepienia. Ile pokoleń pizańskich mieszczan tu żyło! Dorobiono łazienkę i nowoczesną bardziej kuchnię. Codziennie miałem intensywne sny związane z poprzednimi mieszkańcami tego domu. </p><p>W sumie byliśmy tam dwa tygodnie z hakiem, objeżdżając całą zachodnią i środkową Toskanię.</p><p>Lukka, Viareggio, Florencja, Alpy Apuańskie i Carrara, Pietrosanta, Vinci, San Gimignano, Siena, plaże z niewiarygodnie ciepłym morzem w Marina di Pisa, biała plaża poniej Livorno i wyprawa na wyspę Elbę. Jedliśmy pizze i lasagne, piliśmy wino, zwiedzaliśmy i kąpaliśmy się całą czwórką.</p><p>Jeśli miałbym coś wyróżnić szczególnie i osobiście to nocne moje, samotne spacery po Pizie, włóczenie się tymi wąskimi uliczkami oraz Vinci, malutka, ogromnie malownicza miejscowość, do której trafiliśmy przypadkiem, a która szczyci się, że tam się urodził Leonardo.</p><p>Pięknie było.</p><p>Grazie, Daniela! </p> Nieopisana Ameryka http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8079.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8079.html Sun, 17 Sep 2017 22:00:00 +0000 <p>Znika wszystko, co nieopisane. Pozostają strzępy. Z drugiej strony - pisać, czy żyć w tym czasie?<br />Nie udało mi się opisać całej amerykańskiej wyprawy, ale i tak więcej niż poprzednio afrykańskiej, więc jest jakiś postęp. Rozjazd czasowy był coraz większy. No trudno.<br />Nieopisane zostały:<br />Wyjazd do Arizony i pięćdziesiąt stopni w cieniu.<br />Mieszkanie w domku kempingowym w Sedonie.<br />Red Rocks - czerwone góry.<br />Dzień nad Wielkim Kanionem i ta niezmierna cisza, jaka z niego bije.<br />Granie w golfa z Jasiem.</p><p>Spotkanie z Apaczami.</p><p>Spotkanie z Navajo. </p><p>Phoenix, wystawa Fridy Khalo w miejskim muzeum. Poza tym indiańskie laleczki, ozdoby oraz wystawa poświęcona przymusowej anglo-amerykańskiej edukacji Indian, trochę odpowiednik naszej germanizacji za Bismarcka.</p><p>Nasz wielki wieczór w Los Angeles, czyli wernisaż wystawy obrazów Joanny i Darka oraz mój teatr tekstu. Tekst specjalnie na ten wieczór napisałem i sam przetłumaczyłem, konsultując go tylko potem szybciutko ze znajomą tłumaczką.<br />Nocleg u Andrew Kolo w Hollywood.<br />Inna twarz Hollywood, poza bulwarem. Całkiem przyjemna, zielona dzielnica pod górami. Spacerowanie pod napisem. Góry niebezpieczne, bo wyglądają bezpiecznie, a łatwo się z nich ześlizgnąć. Tu się właśnie zabił Krzysztof Komeda.<br />Polacy w Hollywood. Wspólne palenie papierosów i picie piwa.<br />Samotny spacer po Hollywood. Duża przyjemność. Cieszę się, że mogłem poznać tę dzielnicę poza deptakiem.<br />Ostatni raz na plaży. Santa Monica. Wiatr. Dluga rozmowa z panią, która opiekowała się Janem Kottem aż do jego śmierci.<br />Drugi wieczór u Andiego.<br />Wizyta pod domem Charliego Chaplina.<br />Ostatnia kawa z Joanną i z Darkiem koło lotniska w LA.<br />Powrót. W samolocie we Frankfurcie Jasiek zapomina kapelusza, a ja ciasteczek na prezent. Beata i Mikołaj na lotnisku w Katowicach.</p> Gwiazdozbiory Ingebory http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7664.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7664.html Sun, 03 Sep 2017 22:00:00 +0000 Ingebora jest jedną z kobiet pustyni. Była dziennikarką w BBC i nie wiem, kim jeszcze. Dużo się śmieje i opowiada o swoich dzieciach, które jej nie odwiedzają. Mieszka sama w ładnym domu w Joshua Tree. Zaprosiła nas na wieczór do siebie.<br />Kupujemy wino, robimy zakupy. D. oferuje się, że zrobi jeść. Bo Ingebora zastrzegła, że nie robi nic do jedzenia. Jak chcemy, to możemy u niej w kuchni zrobić. No dobra.<br />Zrobiliśmy z Jasiem zakupy, uważając, żeby przy kasie nie dotykał butelek z winem i przyjechaliśmy do Joshua ciut wcześniej. Czekamy na resztę, snując się po miasteczku. Klasyczna amerykańska mieścinka z jedną ulicą wzdłuż jedną wszerz. W centrum budyneczki, które wyglądają, jakby pamiętały czas gorączki złota. Podobnie jak specjalne płotki do przywiązywania koni. Na chodniku natykamy się na młodego faceta, który półnagi leży na wznak i śpiewa. Ma wojskowe spodnie i wojskowy plecak. Potem wstaje i chodzi tam i z powrotem, mówiąc głośno do siebie. Chciałem usiąść gdzieś przy kawie, ale jedyny czynny lokal to mała pizzeria. A w pizzerii nie podają kawy. Nie to co u nas, gdzie kawę da się kupić wszędzie. Siedzimy więc przy coke. Bo tak się tu nazywa coca colę. Nie proś o colę, bo nikt nie zrozumie. Proś o coke. Siedzimy w ogródku pizzeri, sącząc coke i patrzymy na przeszkloną salę obok. Kilkanaście osób leży na podłodze na wznak. Identycznie jak ten gość, który dalej chodzi po uliczkach Joshua i gada do siebie. Ale ci tutaj nie są półnadzy. Przyglądam się niedyskretnie. To joga. Ćwiczą jogę.<br />Półnagi półwojskowy łazi po ulicy, która się nazywa ulicą Weteranów. Idziemy nią kawałek. W tle widać bezdrzewne, pustynne góry. Idziemy ulicą Weteranów w Joshua Tree. Mijamy pojemnik na flagi. Tylko flagi - informuje napis. Flagi państwowe są tu wszechobecne. Powiewają na domach, autach, motocyklach, ozdabiają knajpy, są częścią ubrania. A tu się je wyrzuca. Do pojemnika przy ulicy Weteranów. Na końcu ulicy Weteranów jest knajpka weteranów. Piszą na szybie, że weterani zapraszają na posiłki. O tej porze, pod wieczór posiłków nie ma. Weterani patrzą w telewizor i piją piwo.<br />To jest pewne, że na brak weteranów tu nie narzekają. Od wojny z Filipinami w początkach XX wieku, ten kraj nieustannie jest na jakiejś wojnie. Weterani patrzą na nas ciekawie. Zapominam! Zapominam, że tu jest inaczej niż w Europie. Normalni ludzie nie spacerują po ulicach. Jak gdzieś idziesz, to podjeżdżasz autem, wysiadasz i wchodzisz. Jedyni spacerujący to my z Jasiem oraz ten półnagi świr. Poza tym chodniki są puste. A weterani podejrzliwi. Wycofujemy się na pozycje. Pojawia się Darek i Joanna i Joe. Idziemy do Ingebory.<br />Nasze mieszkania i domy są podobne do mieszkań i domów ludzi mieszkających koło nas. To kolejny dom tutaj, w którym jestem i szukam punktów wspólnych. Parterowy, niepodpiwniczony, z gankiem. Z ganku wchodzi się od razu do salonu, który jest w centrum, a po bokach ma sypialenkę, gabinecik a po drugiej stronie kuchnię. I ogród. Jak widzę, ważna rzecz tutaj. Kolejny ogród, którego zasadą jest pomysł. Że chodzisz i widzisz, że ktoś miał pomysł na ten ogród. Trochę zwariowany, trochę dziwny, ale bez przesady. W ogrodzie Ingebory są jakby pokoiki-sektory, którymi można spacerować dookoła. Jest sektor - odpowiednik salonu, z krzesłami, jest w następnym ogrodowym pokoiku łóżko pod gołym niebem. Pościelone. Strasznie mi się to podoba. Wymykam się potem w trakcie imprezy, leżę i patrzę w gwiazdy. I myślą wytyczam linie między nimi, łącząc je w struktury, konstrukcje, gwiazdozbiory.<br />Jak połączysz w myśli, to już tak potem zostanie - mówi ogród. I rzeczywiście, linie międzygwiezdne, które wytyczyłem na tym łóżku, są tam potem, zostają. I powodują, że nie umiem skupić się na rozmowie. Mam przesilenie. Przytułek dla koni w Yucca http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7403.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7403.html Sun, 27 Aug 2017 22:00:00 +0000 Okazało się, że kilometr od domu Alice jest przytułek dla koni. Podjechaliśmy tam z Jasiem.<br />Ranczo jest z dwóch stron piaskowej drogi. W skwarze stoją dziesiątki koni.<br />Nie martw się. Koniom to nie szkodzi - mówi Jasiek. - Konie się świetnie dostosowują do klimatu. Zresztą na preriach świetnie sobie żyły.<br />Wychodzi do nas pani. W dżinsach, w czapce z daszkiem. Pani rancza-przytułku. Zwożą do niej chore oraz nieprzystosowane konie. I nie tylko konie. Jest trochę osłów, jakaś lama, kozy. II parę alpak, które ponoć są świetne przeciw kojotom. Ale głównie konie. Po prostu kiedyś zaczęła się nimi zajmować, poszła fama i pojawiały się kolejne.<br />Nie chce pani konia? Nie chcę go oddać na rzeź, a nie mam, co z nim zrobić.<br />Zaczęli pojawiać się wolontariusze. Dzieci, młodzież, dorośli z całej okolicy. Kilkadziesiąt osób za darmo czyści te konie, dba o nie, karmi je. Pojawili się donatorzy sponsorujący paszę. A koni przybywało. Pojawiły się wreszcie wycieczki i indywidualni zwiedzający, jak my. Przytułek stał się słynny. Kartka informuje, że zwiedzających prosi się o wolne datki. Można też pojeździć. Również za wolne datki. Gospodyni chodzi z nami od konia do konia, od konia do osła, od osła do kozy, od kozy do konia i opowiada o każdym zwierzęciu, tuli je, mówi do nich, czasami grucha jak do dziecka. Widać, że raczej to wszystko wielka amatorka i trochę prowizorka. W zupełnym kontraście do rancha Monty Robertsa.<br />Chcesz przyjść pojeździć, pomóc? - pyta szefowa Jasia. - Wpadaj, kiedy zechcesz, na jak długo zechcesz.<br />Zostawiam go tam i idę pobyć pierwszy raz od dawna trochę sam ze sobą. Nic nie robić. Siedzieć w domu Alice, siedzieć na ganku, patrzeć na figurki, myśleć, a trochę nie myśleć. Nic nie musieć. Przez dwie godziny. Rozkosz.<br />Kiedy wracam po Jasia, jeździ na traktorze z dziećmi i rozrzucają koniom siano.<br />Świetnie jeździ po angielsku - mówi szefowa. - My jeździmy inaczej. Ale w angielskiej jeździe jest świetny.<br />Amerykański styl w Polsce nazywany jest westernowym. Są inne siodła, zupełnie inny sposób traktowania konia, kompletnie inne podejście do sposobu jazdy. Angielski styl jest elegancki, ważne jest proste trzymanie się w siodle itp. Jak sądzę, wywodzi się z rekreacji brytyjskiej arystokracji. Amerykański sposób jazdy jest wiejski. Od ranczerów. Od chłopskiego dosiadania konia. Kij tam z elegancją. No i w angielskiej szkole, na co zwraca uwagę Jasiek, konia traktuje się zdecydowanie lepiej. Jeździec po angielskiej szkole jazdy, jakiej powszechnie uczy się w Europie, czuje fizyczny ból, kiedy widzi, jak amerykański jeździec brutalnie poczyna sobie z koniem.<br />Ona mnie zapytała, czy jeżdżę z ostrogami! - oburza się Jasiek. - W Europie używanie ostróg jest zabronione od lat!<br />Ale jeździł na siodle westernowym. Jeździł bez siodła i jeździł po angielsku. A potem rozrzucał siano. Ma mnóstwo uwag co do amatorskiej organizacji rancza i traktowania tych koni. Imponuje mi swoją wiedzą.<br />Kiedy podjeżdżamy pod dom Joe, okazuje się, że na piaskowych drogach spadła nam guma spod zderzaka i wlecze się pod kołami auta. Trzeba odkręcić, przymocować i poprzykręcać na nowo. Żeby ułatwić pracę, Darek wyciąga podnośnik, lewarek i podnosi auto. Joe jest zdumiony. Wyciąga instrukcję do podnośnika. - Trzeba poczytać instrukcję!<br />W końcu przyjmuje jednak do wiadomości, że tam, na tym Dzikim Wschodzie faceci majstrują przy autach samodzielnie, bez mechaników i bez instrukcji, bo życie mają twarde. I tak pierwszy raz w życiu i może ostatni nie czuję się przy aucie jak kompletny ignorant. Śmiesznie.<br />Przyjemne popołudnie zakończone kalifornijskim winem z wallmarta. I znów ocean gwiazd. Symulatory http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7258.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7258.html Wed, 23 Aug 2017 22:00:00 +0000 Przeprowadzamy się z Jaśkiem do Alice. Też w Yucca Valley, też na pustyni, ale ze dwa kilometry dalej.<br />Zgodnie z poleceniami po wejściu oglądamy wszystko, czy nie ma jaszczurek, skorpionów, węży, pająków i innych takich. I trzeba pamiętać, żeby zawsze zamykać drzwi, żeby nic nie wlazło.<br />Dom Alice stoi na skraju zamieszkanej części pustyni. Dalej już tylko piach i pustynna roślinność. Trudno nam zasnąć. Nasłuchujemy.<br />Alice jest w Los Angeles. Dom na pustyni, jak rozumiem, traktuje jak domek na działce. Teraz jest pusty. J. opowiada, że czasami ludzie chcą, żeby znajomi u nich mieszkali pod ich nieobecność. Nie brakuje włamywaczy, i to niekoniecznie takich, co kradną, ale takich, co chcą pomieszkać. Opowiada, jak ostatnio znajomy wchodząc do domu, wypłoszył takiego dzikiego lokatora. Tak się spieszył, że zostawił wszystkie swoje rzeczy i włączony telewizor.<br />Dom Alice ogólnie jest niesamowity. Od pierwszego wejrzenia. Przed bramą ozdobioną na sposób westernowy, stoi w piachu pustyni konik na biegunach. Na podwórzu przed domem - masę dziwnych przedmiotów, starych zabawek, pajacyków, kurek, kaczuszek. I wanna kowbojska - znaczy coś w rodzaju balii. W pustynnym, przydomowym ogrodzie zabawki, figurki, domki poukładane w labirynty. W domu mnóstwo lalek patrzących na nas i dziwne pozytywki. Alice jest klownem. Ciekawe, że nie ma żeńskiej odmiany tego słowa. Pracuje jako klown. Wśród lalek jest ta klasyczna, amerykańska lalka brzuchomówcy, nie pamiętam, jak ona się nazywa, ale w nocy jest straszna. Spoglądam na nią i widzę, że ona patrzy na mnie. Wstaję i ostrożnie odwracam ją twarzą do okna. Kładę się znów i wtedy widzę światło z dużego pokoju. Migające, wyraźnie telewizyjne światło. Ale bez głosu. W ciszy migające światło. Tak jakby któraś z lalek włączyła telewizor, ale nie potrzebuje dźwięku, bo i tak nie słyszy. Co robić? Trzeba wstać i zobaczyć. Trzeba być dzielnym. Już mam wstać, kiedy włącza się radio. Muzyczka, prezenter. Szlag! Ale nie słyszę, żeby ktoś chodził, ktoś się ruszał. Wybiegam do dużego pokoju! Nikogo nie ma. Gdzie Jasiek? Gra w kosza za domem. Nie mógł spać i poszedł pograć w kosza. Wyłączam radio i wyłączam lampkę! To nie był telewizor. To lampka! Lampka, która imituje migające światło telewizyjne. Imituje tak dobrze, że omal nie dostałem zawału. Włącza się światło na ganku. Potem w kuchni. Samo! Zafascynowany odkrywam centralkę, która steruje symulatorem obecności. Zaprogramowaną. Centralka włącza co jakiś czas radio, lampkę telewizyjną oraz symulatory chodzenia po domu i włączania i wyłączania światła. Centralnie sterowane duchy. Fascynujące! Gdyby to dostosować do polskich warunków, można by dodać głosy kłócącej się pary, warczącej na siebie nawzajem. W każdym razie jakoś udaje mi się to wyłączyć. Jasiek gra w kosza do świtu. rytm http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7032.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7032.html Fri, 18 Aug 2017 22:00:00 +0000 Więc jadę amerykańskim autem po pustynnej drodze. Z automatyczną skrzynią biegów. Pozycja P - parking, pozycja D - drive. Nie ma sprzęgła. Pod nogą tylko gaz i hamulec, więc parę razy odruchowo chcąc nacisnąć sprzęgło, wciskam hamulec i jest boleśnie. Nie za szybko. Ciągnie, żeby wdepnąć gaz, bo droga prosta, ruchu brak, ale jest zdradliwie. To ubity piach. Są wyrwy, niewidoczne nierówności, można zaryć.<br />Klimatyzacja, bo na zewnątrz efekt suszarki do włosów. Otwarte szyby to wlot parzącego powietrza. Zasuwamy. Zwiedzamy z Jasiem okolicę. Te domki, przed którymi dla żartu sobie niektórzy powkopywali w piach łodzie. Nikogo nie ma na zewnątrz. Wszyscy w domach albo gdzieś. I nagle widzimy na drodze postać. Ktoś idzie. Wiem z doświadczenia, że długo się tu iść nie da o tej porze dnia. Wiem też, że trzeba się zatrzymać. Wszyscy się tu zatrzymują w takiej sytuacji. To żelazna reguła. Ktoś idzie, jest środek dnia, trzeba się zatrzymać.<br />To starsza kobieta. Długie, rozpuszczone włosy, t-shirt, dżinsy. Widać, że jest padnięta. Od razu otwiera tylne drzwi i wsiada do środka.<br />Zawieziecie mnie do Landers? - pyta.<br />Cholera, nie wiem, czy sam trafię do Landers i czy potem trafię z powrotem. Lekko się dygam.<br />Podwiozę panią na stację benzynową przy głównej drodze.<br />OK.<br />Ona nic nie mówi i ja nic nie mówię, i Jasiu nic nie mówi. Bez słowa dojeżdżamy na stację benzynową, przy której jest sklep i bar. Dziękuje i wysiada. To wszystko.<br />Musimy zatankować. Płaci się z góry. Kasuje kobieta w sklepie.<br />Za 20 baksów proszę.<br />Płacę i teraz dopiero odblokowane.<br />Jedziemy w przeciwną stronę niż do Landers. Jedziemy do Yucca Valley, gdzie mamy wstąpić do Wallmarta. Po drodze do Yucca zatrzymuję auto pod górą, na której zboczu, pod szczytem jest dziwny znak ułożony z kamieni. Kilkakrotnie już przejeżdżaliśmy koło niego. Chcę zobaczyć. Nie jest wysoko. Dam radę. Samochód zostaje w dole, Jasiek siedzi z włączoną klimą, a ja wspinam się na zbocze. W trakcie orientuję się, że nie wziąłem nic na głowę, i nie wziąłem okularów przeciwsłonecznych. Trudno. Kamienie ciemnobrązowe. Wyglądają jak zastygnięta i pokruszona lawa wulkaniczna. Albo jak wielkie, rozrzucone, czekoladowe crispy. Im bliżej tego wzoru, tym większe wrażenie. To starannie poukładane tony kamieni. Z bliska nie widać oczywiście wzoru widocznego z dołu. Z bliska widać murek z kamieni biegnący dziwnym wężykiem. Można po nim pochodzić, można go dotknąć, można go powąchać, można zobaczyć, że o dziwo, wcale nie jest taki nagrzany. Można z jego perspektywy zobaczyć maleńkie auto w dole, Jasia, który postanowił jednak wyjść z samochodu i wspiąć się do mnie, drogę, ciężarówki i pasma przedziwnych, pięknych, bezdrzewnych gór spalonych słońcem. Ale nie widać wzoru, jaki się układa. Żeby zobaczyć wzór, trzeba zejść na dół. Wzór jest tajemniczy. Żeby wiedzieć, co oznacza, trzeba dojść do tablicy z tekstem i przeczytać. Że to artysta z Australii, Andrew Rogers pozostawił to tutaj. Że nazywa się to Rhytm of life. Rytm życia. Wzór z dołu, dziwny i enigmatyczny, dotyk, zapach, zdziwienie na górze i dojście do wyjaśnienia, które jest w tekście. Rhytm of life.<br />Schodzę zadowolony z siebie, że dałem radę, że bez problemu. Pewnie. Za pewnie. Noga się ślizga po piachu w dół i spadam kawałek. Porwane spodnie, szrama na nodze, krew. Kulejąc dochodzę do auta. Kogo podwoziliśmy? Co to za kobieta? Z tyłu wyglądała na nastolatkę, kiedy się odwróciła, zdziwienie. Twarz stulatki. Dlaczego nie podwiozłem jej do Landers? Powiedziałaby mi jak jechać. Trafiłbym z powrotem, zapytałbym kogoś najwyżej. Co mi zależało? Dlaczego się tu zatrzymałem pod tym wzorem? Po co? Po co to włażenie? Te kamienie po co? Kto je tam zbierał, układał? Żeby co? Co za rhytm of life? Ciepła krew z rany. Brudna. Piecze. Wulkaniczne crispy. Chłód klimatyzacji. Big Bear http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6903.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6903.html Mon, 14 Aug 2017 22:00:00 +0000 Coraz większe zaległości mam w tym pisaniu.<br />Big Bear. Kiedy się okazało, że tam jedziemy, zorientowałem się, że to jest to właśnie Big Bear, o którym napisałem w sztuce mojej, a co więcej, które ją jakoś zainspirowało, a na pewno dało jej tytuł. &bdquo;W środku Słońca gromadzi się popiół&quot; - tytuł wzięty z łażenia po stronach internetowych obserwatorium słonecznego w Big Bear. Stąd też fragment w sztuce o Big Bear w Kaliforni.<br />Opowiedziałem o tym. Zacytowałem fragment. O Aztekach, że tam żyli. Tak, wiem, że żyli tam Nawajo, a nie Aztekowie. Ale wcześniej! Aztekowie, jak się domniewywa obecnie, wyszli gdzieś z Kaliforni.<br />Piękne jezioro. Góry. Ludzie wypoczywają. Mam silne wrażenie, że trafiłem do własnej sztuki. Pod drewnianym daszkiem, na ławeczkach robimy sobie piknik. Jest wino, piwo, bułki, pomidory, rogaliki, ciastka. We wspaniałych nastrojach ruszamy na objazd jeziora. I. dopytuje się o moją sztukę. I. poczytała sobie o mnie przed moim przyjazdem. Przeczytała ponoć cały wielki tekst w kalifornijskim &bdquo;Theatre Forum&quot; o &bdquo;Nieskończonej historii&quot;. Joe chce jechać na drugą stronę jeziora, bo był tam kiedyś z kolegą i było fajnie. Dojeżdżamy i jest fajnie, ale nie da się pływać. Jezioro się bardzo odsunęło. Po długim molo między szuwarami idziemy popatrzeć na wodę i żaglówki. Wracamy i jedziemy dalej brzegiem. Jakieś ośrodki prywatne i wreszcie jest! Kawałeczek plaży i zejście do wody. Wszyscy idą spać, Jasiek idzie się kąpać, a ja z Joanną do obserwatorium.<br />Obserwatorium Słońca w Big Bear z największym na świecie teleskopem do obserwacji Słońca jest kilkaset metrów stąd.<br />Jest! Ukryte trochę. Trzeba zjechać w boczną, nieuczęszczaną drogę. Widać je z drogi. Za zamkniętą bramą. Jest małe. Malutkie, jak na obserwatorium. Na jeziorze stoi mały, biały budyneczek z teleskopową kopułką. Stoimy przed zamkniętą bramą. Dookoła piękne sosny z gigantycznymi szyszkami. Zbieram parę na pamiątkę i wtedy z budynku po drugiej stronie ulicy wychodzą dwie osoby i szybko orientujemy się, że oni tam mieszkają, ci naukowcy z obserwatorium. Uśmiechaja się do nas, uśmiechamy się do nich, i odjeżdżają samochodem, wciąż się uśmiechając. I już mamy odejść, kiedy wychodzi jeszcze jeden. I nie wyjeżdża samochodem, tylko idzie pieszo, więc zagaduję. Zatrzymuje się, uśmiecha, chętnie rozmawia.<br />Tak, to obserwatorium słoneczne. Tak, nie wygląda na wielkie, ale to prawda, że posiada największy na świecie teleskop słoneczny. Właśnie dziś jest szczególny dzień, bo nadają mu imię i mają w związku z tym małą uroczystość. Mieszka tu dziewięć osób zajmujących się obserwowaniem Słońca. Pyta, co tu robimy. Ma wyraźny francuski akcent. Zaciekawił się sztuką.<br />Naprawdę? Napisał pan sztukę inspirowaną naszym obserwatorium? A o czym? Wiem, trudno powiedzieć.<br />Hm... Powiedzmy, że o wpływie Słońca na życie ludzkie.<br />Acha, powiem wszystkim. Bardzo ich to zaciekawi. Niech pan nam przyśle, jeśli ma pan przekład.<br />Mówi, żebyśmy przeszli przez bramę, że teraz jest tam otwarte, bo właśnie ktoś tam poszedł.<br />Przechodzimy. Idziemy wąską ścieżką pod drzwi obserwatorium. Nie opuszcza mnie silne wrażenie, że błądzę po własnej sztuce, w jej środku. Widzimy tabliczkę z nadawaną dziś nazwą teleskopu. Będzie nazywał się Goody. Od nazwiska jednego z naukowców, którzy tu pracowali. Z drzwi wychodzi dwóch członków załogi obserwatorium. Gadamy z nimi. Jeden jest specjalistą technicznym od sprzętu pomiarowego, drugi mówi o sobie: telescope driver.<br />Napisał pan sztukę o nas? Naprawdę?<br />Nie, że o was, ale od was się zaczęło. Myśl się od was zaczęła. Iskra. Zapłon.<br />Opowiadają, dlaczego obserwatorium stoi na jeziorze. Że chodzi o taflę wody, o drgania. Niestety gubię się i trochę przestaję rozumieć. Wkurzają mnie czasem strasznie te moje braki w angielskim. A mam tak, że zacina mi się wtedy wszystko i milknie. I tak się stało teraz. Przestałem nadążać, zacięło mi się w środku i zamilkło. I rozmowa się skończyła.<br />Jeszcze fotografia na koniec, uśmiechy, pożegnania. Wracamy na przyjeziorną plażę. Zwierzęta http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6652.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6652.html Fri, 11 Aug 2017 22:00:00 +0000 Wieczorem, kiedy wracaliśmy z parku Joshua Tree i omawialiśmy spotkanie z muflonem, spotkaliśmy kojota. Biegł ulicą, nie samym środkiem, ale też nie z samego skraju. Swobodnie sobie biegł, nie reagując na samochody.<br />One tak robią - mówi J. - Nie boją się.<br />Przypomina mi się westernowych książek określenie -tchórzliwy kojot-. Skąd się to w takim razie wzięło? No ten wyraźnie się nie boi. Jest mały, młodziutki. Przypomina trochę skrzyżowanie psa z lisem. Zwalniamy i otwieramy szybę, żeby zrobić mu zdjęcia, ale jest ciemno, a jesteśmy w ruchu. Zdjęcia wyjdą niewyraźnie. Kiedy jedziemy obok, schodzi trochę. Ale nawet nie patrzy na nas. Patrzy przed siebie. Samochody za nami zwalniają. Wydarzenie na drodze. Kojot.<br />A to nie był koniec spotkań z kalifornijską fauną tego wieczoru. Bo siedzimy sobie i gadamy na ganku u Joe, popijamy meksykańskie piwo, patrzymy w gwiazdy, których widać bardzo dużo, szukamy różnic w gwiazdozbiorach, kiedy Joe woła nas:<br />Chodźcie coś zobaczyć!<br />Skorpion! Złapał skorpiona na ganku! Do słoika! Zobaczył skorpiona i poszedł do domu po słoik. Przykrył, sprytnie obrócił i zakręcił nakrętkę.<br />To mały skorpion. Są dużo większe - mówi.<br />Zaskakuje mnie jego kolor. Jest biały. No w każdym razie jasny. Może trochę piaskowy. W piasku pustyni pewnie zupełnie niewidoczny.<br />I co z nim zrobisz?<br />Wypuszczę go. Tylko nie teraz w nocy. Do rana wytrzyma w słoiku. Rano wyniosę go tam dalej i puszczę.<br />Joe mówi, że skorpiony nie są groźne. To mit.<br />Nawet psa by nie zabił - mówi. - W porównaniu z grzechotnikiem to nic. Ale grzechotnik też nie jest najgorszy.<br />Na skraju werandy, na drewnianej ścianie domu wisi krzyż. W okolicach krzyża mieszkają małe pajączki. Mówią na nie - czarne wdowy. Joe mówi, że są gorsze niż grzechotnik i nieporównanie gorsze niż skorpion. Trzeba uważać.<br />Nasz skorpion tymczasem przeżywa sesję fotograficzną w słoiku. Obfotografowujemy go ze wszystkich stron, a Joe podświetla go latarką. Cyrk!<br />Postanawiam jednak bardziej patrzeć pod nogi. Nawet na werandzie i nawet po piwie. Josuha Tree National Park http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6563.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6563.html Wed, 09 Aug 2017 22:00:00 +0000 Nie ma tygodnia, żeby coś tu się komuś nie stało. Sporo ludzi tu zginęło - mówi J., kiedy jedziemy przez Joshua Tree National Park.<br />Joshua Tree spopularyzowane zostało przez zespół U2. To chyba ich najbardziej znana płyta. Joshua Tree. Nagrywali ją tutaj, w miasteczku przy parku. Miasteczko Joshua Tree jest małą muzyczną Mekką. Słynie ze znakomitych, prywatnych studiów nagrań. I słynie z parku narodowego. Od czasu wydania płyty, przyjeżdża tu więcej turystów. Przyjeżdżają na jeden, dwa dni połazić po pustyni, pooglądać Drzewka Jozuego, porobić zdjęcia śladom po dawnych Indianach. I my to robimy.<br />Podobno całkiem niedawno amerykańska rodzina, która sobie tu przyjechała na weekend, zabłądziła. Szukali ich przez tydzień i w końcu znaleźli ledwo żywych w Meksyku. Nie wiedzieli, że przekroczyli granicę. Byli wycieńczeni. Mieli szczęście.<br />Pułapka nr 1<br />Rośliny. Wydają się niegroźne, niektóre śliczne, sympatyczne. Uwaga! One cię nie lubią. Boją się ciebie. Nie lubią, że tu jesteś. Idź sobie, bo cię zabijemy!<br />Wyjątek: Drzewo Jozuego. Schroń się w jego cieniu. Ono cię ocali.<br />Pułapka nr 2<br />Zwierzęta, owady. Niewidoczne. Jadowite.<br />Wyjątek: króliki. Bo na ząbki skalnych wiewiórek już ponoć trzeba uważać.<br />Pułapka nr 3<br />Złudzenie, że coś jest blisko. Idę, idę, dojdę tylko do tego głazu, wejdę na ten szczyt, jest bardzo blisko. Idziesz, a tu droga opada w dół i wije się między głazami, i w górę, i w bok, i znów spad, którego nie widziałeś. I wydawało się, że będziesz tam za pięć minut, a idziesz już czterdzieści i ciągle nie. W tę pułapkę wpadł Jasiek. A było to tak.<br />Idziemy razem, gadamy. Na chwilę milczenie. Oglądam się, a jego nie ma. Patrzę dookoła. Nie ma gdzie się schować. Ruchomych piasków też tu nie ma. Piach, roślinki niewysokie i głazy. Musiał zniknąć w tych skałach. Istotnie, jest tam szczelina. Musiał tam się wspiąć. Czekam. Czekamy z Darkiem, gadamy. Joanna czeka nieco dalej, na małym parkingu, przy aucie, gdzie są tablice poglądowe, drogowskazy, wszystko pozornie się wydaje oswojone. Jest gorąco. Nie ma ze sobą wody. Plecak i wszystko zostało w aucie, bo nie odeszliśmy daleko. Czekamy dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia. Czuję rosnący niepokój. Rozchodzimy się z Darkiem. Wołamy na cały głos. Nikt nie odpowiada. Nic nie slychać, tylko się echo odbija o głazy. Odtwarzam sobie w głowie tysiąc razy, jak idzie za mną, odwracam się i go nie ma. Badam tysięczny raz ścieżkę, którą szliśmy, rozwidlenie, na którym musiał skręcić i które znika w szczelinie. A może nie w tej szczelinie, może w innej. Postanawiam poczekać jeszcze dziesięć minut, wrócić po wodę i wspinać się na te skały. Czekamy jeszcze piętnaście. Wołamy. Jest! Odpowiada! Gdzieś z daleka. Po kolejnych dziesięciu minutach go widać. Jest zmachany, spocony. Przeprasza. Chciał dojść na szczyt skałki i stamtąd nas zawołać i pomachać nam. Wydawało się, że to bardzo blisko. Okazało się, że daleko i że ani nas stamtąd nie widać, ani nie słychać.<br />Ulga!!! Darek mi mówi, żebym nie walił mu kazania. Że on to zrobi. Krótko.<br />Mimo wszystko jedziemy dalej przez park, w następne miejsce, na następny szlak. Ktoś wraca tym szlakiem.<br />Uważajcie! Tam są kojoty!<br />Działa to na nas przeciwnie do zamierzonego skutku. Czym prędzej tam idziemy. Zobaczyć kojoty. Kojotów już nie ma. Za to zaskakuje nas bliskość muflona. Jest piękny! Stoi na skałach i patrzy na nas. Kiedy podchodzimy, spokojnie wyskakuje parę głazów wyżej, staje przodem do nas i znów patrzy z góry. Orientujemy się wreszcie, że chce zejść do wody i czeka aż sobie pójdziemy, dlatego tam stoi. Niechętnie odchodzimy.<br />Włazimy do wgłębienia w skale, w którym siadywali ludzie od setek lat, a może od tysięcy. Świadczą o tym malunki. Znaki zostawione przez ludzi, którzy tu mieszkali, a których nazwano z czasem Indianami. Widziałem podobne znaki, skalne rysunki w Afryce. Nieczytelne dla nas dziś symbole, ale też całkiem czytelne wizerunki ludzi i zwierząt. Dotykam tej skały. Dotykam rysunków, których dotykały tamte dłonie, tamci ludzie, którzy jak my, siedzieli w przytulnym wgłębieniu, słuchali cykad i patrzyli w zachodzące Słońce. UFO na pustyni http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6198.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6198.html Wed, 02 Aug 2017 22:00:00 +0000 <p>Jedziemy z Landers w głąb pustyni Mojave. To wielka pustynia rozciągajaca się poprzez cztery stany: wschodnią Kalifornię, Arizonę, Utah i Nevadę.</p><p>Jedziemy terenówką Joe. Zwykłe auto mogłoby mieć problemy z przejechaniem tą piaskową drogą. Na pakę ładujemy zapasy wody. Za nami obłoki piaskowego kurzu spod kół. Pustynia kojarzy się nam z malowniczymi wydmami piachu. Ale większość pustyń taka nie jest. Tu nie ma wydm. Jest płasko. Zupełnie płasko. W oddali widać bezdrzewne, nagrzane góry. Nie jest to też sam piach. Dookoła porasta monotonna roślinność. Do złudzenia w regularnych odstępach rosnące na piasku niewysokie roślinki. Nie wiem, jak się nazywają, ale z całą pewnością nie są przyjazne ludzkiej skórze. To już wiem z bolesnego doświadczenia, że nawet te najbardziej niewinnie wyglądające listki, gałązki i kwiatki posiadają trudne do usunięcia kolce, czasem niewidoczne gołym okiem, trucizny i inne pułapki. Ponadto, wąchając pustynne kwiatki, można się nieopatrznie natknąć na skorpiona lub grzechotnika. A najgorsze są, jak nas ostrzegają, niepozorne, niewielkie pajączki nazywane czarnymi wdowami. </p><p>I jak okiem sięgnąć dookoła, po horyzont widzisz piach rzadko usiany tymi roślinkami. I falujące z gorąca powietrze. Zero cienia. Pytam, co by się stało, gdyby nam samochód nawalił, co pewnie się raz na jakiś czas zdarza. Siadłaby klimatyzacja, w środku szybko nagrzałoby się nie do wytrzymania. Nie ma zasięgu. Nie ma jak wezwać pomocy.</p><p>- Dlatego mamy zapasy wody - mówi Joanna. </p><p>Najrozsądniej byłoby czekać. Nie iść, ale czekać. W tym skwarze daleko się nie zajdzie. Wiem, bo próbowałem. Pierwsze 15 minut spoko, wydaje ci się, że albo to bujdy z tym niebezpieczeństwem, albo ty jesteś wyjątkowo odporny, czujesz się świetnie, jest cool, byłeś przygotowany na coś znacznie gorszego, luz. Trzymasz butelkę wody, ale nawet nie chce ci się popijać. Myślisz sobie, że te napominania, żeby pić na zapas, nawet jeśli nie czujesz pragnienia, to ględzenie starych ciotek. Po upływie około kwadransa zaczynasz czuć, że faktycznie jest gorąco, ale bez przesady, dasz radę. Normalnie w ciągu dwudziestu minut jesteś w stanie przejść kilometr. Tu trochę nogi grzęzną w piachu, więc troszeczkę mniej. Powiedzmy, że kilometr minął po pół godzinie. Tak na oko. Zaczynasz zastanawiać się, ile kilometrów jeszcze jest do przejścia i czy po drodze będzie jakikolwiek, choćby lichy cień. Po czterdziestu minutach zaczynasz czuć niepokój z powodu uporczywej monotonii krajobrazu. Idziesz, idziesz, a ciągle wygląda tak samo, tak jakbyś stał w miejscu. Narastający niepokój wsącza się w krew. zmienia puls.Osłabienie przychodzi nagle. Kompletnie się nie spodziewałeś. Po prostu nagła fala zawrotu głowy. Aż zachwiało. Ale spoko. Chwilowe. Na pewno chwilowe - uspokajasz się. Nie chce ci się pić. Pijesz, żeby się uspokoić. Picie to jedyne, co możesz zrobić, żeby się uspokoić. Mam wodę, piję, jest ok, nie zdechnę, dopóki mam wodę. Po godzinie zaczynasz mieć dziwne myśli. Że chodzisz w kółko. To przecież niemożliwe, cały czas szedłeś prosto. No raz może skręciłeś. Może dwa. Ile skrętów trzeba, żeby iść w kółko? Zaczynasz się bronić przed: WSZYSTKO MI JEDNO.</p><p>Nie wiesz, czy minęło godzinę dziesięć, czy godznię pięćdziesiąt, czy dwie. Nie chce ci się sprawdzać. W zasadzie wszystko ci jedno.</p><p>Jeszcze odganiasz myśl, żeby gdzieś usiąć i odpocząć, nawet jeśli nie ma cienia, no już trudno. Tylko na chwileczkę. </p><p>Strasznie chce ci się spać. Masz trudny do odparcia atak strasznej senności. </p><p>No jakoś tak to wygląda.</p><p>Podobno silny, zdrowy człowiek jest w stanie przeżyć tu cztery godziny.</p><p>Więc nie iść, tylko czekać. Tu jest droga przez ten piach. Nie jest zasypana. To znaczy, że nią jeżdżą. Jak nie będziesz iść, będziesz mieć więcej sił, żeby doczekać. </p><p>Nic się nie psuje. Dojeżdżamy. Skały i głazy, które dają cień. Giant rock - legendarny głaz. Mówią, że to największy na świecie luźno stojąco głaz. 540 metrów kwadratowych. No być może. Myślę sobie o bliskiej Polakom tendencji Amerykanów, żeby różne rzeczy czynić wyjątkowymi i jedynymi na świecie. No bo największy luźno stojący, to znaczy, że pewnie są większe stojące nie luźno, tylko np. na skałach. A co różni Giant Rock od skały? Skały są większe. No ale dobra. Liczy się legenda. Mówią, że to było święte miejsce dla Indian, którzy tu żyli. To akurat możliwe. Wygląda to wystarczająco niesamowicie. Pewnie na Indianach też robiło wrażenie. Obok największego głazu leżą pomniejsze. A ciut dalej górka, na którą się wspinamy z puszkami piwa w dłoniach. Za górką skała, pod którą w miłym cieniu spożywamy meksykańskie piwo.</p><p>Pod Giant przyjeżdża się biwakować. Są ślady ognisk. Są paleniska świeże i są starsze, i są bardzo stare z głębokimi opaleniami skały powyżej, możliwe, że jeszcze poindiańskie. No i sporo graffitti, wiadomo. Co ciekawe, prawie nie ma śmieci. I tylko jedna kupa z kawałeczkami papieru toaletowego. </p><p>W tym miejscu, pod Giant Rock w roku 1953 medytował George van Tassel, mechanik samolotowy i inspektor lotów. W trakcie medytacji przyleciało UFO. Przekazali mu instrukcje. Zgodnie z nimi zbudował niedaleko stąd okrągłą budowlę. Zgodnie z instrukcją nazwał ją Integratron. Budowla stoi do dziś i do dziś odbywają się w niej zloty ufologów oraz kąpiele w dźwięku. </p>