blog.bielsko.pl arturpalyga.blog.bielsko.pl | Artur Pałyga arturpalyga.blog.bielsko.pl | Artur Pałyga http://www.blog.bielsko.pl/ pl-pl Mon, 16 Oct 2017 22:00:00 +0000 Mon, 16 Oct 2017 22:00:00 +0000 5 notka przelotowa http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8924.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8924.html Mon, 16 Oct 2017 22:00:00 +0000 <p>Powrót z kilkudniowego pobytu w Warszawie. Strefa Wolnosłowa. Próby do spektaklu polsko-irańskiego. Premiera ma być 15 grudnia. Mieszkanie na Czerniakowie u Alicji i Łukasza. Spotkania w Kulturalnej. Warszawski Festiwal Filmowy. Próbujemy Independence Party. Wieczorami wspaniałe rozmowy z Pawłem, z Anetą, z Julianną. Julianna, która chodziła do mnie na bydgoską szkołę pisania, a teraz studiuje na MISHu na UW, mówiła mi takie rzeczy, że pomyślałem, że to mogłaby być wspaniała mowa pogrzebowa nad moją trumna kiedyś.</p><p>Wracam więc w nastroju: &quot;Dzięki! Jakie to wszystko było świetne!&quot; W pociągu czytam &quot;Spór o początki państwa polskiego&quot;. Fascynujące! Od razu pomysły na sztukę.</p><p>Telefon z Moskwy w sprawie przekładu monodramu o Skłodowskiej-Curie. To prawda, mylę numerację scen, niestaranne te teksty wysyłam. W przyszłym tygodniu będzie czytanie w Jekaterynburgu. Ciekawe jak przyjmą ten fragment, jak Marysia nie cierpi Ruskich i przeciw Ruskim wymyśla nazwę - polon.</p><p>A dziś nagywali ten monodram w Polskim Radiu. Będzie leciał w Jedynce. Magda Górska i Jadwiga Jankowska-Cieślak będą moją Marią, Manią, Marysią Skłodowską. Wojtek Urbański - reżyseria.</p><p>Monodram mój o Skłodowskiej, który się nazywa &quot;W promieniach&quot; i wcale nie musi być monodramem, bo to Marie w różnym wieku, grany jest w teatrach szkolnych w różnych miejscach w Polsce, co cieszy mnie szczególnie. </p><p>Telefon ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich. Od Ani. W sprawie spektaklu polsko-irańskiego i historii polskich uchodźców do Iranu.</p><p>Świat coraz mniejszy. </p><p> </p><p>Nie opisałem wyjazdu na Zamojszczyznę na pogrzeb babci Władzi. Zaznaczam tylko, że był. Kiedyś opiszę. </p> Pamiątka http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8562.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8562.html Mon, 02 Oct 2017 22:00:00 +0000 <p>Nie wiem, czy to znak zdecydowanego już przejścia na drugą połowę życia, czy co, ale nieustannie przypływają, pulsują zapisane w głowie obrazy, chwile sprzed lat. Ten pierwszy zapisałem w głowie świadomie i dobrze to pamiętam. Sam w sobie nie ten obrazek nie ma wielkiego znaczenia. Jest jak pierwsze użycie kamery filmowej, sprawdza możliwości. Ale ten następny z upływem czasu rośnie w głowie i wciąż jest żywy.<br />Więc najpierw idziemy na wieżę. Patrzę na nich. Są po mojej lewej ręce. Gosia, Łukasz, Szymon. Białoruś. Mścisław. Lato. Patrzę na nich. Są na tle jakiejś zrujnowanej chatki. Idziemy marszowym krokiem po asfalcie. Szosą I myślę sobie, że chcę zrobić zdjęcie w głowie swojej. Że chcę tę migawkę zatrzymać. Nie, że akurat to jest jakieś szczególnie istotne na tle pozostałych obrazów, ale chciałem spróbować, czy się da. Czy umiem robić takie zdjęcia, które są tylko w głowie i które potem w głowie mogę sobie oglądać, kiedy zechcę. I czy będą trwałe. Ze dwadzieścia lat już minęło. Jest. I nieraz samo się pojawia, jak w samouruchamiającej się przeglądarce. Jest jasno. Gosia jest uśmiechnięta. Łukasz pozornie poważny, ale w głowie układa coś zabawnego, co za chwilę powie. Szymon patrzy gdzieś w bok.<br />Nie pamiętam, jak są ubrani. Nie pamiętam szczegółów krajobrazu. Za to utrwaliły się w tej migawce relacje między nimi, między nami oraz dróżki w przeszłość i przyszłość. To jak punkt, którego dotykasz i ukrytymi podskórnymi żyłami tłoczy się krew we wszystkie miejsca. I łączy się z pierwszym dniem na Białorusi, kiedy nas Karol położył w jakimś pokoju, w jakimś bloku, gdzie były bardzo stare materace i generalnie bałagan straszny i surowo. I jak się Gosia rozpłakała. Byliśmy zmęczeni po długiej, niewygodnej podróży. Znam to uczucie, kiedy już sobie marzysz o tym, jak się wygodnie ułożysz, zrobisz sobie gorącej herbaty i poczytasz książkę i będzie ekstra. A tymczasem jest beton, brudno i materac śmierdzi. Ale świat jest raczej taki właśnie niż inny. Choć często umiejętnie stwarza pozory, że nie. Potem oswoiliśmy te materace i ten beton.<br />I wieża! Największy strach w życiu przeżyłem pod tą wieżą. To był monastyr. Zakonników aresztowano, jeden zwariował i mieszkał tam sam. Nie wiadomo, co się tam działo, kogo tam trzymali, czy co. Monastyr rozwalony teraz. Zostały strzępy ściany. Bardzo wysokie strzępy. Tak jakby wyburzyć dziesięciopiętrowy blok na Beskidzkim tak nieumiejętnie, że zostanie tylko kawałek jednego boku, bez dachu, kąt prosty i kawałek drugiego, krótszego. I schody na górę zostały. Spiralnie kręcone w wieży. Zakurzone. Trzeba uważać, bo się sypie. Stąpniesz, a nadłamany schodek pęka i gruz się sypie, i kurz. Ale da się wspiąć dość bezpiecznie. Korytarzyk schodowy jest wąski i jak w tych starych wieżach, imponująco kręcony. Wszedłem tam z nimi, spojrzeć z góry. Schodzę, oni zostali. Nie pamiętam tej rozmowy, nie pamiętam &bdquo;Idź, zaraz przyjdziemy!&quot;.<br />Pamiętam, jak stoję pod tą wieżą i patrzę, jak wychodzą z niej i idą po murze. Jak linoskoczkowie idą, tylko, że po pojedynczej warstwie cegieł, a nie po linie. Z jednej strony lepiej niż po linie, bo szerzej, noga się lepiej mieści, z drugiej - cegły obsypują się. Gosia idzie ostatnia. Jest zakochana w Łukaszu, więc idzie, żeby mu pokazać, że się nie boi, że jest zuch dziewczyna. Łukasz nie chce wyjść na starego, który jej zakazuje, więc tylko ją uspokaja, żeby ostrożnie.<br />Patrzę z dołu i nie chcę patrzeć. Tak, to jest największa możliwa brawura, i głupota i coś niesamowicie idiotycznie wyzywającego. Jedna cegła, która się zachwieje pod nogą, jeden krok nieostrożny. Widzę już w swojej głowie, jak Gosia spada, jak leży pod tą wieżą, jak muszę do niej podejść, sprawdzić to, co wiem i jak potem muszę pojechać do tej Istebnej do jej mamy, wejść do mieszkania, powiedzieć. Bo nawet nie miałem numeru telefonu.<br />To trwało i trwało, to spadanie w głowie. Dalej trwa.</p><p>Byłem starszy, ja ten wyjazd zorganizowałem. Formalnie nie byli pod moją opieką, ale oczywiście to ja byłem odpowiedzialny. </p><p>Bałem się ruszyć, bałem się odezwać. Miałem ochotę krzyczeć, drzeć się na nich, jacy są niesłychanie głupi w tym momencie. Ale bałem się, że jakakolwiek moja reakcja, nie daj Boże okrzyk, wywoła zawahanie, niepewność nogi, potknięcie.</p><p>Roznosiła mnie wściekłość i strach, więc przestałem patrzeć. Skuliłem się i schowałem twarz w dłonie. I czekałem.<br />Zeszli cali i zdrowi i to było moje pierwsze w życiu, jakie osobiście przeżyłem, zmartwychwstanie.</p> Nieopisana Toskania http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8280.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8280.html Sun, 24 Sep 2017 22:00:00 +0000 <p>Ponieważ zależało mi, żeby jak najwięcej opisać ze Stanów, nie napisałem ani słowa o późniejszym wyjeździe, którego ślad również chciałbym tu zostawić. Tak się stało, że po latach ten blog okazuje się publiczno-prywatnym archiwum, w którym szukam czasem różnych rzeczy. Więc i o Toskanii powinno być odnotowane.</p><p>Daniela Scarpari, aktorka brazylijska, którą poznałem w Iranie, mieszka z rodziną właśnie w Toskanii, konkretnie w Pizie. W Teheranie dużo gadaliśmy o naszych dzieciach.</p><p>- Przyjedź z rodziną do nas, do Pizy. Mamy dużo klocków lego. Dzieci się ucieszą - powiedziała Daniela.</p><p>Okazało się, że wtedy, kiedy mógłbym pojechać, Daniela z dziećmi wyjechała akurat do rodziny swojej, do Brazylii.</p><p>- Przyjeżdżajcie, jak nas nie ma. Alex, mój mąż będzie. Ugości was - powiedziała.</p><p>A zatem zaraz po powrocie ze Stanów z Jasiem przepakowaliśmy się, i z Beatą i Mikołajkiem wyruszyliśmy autem do Pizy. Jechaliśmy spokojnie, nie spiesząc się, wyspani, bez stresu, więc wypadł nam nocleg jeszcze w Austrii, i tu już pamięć koroduje i nie pamiętam nazwy miejscowości. Gdzieś w małej mieścince pomiędzy Grazem a granicą z Włochami. Niskie Alpy. Nazajutrz przejechaliśmy przez wysokie tymi wszystkimi imponującymi tunelami.</p><p>W Pizie okazało się, że ulica San Martino, przy której mamy mieszkać, znajduje się w samiutkim centrum Pizy, na starówce, kilkaset metrów od słynnej Wieży. Nie wolno więc tam wjeżdżać samochodem.</p><p>Alex zostawił nam mieszkanie i poszedł mieszkać z ojcem. Drugi raz spotykam się z taką postawą. W tamtym roku poznana w internecie Bretonka użyczyła nam bezpłatnie swoje mieszkanie i poszła mieszkać z mamą. A teraz tu. Ludzie są niesamowici.</p><p>Mieszkanie niezwykłe, bo niezwykle stare. Kamienica z XIII wieku!!!!!! Wtedy był czas świetności mieszczańskiej, kupieckiej Pizy. W mieszkaniu niesamowicie wysokie sufity. charakterystyczne sklepienia. Ile pokoleń pizańskich mieszczan tu żyło! Dorobiono łazienkę i nowoczesną bardziej kuchnię. Codziennie miałem intensywne sny związane z poprzednimi mieszkańcami tego domu. </p><p>W sumie byliśmy tam dwa tygodnie z hakiem, objeżdżając całą zachodnią i środkową Toskanię.</p><p>Lukka, Viareggio, Florencja, Alpy Apuańskie i Carrara, Pietrosanta, Vinci, San Gimignano, Siena, plaże z niewiarygodnie ciepłym morzem w Marina di Pisa, biała plaża poniej Livorno i wyprawa na wyspę Elbę. Jedliśmy pizze i lasagne, piliśmy wino, zwiedzaliśmy i kąpaliśmy się całą czwórką.</p><p>Jeśli miałbym coś wyróżnić szczególnie i osobiście to nocne moje, samotne spacery po Pizie, włóczenie się tymi wąskimi uliczkami oraz Vinci, malutka, ogromnie malownicza miejscowość, do której trafiliśmy przypadkiem, a która szczyci się, że tam się urodził Leonardo.</p><p>Pięknie było.</p><p>Grazie, Daniela! </p> Nieopisana Ameryka http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8079.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,8079.html Sun, 17 Sep 2017 22:00:00 +0000 <p>Znika wszystko, co nieopisane. Pozostają strzępy. Z drugiej strony - pisać, czy żyć w tym czasie?<br />Nie udało mi się opisać całej amerykańskiej wyprawy, ale i tak więcej niż poprzednio afrykańskiej, więc jest jakiś postęp. Rozjazd czasowy był coraz większy. No trudno.<br />Nieopisane zostały:<br />Wyjazd do Arizony i pięćdziesiąt stopni w cieniu.<br />Mieszkanie w domku kempingowym w Sedonie.<br />Red Rocks - czerwone góry.<br />Dzień nad Wielkim Kanionem i ta niezmierna cisza, jaka z niego bije.<br />Granie w golfa z Jasiem.</p><p>Spotkanie z Apaczami.</p><p>Spotkanie z Navajo. </p><p>Phoenix, wystawa Fridy Khalo w miejskim muzeum. Poza tym indiańskie laleczki, ozdoby oraz wystawa poświęcona przymusowej anglo-amerykańskiej edukacji Indian, trochę odpowiednik naszej germanizacji za Bismarcka.</p><p>Nasz wielki wieczór w Los Angeles, czyli wernisaż wystawy obrazów Joanny i Darka oraz mój teatr tekstu. Tekst specjalnie na ten wieczór napisałem i sam przetłumaczyłem, konsultując go tylko potem szybciutko ze znajomą tłumaczką.<br />Nocleg u Andrew Kolo w Hollywood.<br />Inna twarz Hollywood, poza bulwarem. Całkiem przyjemna, zielona dzielnica pod górami. Spacerowanie pod napisem. Góry niebezpieczne, bo wyglądają bezpiecznie, a łatwo się z nich ześlizgnąć. Tu się właśnie zabił Krzysztof Komeda.<br />Polacy w Hollywood. Wspólne palenie papierosów i picie piwa.<br />Samotny spacer po Hollywood. Duża przyjemność. Cieszę się, że mogłem poznać tę dzielnicę poza deptakiem.<br />Ostatni raz na plaży. Santa Monica. Wiatr. Dluga rozmowa z panią, która opiekowała się Janem Kottem aż do jego śmierci.<br />Drugi wieczór u Andiego.<br />Wizyta pod domem Charliego Chaplina.<br />Ostatnia kawa z Joanną i z Darkiem koło lotniska w LA.<br />Powrót. W samolocie we Frankfurcie Jasiek zapomina kapelusza, a ja ciasteczek na prezent. Beata i Mikołaj na lotnisku w Katowicach.</p> Gwiazdozbiory Ingebory http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7664.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7664.html Sun, 03 Sep 2017 22:00:00 +0000 Ingebora jest jedną z kobiet pustyni. Była dziennikarką w BBC i nie wiem, kim jeszcze. Dużo się śmieje i opowiada o swoich dzieciach, które jej nie odwiedzają. Mieszka sama w ładnym domu w Joshua Tree. Zaprosiła nas na wieczór do siebie.<br />Kupujemy wino, robimy zakupy. D. oferuje się, że zrobi jeść. Bo Ingebora zastrzegła, że nie robi nic do jedzenia. Jak chcemy, to możemy u niej w kuchni zrobić. No dobra.<br />Zrobiliśmy z Jasiem zakupy, uważając, żeby przy kasie nie dotykał butelek z winem i przyjechaliśmy do Joshua ciut wcześniej. Czekamy na resztę, snując się po miasteczku. Klasyczna amerykańska mieścinka z jedną ulicą wzdłuż jedną wszerz. W centrum budyneczki, które wyglądają, jakby pamiętały czas gorączki złota. Podobnie jak specjalne płotki do przywiązywania koni. Na chodniku natykamy się na młodego faceta, który półnagi leży na wznak i śpiewa. Ma wojskowe spodnie i wojskowy plecak. Potem wstaje i chodzi tam i z powrotem, mówiąc głośno do siebie. Chciałem usiąść gdzieś przy kawie, ale jedyny czynny lokal to mała pizzeria. A w pizzerii nie podają kawy. Nie to co u nas, gdzie kawę da się kupić wszędzie. Siedzimy więc przy coke. Bo tak się tu nazywa coca colę. Nie proś o colę, bo nikt nie zrozumie. Proś o coke. Siedzimy w ogródku pizzeri, sącząc coke i patrzymy na przeszkloną salę obok. Kilkanaście osób leży na podłodze na wznak. Identycznie jak ten gość, który dalej chodzi po uliczkach Joshua i gada do siebie. Ale ci tutaj nie są półnadzy. Przyglądam się niedyskretnie. To joga. Ćwiczą jogę.<br />Półnagi półwojskowy łazi po ulicy, która się nazywa ulicą Weteranów. Idziemy nią kawałek. W tle widać bezdrzewne, pustynne góry. Idziemy ulicą Weteranów w Joshua Tree. Mijamy pojemnik na flagi. Tylko flagi - informuje napis. Flagi państwowe są tu wszechobecne. Powiewają na domach, autach, motocyklach, ozdabiają knajpy, są częścią ubrania. A tu się je wyrzuca. Do pojemnika przy ulicy Weteranów. Na końcu ulicy Weteranów jest knajpka weteranów. Piszą na szybie, że weterani zapraszają na posiłki. O tej porze, pod wieczór posiłków nie ma. Weterani patrzą w telewizor i piją piwo.<br />To jest pewne, że na brak weteranów tu nie narzekają. Od wojny z Filipinami w początkach XX wieku, ten kraj nieustannie jest na jakiejś wojnie. Weterani patrzą na nas ciekawie. Zapominam! Zapominam, że tu jest inaczej niż w Europie. Normalni ludzie nie spacerują po ulicach. Jak gdzieś idziesz, to podjeżdżasz autem, wysiadasz i wchodzisz. Jedyni spacerujący to my z Jasiem oraz ten półnagi świr. Poza tym chodniki są puste. A weterani podejrzliwi. Wycofujemy się na pozycje. Pojawia się Darek i Joanna i Joe. Idziemy do Ingebory.<br />Nasze mieszkania i domy są podobne do mieszkań i domów ludzi mieszkających koło nas. To kolejny dom tutaj, w którym jestem i szukam punktów wspólnych. Parterowy, niepodpiwniczony, z gankiem. Z ganku wchodzi się od razu do salonu, który jest w centrum, a po bokach ma sypialenkę, gabinecik a po drugiej stronie kuchnię. I ogród. Jak widzę, ważna rzecz tutaj. Kolejny ogród, którego zasadą jest pomysł. Że chodzisz i widzisz, że ktoś miał pomysł na ten ogród. Trochę zwariowany, trochę dziwny, ale bez przesady. W ogrodzie Ingebory są jakby pokoiki-sektory, którymi można spacerować dookoła. Jest sektor - odpowiednik salonu, z krzesłami, jest w następnym ogrodowym pokoiku łóżko pod gołym niebem. Pościelone. Strasznie mi się to podoba. Wymykam się potem w trakcie imprezy, leżę i patrzę w gwiazdy. I myślą wytyczam linie między nimi, łącząc je w struktury, konstrukcje, gwiazdozbiory.<br />Jak połączysz w myśli, to już tak potem zostanie - mówi ogród. I rzeczywiście, linie międzygwiezdne, które wytyczyłem na tym łóżku, są tam potem, zostają. I powodują, że nie umiem skupić się na rozmowie. Mam przesilenie. Przytułek dla koni w Yucca http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7403.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7403.html Sun, 27 Aug 2017 22:00:00 +0000 Okazało się, że kilometr od domu Alice jest przytułek dla koni. Podjechaliśmy tam z Jasiem.<br />Ranczo jest z dwóch stron piaskowej drogi. W skwarze stoją dziesiątki koni.<br />Nie martw się. Koniom to nie szkodzi - mówi Jasiek. - Konie się świetnie dostosowują do klimatu. Zresztą na preriach świetnie sobie żyły.<br />Wychodzi do nas pani. W dżinsach, w czapce z daszkiem. Pani rancza-przytułku. Zwożą do niej chore oraz nieprzystosowane konie. I nie tylko konie. Jest trochę osłów, jakaś lama, kozy. II parę alpak, które ponoć są świetne przeciw kojotom. Ale głównie konie. Po prostu kiedyś zaczęła się nimi zajmować, poszła fama i pojawiały się kolejne.<br />Nie chce pani konia? Nie chcę go oddać na rzeź, a nie mam, co z nim zrobić.<br />Zaczęli pojawiać się wolontariusze. Dzieci, młodzież, dorośli z całej okolicy. Kilkadziesiąt osób za darmo czyści te konie, dba o nie, karmi je. Pojawili się donatorzy sponsorujący paszę. A koni przybywało. Pojawiły się wreszcie wycieczki i indywidualni zwiedzający, jak my. Przytułek stał się słynny. Kartka informuje, że zwiedzających prosi się o wolne datki. Można też pojeździć. Również za wolne datki. Gospodyni chodzi z nami od konia do konia, od konia do osła, od osła do kozy, od kozy do konia i opowiada o każdym zwierzęciu, tuli je, mówi do nich, czasami grucha jak do dziecka. Widać, że raczej to wszystko wielka amatorka i trochę prowizorka. W zupełnym kontraście do rancha Monty Robertsa.<br />Chcesz przyjść pojeździć, pomóc? - pyta szefowa Jasia. - Wpadaj, kiedy zechcesz, na jak długo zechcesz.<br />Zostawiam go tam i idę pobyć pierwszy raz od dawna trochę sam ze sobą. Nic nie robić. Siedzieć w domu Alice, siedzieć na ganku, patrzeć na figurki, myśleć, a trochę nie myśleć. Nic nie musieć. Przez dwie godziny. Rozkosz.<br />Kiedy wracam po Jasia, jeździ na traktorze z dziećmi i rozrzucają koniom siano.<br />Świetnie jeździ po angielsku - mówi szefowa. - My jeździmy inaczej. Ale w angielskiej jeździe jest świetny.<br />Amerykański styl w Polsce nazywany jest westernowym. Są inne siodła, zupełnie inny sposób traktowania konia, kompletnie inne podejście do sposobu jazdy. Angielski styl jest elegancki, ważne jest proste trzymanie się w siodle itp. Jak sądzę, wywodzi się z rekreacji brytyjskiej arystokracji. Amerykański sposób jazdy jest wiejski. Od ranczerów. Od chłopskiego dosiadania konia. Kij tam z elegancją. No i w angielskiej szkole, na co zwraca uwagę Jasiek, konia traktuje się zdecydowanie lepiej. Jeździec po angielskiej szkole jazdy, jakiej powszechnie uczy się w Europie, czuje fizyczny ból, kiedy widzi, jak amerykański jeździec brutalnie poczyna sobie z koniem.<br />Ona mnie zapytała, czy jeżdżę z ostrogami! - oburza się Jasiek. - W Europie używanie ostróg jest zabronione od lat!<br />Ale jeździł na siodle westernowym. Jeździł bez siodła i jeździł po angielsku. A potem rozrzucał siano. Ma mnóstwo uwag co do amatorskiej organizacji rancza i traktowania tych koni. Imponuje mi swoją wiedzą.<br />Kiedy podjeżdżamy pod dom Joe, okazuje się, że na piaskowych drogach spadła nam guma spod zderzaka i wlecze się pod kołami auta. Trzeba odkręcić, przymocować i poprzykręcać na nowo. Żeby ułatwić pracę, Darek wyciąga podnośnik, lewarek i podnosi auto. Joe jest zdumiony. Wyciąga instrukcję do podnośnika. - Trzeba poczytać instrukcję!<br />W końcu przyjmuje jednak do wiadomości, że tam, na tym Dzikim Wschodzie faceci majstrują przy autach samodzielnie, bez mechaników i bez instrukcji, bo życie mają twarde. I tak pierwszy raz w życiu i może ostatni nie czuję się przy aucie jak kompletny ignorant. Śmiesznie.<br />Przyjemne popołudnie zakończone kalifornijskim winem z wallmarta. I znów ocean gwiazd. Symulatory http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7258.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7258.html Wed, 23 Aug 2017 22:00:00 +0000 Przeprowadzamy się z Jaśkiem do Alice. Też w Yucca Valley, też na pustyni, ale ze dwa kilometry dalej.<br />Zgodnie z poleceniami po wejściu oglądamy wszystko, czy nie ma jaszczurek, skorpionów, węży, pająków i innych takich. I trzeba pamiętać, żeby zawsze zamykać drzwi, żeby nic nie wlazło.<br />Dom Alice stoi na skraju zamieszkanej części pustyni. Dalej już tylko piach i pustynna roślinność. Trudno nam zasnąć. Nasłuchujemy.<br />Alice jest w Los Angeles. Dom na pustyni, jak rozumiem, traktuje jak domek na działce. Teraz jest pusty. J. opowiada, że czasami ludzie chcą, żeby znajomi u nich mieszkali pod ich nieobecność. Nie brakuje włamywaczy, i to niekoniecznie takich, co kradną, ale takich, co chcą pomieszkać. Opowiada, jak ostatnio znajomy wchodząc do domu, wypłoszył takiego dzikiego lokatora. Tak się spieszył, że zostawił wszystkie swoje rzeczy i włączony telewizor.<br />Dom Alice ogólnie jest niesamowity. Od pierwszego wejrzenia. Przed bramą ozdobioną na sposób westernowy, stoi w piachu pustyni konik na biegunach. Na podwórzu przed domem - masę dziwnych przedmiotów, starych zabawek, pajacyków, kurek, kaczuszek. I wanna kowbojska - znaczy coś w rodzaju balii. W pustynnym, przydomowym ogrodzie zabawki, figurki, domki poukładane w labirynty. W domu mnóstwo lalek patrzących na nas i dziwne pozytywki. Alice jest klownem. Ciekawe, że nie ma żeńskiej odmiany tego słowa. Pracuje jako klown. Wśród lalek jest ta klasyczna, amerykańska lalka brzuchomówcy, nie pamiętam, jak ona się nazywa, ale w nocy jest straszna. Spoglądam na nią i widzę, że ona patrzy na mnie. Wstaję i ostrożnie odwracam ją twarzą do okna. Kładę się znów i wtedy widzę światło z dużego pokoju. Migające, wyraźnie telewizyjne światło. Ale bez głosu. W ciszy migające światło. Tak jakby któraś z lalek włączyła telewizor, ale nie potrzebuje dźwięku, bo i tak nie słyszy. Co robić? Trzeba wstać i zobaczyć. Trzeba być dzielnym. Już mam wstać, kiedy włącza się radio. Muzyczka, prezenter. Szlag! Ale nie słyszę, żeby ktoś chodził, ktoś się ruszał. Wybiegam do dużego pokoju! Nikogo nie ma. Gdzie Jasiek? Gra w kosza za domem. Nie mógł spać i poszedł pograć w kosza. Wyłączam radio i wyłączam lampkę! To nie był telewizor. To lampka! Lampka, która imituje migające światło telewizyjne. Imituje tak dobrze, że omal nie dostałem zawału. Włącza się światło na ganku. Potem w kuchni. Samo! Zafascynowany odkrywam centralkę, która steruje symulatorem obecności. Zaprogramowaną. Centralka włącza co jakiś czas radio, lampkę telewizyjną oraz symulatory chodzenia po domu i włączania i wyłączania światła. Centralnie sterowane duchy. Fascynujące! Gdyby to dostosować do polskich warunków, można by dodać głosy kłócącej się pary, warczącej na siebie nawzajem. W każdym razie jakoś udaje mi się to wyłączyć. Jasiek gra w kosza do świtu. rytm http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7032.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,7032.html Fri, 18 Aug 2017 22:00:00 +0000 Więc jadę amerykańskim autem po pustynnej drodze. Z automatyczną skrzynią biegów. Pozycja P - parking, pozycja D - drive. Nie ma sprzęgła. Pod nogą tylko gaz i hamulec, więc parę razy odruchowo chcąc nacisnąć sprzęgło, wciskam hamulec i jest boleśnie. Nie za szybko. Ciągnie, żeby wdepnąć gaz, bo droga prosta, ruchu brak, ale jest zdradliwie. To ubity piach. Są wyrwy, niewidoczne nierówności, można zaryć.<br />Klimatyzacja, bo na zewnątrz efekt suszarki do włosów. Otwarte szyby to wlot parzącego powietrza. Zasuwamy. Zwiedzamy z Jasiem okolicę. Te domki, przed którymi dla żartu sobie niektórzy powkopywali w piach łodzie. Nikogo nie ma na zewnątrz. Wszyscy w domach albo gdzieś. I nagle widzimy na drodze postać. Ktoś idzie. Wiem z doświadczenia, że długo się tu iść nie da o tej porze dnia. Wiem też, że trzeba się zatrzymać. Wszyscy się tu zatrzymują w takiej sytuacji. To żelazna reguła. Ktoś idzie, jest środek dnia, trzeba się zatrzymać.<br />To starsza kobieta. Długie, rozpuszczone włosy, t-shirt, dżinsy. Widać, że jest padnięta. Od razu otwiera tylne drzwi i wsiada do środka.<br />Zawieziecie mnie do Landers? - pyta.<br />Cholera, nie wiem, czy sam trafię do Landers i czy potem trafię z powrotem. Lekko się dygam.<br />Podwiozę panią na stację benzynową przy głównej drodze.<br />OK.<br />Ona nic nie mówi i ja nic nie mówię, i Jasiu nic nie mówi. Bez słowa dojeżdżamy na stację benzynową, przy której jest sklep i bar. Dziękuje i wysiada. To wszystko.<br />Musimy zatankować. Płaci się z góry. Kasuje kobieta w sklepie.<br />Za 20 baksów proszę.<br />Płacę i teraz dopiero odblokowane.<br />Jedziemy w przeciwną stronę niż do Landers. Jedziemy do Yucca Valley, gdzie mamy wstąpić do Wallmarta. Po drodze do Yucca zatrzymuję auto pod górą, na której zboczu, pod szczytem jest dziwny znak ułożony z kamieni. Kilkakrotnie już przejeżdżaliśmy koło niego. Chcę zobaczyć. Nie jest wysoko. Dam radę. Samochód zostaje w dole, Jasiek siedzi z włączoną klimą, a ja wspinam się na zbocze. W trakcie orientuję się, że nie wziąłem nic na głowę, i nie wziąłem okularów przeciwsłonecznych. Trudno. Kamienie ciemnobrązowe. Wyglądają jak zastygnięta i pokruszona lawa wulkaniczna. Albo jak wielkie, rozrzucone, czekoladowe crispy. Im bliżej tego wzoru, tym większe wrażenie. To starannie poukładane tony kamieni. Z bliska nie widać oczywiście wzoru widocznego z dołu. Z bliska widać murek z kamieni biegnący dziwnym wężykiem. Można po nim pochodzić, można go dotknąć, można go powąchać, można zobaczyć, że o dziwo, wcale nie jest taki nagrzany. Można z jego perspektywy zobaczyć maleńkie auto w dole, Jasia, który postanowił jednak wyjść z samochodu i wspiąć się do mnie, drogę, ciężarówki i pasma przedziwnych, pięknych, bezdrzewnych gór spalonych słońcem. Ale nie widać wzoru, jaki się układa. Żeby zobaczyć wzór, trzeba zejść na dół. Wzór jest tajemniczy. Żeby wiedzieć, co oznacza, trzeba dojść do tablicy z tekstem i przeczytać. Że to artysta z Australii, Andrew Rogers pozostawił to tutaj. Że nazywa się to Rhytm of life. Rytm życia. Wzór z dołu, dziwny i enigmatyczny, dotyk, zapach, zdziwienie na górze i dojście do wyjaśnienia, które jest w tekście. Rhytm of life.<br />Schodzę zadowolony z siebie, że dałem radę, że bez problemu. Pewnie. Za pewnie. Noga się ślizga po piachu w dół i spadam kawałek. Porwane spodnie, szrama na nodze, krew. Kulejąc dochodzę do auta. Kogo podwoziliśmy? Co to za kobieta? Z tyłu wyglądała na nastolatkę, kiedy się odwróciła, zdziwienie. Twarz stulatki. Dlaczego nie podwiozłem jej do Landers? Powiedziałaby mi jak jechać. Trafiłbym z powrotem, zapytałbym kogoś najwyżej. Co mi zależało? Dlaczego się tu zatrzymałem pod tym wzorem? Po co? Po co to włażenie? Te kamienie po co? Kto je tam zbierał, układał? Żeby co? Co za rhytm of life? Ciepła krew z rany. Brudna. Piecze. Wulkaniczne crispy. Chłód klimatyzacji. Big Bear http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6903.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6903.html Mon, 14 Aug 2017 22:00:00 +0000 Coraz większe zaległości mam w tym pisaniu.<br />Big Bear. Kiedy się okazało, że tam jedziemy, zorientowałem się, że to jest to właśnie Big Bear, o którym napisałem w sztuce mojej, a co więcej, które ją jakoś zainspirowało, a na pewno dało jej tytuł. &bdquo;W środku Słońca gromadzi się popiół&quot; - tytuł wzięty z łażenia po stronach internetowych obserwatorium słonecznego w Big Bear. Stąd też fragment w sztuce o Big Bear w Kaliforni.<br />Opowiedziałem o tym. Zacytowałem fragment. O Aztekach, że tam żyli. Tak, wiem, że żyli tam Nawajo, a nie Aztekowie. Ale wcześniej! Aztekowie, jak się domniewywa obecnie, wyszli gdzieś z Kaliforni.<br />Piękne jezioro. Góry. Ludzie wypoczywają. Mam silne wrażenie, że trafiłem do własnej sztuki. Pod drewnianym daszkiem, na ławeczkach robimy sobie piknik. Jest wino, piwo, bułki, pomidory, rogaliki, ciastka. We wspaniałych nastrojach ruszamy na objazd jeziora. I. dopytuje się o moją sztukę. I. poczytała sobie o mnie przed moim przyjazdem. Przeczytała ponoć cały wielki tekst w kalifornijskim &bdquo;Theatre Forum&quot; o &bdquo;Nieskończonej historii&quot;. Joe chce jechać na drugą stronę jeziora, bo był tam kiedyś z kolegą i było fajnie. Dojeżdżamy i jest fajnie, ale nie da się pływać. Jezioro się bardzo odsunęło. Po długim molo między szuwarami idziemy popatrzeć na wodę i żaglówki. Wracamy i jedziemy dalej brzegiem. Jakieś ośrodki prywatne i wreszcie jest! Kawałeczek plaży i zejście do wody. Wszyscy idą spać, Jasiek idzie się kąpać, a ja z Joanną do obserwatorium.<br />Obserwatorium Słońca w Big Bear z największym na świecie teleskopem do obserwacji Słońca jest kilkaset metrów stąd.<br />Jest! Ukryte trochę. Trzeba zjechać w boczną, nieuczęszczaną drogę. Widać je z drogi. Za zamkniętą bramą. Jest małe. Malutkie, jak na obserwatorium. Na jeziorze stoi mały, biały budyneczek z teleskopową kopułką. Stoimy przed zamkniętą bramą. Dookoła piękne sosny z gigantycznymi szyszkami. Zbieram parę na pamiątkę i wtedy z budynku po drugiej stronie ulicy wychodzą dwie osoby i szybko orientujemy się, że oni tam mieszkają, ci naukowcy z obserwatorium. Uśmiechaja się do nas, uśmiechamy się do nich, i odjeżdżają samochodem, wciąż się uśmiechając. I już mamy odejść, kiedy wychodzi jeszcze jeden. I nie wyjeżdża samochodem, tylko idzie pieszo, więc zagaduję. Zatrzymuje się, uśmiecha, chętnie rozmawia.<br />Tak, to obserwatorium słoneczne. Tak, nie wygląda na wielkie, ale to prawda, że posiada największy na świecie teleskop słoneczny. Właśnie dziś jest szczególny dzień, bo nadają mu imię i mają w związku z tym małą uroczystość. Mieszka tu dziewięć osób zajmujących się obserwowaniem Słońca. Pyta, co tu robimy. Ma wyraźny francuski akcent. Zaciekawił się sztuką.<br />Naprawdę? Napisał pan sztukę inspirowaną naszym obserwatorium? A o czym? Wiem, trudno powiedzieć.<br />Hm... Powiedzmy, że o wpływie Słońca na życie ludzkie.<br />Acha, powiem wszystkim. Bardzo ich to zaciekawi. Niech pan nam przyśle, jeśli ma pan przekład.<br />Mówi, żebyśmy przeszli przez bramę, że teraz jest tam otwarte, bo właśnie ktoś tam poszedł.<br />Przechodzimy. Idziemy wąską ścieżką pod drzwi obserwatorium. Nie opuszcza mnie silne wrażenie, że błądzę po własnej sztuce, w jej środku. Widzimy tabliczkę z nadawaną dziś nazwą teleskopu. Będzie nazywał się Goody. Od nazwiska jednego z naukowców, którzy tu pracowali. Z drzwi wychodzi dwóch członków załogi obserwatorium. Gadamy z nimi. Jeden jest specjalistą technicznym od sprzętu pomiarowego, drugi mówi o sobie: telescope driver.<br />Napisał pan sztukę o nas? Naprawdę?<br />Nie, że o was, ale od was się zaczęło. Myśl się od was zaczęła. Iskra. Zapłon.<br />Opowiadają, dlaczego obserwatorium stoi na jeziorze. Że chodzi o taflę wody, o drgania. Niestety gubię się i trochę przestaję rozumieć. Wkurzają mnie czasem strasznie te moje braki w angielskim. A mam tak, że zacina mi się wtedy wszystko i milknie. I tak się stało teraz. Przestałem nadążać, zacięło mi się w środku i zamilkło. I rozmowa się skończyła.<br />Jeszcze fotografia na koniec, uśmiechy, pożegnania. Wracamy na przyjeziorną plażę. Zwierzęta http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6652.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6652.html Fri, 11 Aug 2017 22:00:00 +0000 Wieczorem, kiedy wracaliśmy z parku Joshua Tree i omawialiśmy spotkanie z muflonem, spotkaliśmy kojota. Biegł ulicą, nie samym środkiem, ale też nie z samego skraju. Swobodnie sobie biegł, nie reagując na samochody.<br />One tak robią - mówi J. - Nie boją się.<br />Przypomina mi się westernowych książek określenie -tchórzliwy kojot-. Skąd się to w takim razie wzięło? No ten wyraźnie się nie boi. Jest mały, młodziutki. Przypomina trochę skrzyżowanie psa z lisem. Zwalniamy i otwieramy szybę, żeby zrobić mu zdjęcia, ale jest ciemno, a jesteśmy w ruchu. Zdjęcia wyjdą niewyraźnie. Kiedy jedziemy obok, schodzi trochę. Ale nawet nie patrzy na nas. Patrzy przed siebie. Samochody za nami zwalniają. Wydarzenie na drodze. Kojot.<br />A to nie był koniec spotkań z kalifornijską fauną tego wieczoru. Bo siedzimy sobie i gadamy na ganku u Joe, popijamy meksykańskie piwo, patrzymy w gwiazdy, których widać bardzo dużo, szukamy różnic w gwiazdozbiorach, kiedy Joe woła nas:<br />Chodźcie coś zobaczyć!<br />Skorpion! Złapał skorpiona na ganku! Do słoika! Zobaczył skorpiona i poszedł do domu po słoik. Przykrył, sprytnie obrócił i zakręcił nakrętkę.<br />To mały skorpion. Są dużo większe - mówi.<br />Zaskakuje mnie jego kolor. Jest biały. No w każdym razie jasny. Może trochę piaskowy. W piasku pustyni pewnie zupełnie niewidoczny.<br />I co z nim zrobisz?<br />Wypuszczę go. Tylko nie teraz w nocy. Do rana wytrzyma w słoiku. Rano wyniosę go tam dalej i puszczę.<br />Joe mówi, że skorpiony nie są groźne. To mit.<br />Nawet psa by nie zabił - mówi. - W porównaniu z grzechotnikiem to nic. Ale grzechotnik też nie jest najgorszy.<br />Na skraju werandy, na drewnianej ścianie domu wisi krzyż. W okolicach krzyża mieszkają małe pajączki. Mówią na nie - czarne wdowy. Joe mówi, że są gorsze niż grzechotnik i nieporównanie gorsze niż skorpion. Trzeba uważać.<br />Nasz skorpion tymczasem przeżywa sesję fotograficzną w słoiku. Obfotografowujemy go ze wszystkich stron, a Joe podświetla go latarką. Cyrk!<br />Postanawiam jednak bardziej patrzeć pod nogi. Nawet na werandzie i nawet po piwie. Josuha Tree National Park http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6563.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6563.html Wed, 09 Aug 2017 22:00:00 +0000 Nie ma tygodnia, żeby coś tu się komuś nie stało. Sporo ludzi tu zginęło - mówi J., kiedy jedziemy przez Joshua Tree National Park.<br />Joshua Tree spopularyzowane zostało przez zespół U2. To chyba ich najbardziej znana płyta. Joshua Tree. Nagrywali ją tutaj, w miasteczku przy parku. Miasteczko Joshua Tree jest małą muzyczną Mekką. Słynie ze znakomitych, prywatnych studiów nagrań. I słynie z parku narodowego. Od czasu wydania płyty, przyjeżdża tu więcej turystów. Przyjeżdżają na jeden, dwa dni połazić po pustyni, pooglądać Drzewka Jozuego, porobić zdjęcia śladom po dawnych Indianach. I my to robimy.<br />Podobno całkiem niedawno amerykańska rodzina, która sobie tu przyjechała na weekend, zabłądziła. Szukali ich przez tydzień i w końcu znaleźli ledwo żywych w Meksyku. Nie wiedzieli, że przekroczyli granicę. Byli wycieńczeni. Mieli szczęście.<br />Pułapka nr 1<br />Rośliny. Wydają się niegroźne, niektóre śliczne, sympatyczne. Uwaga! One cię nie lubią. Boją się ciebie. Nie lubią, że tu jesteś. Idź sobie, bo cię zabijemy!<br />Wyjątek: Drzewo Jozuego. Schroń się w jego cieniu. Ono cię ocali.<br />Pułapka nr 2<br />Zwierzęta, owady. Niewidoczne. Jadowite.<br />Wyjątek: króliki. Bo na ząbki skalnych wiewiórek już ponoć trzeba uważać.<br />Pułapka nr 3<br />Złudzenie, że coś jest blisko. Idę, idę, dojdę tylko do tego głazu, wejdę na ten szczyt, jest bardzo blisko. Idziesz, a tu droga opada w dół i wije się między głazami, i w górę, i w bok, i znów spad, którego nie widziałeś. I wydawało się, że będziesz tam za pięć minut, a idziesz już czterdzieści i ciągle nie. W tę pułapkę wpadł Jasiek. A było to tak.<br />Idziemy razem, gadamy. Na chwilę milczenie. Oglądam się, a jego nie ma. Patrzę dookoła. Nie ma gdzie się schować. Ruchomych piasków też tu nie ma. Piach, roślinki niewysokie i głazy. Musiał zniknąć w tych skałach. Istotnie, jest tam szczelina. Musiał tam się wspiąć. Czekam. Czekamy z Darkiem, gadamy. Joanna czeka nieco dalej, na małym parkingu, przy aucie, gdzie są tablice poglądowe, drogowskazy, wszystko pozornie się wydaje oswojone. Jest gorąco. Nie ma ze sobą wody. Plecak i wszystko zostało w aucie, bo nie odeszliśmy daleko. Czekamy dziesięć minut, piętnaście, dwadzieścia. Czuję rosnący niepokój. Rozchodzimy się z Darkiem. Wołamy na cały głos. Nikt nie odpowiada. Nic nie slychać, tylko się echo odbija o głazy. Odtwarzam sobie w głowie tysiąc razy, jak idzie za mną, odwracam się i go nie ma. Badam tysięczny raz ścieżkę, którą szliśmy, rozwidlenie, na którym musiał skręcić i które znika w szczelinie. A może nie w tej szczelinie, może w innej. Postanawiam poczekać jeszcze dziesięć minut, wrócić po wodę i wspinać się na te skały. Czekamy jeszcze piętnaście. Wołamy. Jest! Odpowiada! Gdzieś z daleka. Po kolejnych dziesięciu minutach go widać. Jest zmachany, spocony. Przeprasza. Chciał dojść na szczyt skałki i stamtąd nas zawołać i pomachać nam. Wydawało się, że to bardzo blisko. Okazało się, że daleko i że ani nas stamtąd nie widać, ani nie słychać.<br />Ulga!!! Darek mi mówi, żebym nie walił mu kazania. Że on to zrobi. Krótko.<br />Mimo wszystko jedziemy dalej przez park, w następne miejsce, na następny szlak. Ktoś wraca tym szlakiem.<br />Uważajcie! Tam są kojoty!<br />Działa to na nas przeciwnie do zamierzonego skutku. Czym prędzej tam idziemy. Zobaczyć kojoty. Kojotów już nie ma. Za to zaskakuje nas bliskość muflona. Jest piękny! Stoi na skałach i patrzy na nas. Kiedy podchodzimy, spokojnie wyskakuje parę głazów wyżej, staje przodem do nas i znów patrzy z góry. Orientujemy się wreszcie, że chce zejść do wody i czeka aż sobie pójdziemy, dlatego tam stoi. Niechętnie odchodzimy.<br />Włazimy do wgłębienia w skale, w którym siadywali ludzie od setek lat, a może od tysięcy. Świadczą o tym malunki. Znaki zostawione przez ludzi, którzy tu mieszkali, a których nazwano z czasem Indianami. Widziałem podobne znaki, skalne rysunki w Afryce. Nieczytelne dla nas dziś symbole, ale też całkiem czytelne wizerunki ludzi i zwierząt. Dotykam tej skały. Dotykam rysunków, których dotykały tamte dłonie, tamci ludzie, którzy jak my, siedzieli w przytulnym wgłębieniu, słuchali cykad i patrzyli w zachodzące Słońce. UFO na pustyni http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6198.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6198.html Wed, 02 Aug 2017 22:00:00 +0000 <p>Jedziemy z Landers w głąb pustyni Mojave. To wielka pustynia rozciągajaca się poprzez cztery stany: wschodnią Kalifornię, Arizonę, Utah i Nevadę.</p><p>Jedziemy terenówką Joe. Zwykłe auto mogłoby mieć problemy z przejechaniem tą piaskową drogą. Na pakę ładujemy zapasy wody. Za nami obłoki piaskowego kurzu spod kół. Pustynia kojarzy się nam z malowniczymi wydmami piachu. Ale większość pustyń taka nie jest. Tu nie ma wydm. Jest płasko. Zupełnie płasko. W oddali widać bezdrzewne, nagrzane góry. Nie jest to też sam piach. Dookoła porasta monotonna roślinność. Do złudzenia w regularnych odstępach rosnące na piasku niewysokie roślinki. Nie wiem, jak się nazywają, ale z całą pewnością nie są przyjazne ludzkiej skórze. To już wiem z bolesnego doświadczenia, że nawet te najbardziej niewinnie wyglądające listki, gałązki i kwiatki posiadają trudne do usunięcia kolce, czasem niewidoczne gołym okiem, trucizny i inne pułapki. Ponadto, wąchając pustynne kwiatki, można się nieopatrznie natknąć na skorpiona lub grzechotnika. A najgorsze są, jak nas ostrzegają, niepozorne, niewielkie pajączki nazywane czarnymi wdowami. </p><p>I jak okiem sięgnąć dookoła, po horyzont widzisz piach rzadko usiany tymi roślinkami. I falujące z gorąca powietrze. Zero cienia. Pytam, co by się stało, gdyby nam samochód nawalił, co pewnie się raz na jakiś czas zdarza. Siadłaby klimatyzacja, w środku szybko nagrzałoby się nie do wytrzymania. Nie ma zasięgu. Nie ma jak wezwać pomocy.</p><p>- Dlatego mamy zapasy wody - mówi Joanna. </p><p>Najrozsądniej byłoby czekać. Nie iść, ale czekać. W tym skwarze daleko się nie zajdzie. Wiem, bo próbowałem. Pierwsze 15 minut spoko, wydaje ci się, że albo to bujdy z tym niebezpieczeństwem, albo ty jesteś wyjątkowo odporny, czujesz się świetnie, jest cool, byłeś przygotowany na coś znacznie gorszego, luz. Trzymasz butelkę wody, ale nawet nie chce ci się popijać. Myślisz sobie, że te napominania, żeby pić na zapas, nawet jeśli nie czujesz pragnienia, to ględzenie starych ciotek. Po upływie około kwadransa zaczynasz czuć, że faktycznie jest gorąco, ale bez przesady, dasz radę. Normalnie w ciągu dwudziestu minut jesteś w stanie przejść kilometr. Tu trochę nogi grzęzną w piachu, więc troszeczkę mniej. Powiedzmy, że kilometr minął po pół godzinie. Tak na oko. Zaczynasz zastanawiać się, ile kilometrów jeszcze jest do przejścia i czy po drodze będzie jakikolwiek, choćby lichy cień. Po czterdziestu minutach zaczynasz czuć niepokój z powodu uporczywej monotonii krajobrazu. Idziesz, idziesz, a ciągle wygląda tak samo, tak jakbyś stał w miejscu. Narastający niepokój wsącza się w krew. zmienia puls.Osłabienie przychodzi nagle. Kompletnie się nie spodziewałeś. Po prostu nagła fala zawrotu głowy. Aż zachwiało. Ale spoko. Chwilowe. Na pewno chwilowe - uspokajasz się. Nie chce ci się pić. Pijesz, żeby się uspokoić. Picie to jedyne, co możesz zrobić, żeby się uspokoić. Mam wodę, piję, jest ok, nie zdechnę, dopóki mam wodę. Po godzinie zaczynasz mieć dziwne myśli. Że chodzisz w kółko. To przecież niemożliwe, cały czas szedłeś prosto. No raz może skręciłeś. Może dwa. Ile skrętów trzeba, żeby iść w kółko? Zaczynasz się bronić przed: WSZYSTKO MI JEDNO.</p><p>Nie wiesz, czy minęło godzinę dziesięć, czy godznię pięćdziesiąt, czy dwie. Nie chce ci się sprawdzać. W zasadzie wszystko ci jedno.</p><p>Jeszcze odganiasz myśl, żeby gdzieś usiąć i odpocząć, nawet jeśli nie ma cienia, no już trudno. Tylko na chwileczkę. </p><p>Strasznie chce ci się spać. Masz trudny do odparcia atak strasznej senności. </p><p>No jakoś tak to wygląda.</p><p>Podobno silny, zdrowy człowiek jest w stanie przeżyć tu cztery godziny.</p><p>Więc nie iść, tylko czekać. Tu jest droga przez ten piach. Nie jest zasypana. To znaczy, że nią jeżdżą. Jak nie będziesz iść, będziesz mieć więcej sił, żeby doczekać. </p><p>Nic się nie psuje. Dojeżdżamy. Skały i głazy, które dają cień. Giant rock - legendarny głaz. Mówią, że to największy na świecie luźno stojąco głaz. 540 metrów kwadratowych. No być może. Myślę sobie o bliskiej Polakom tendencji Amerykanów, żeby różne rzeczy czynić wyjątkowymi i jedynymi na świecie. No bo największy luźno stojący, to znaczy, że pewnie są większe stojące nie luźno, tylko np. na skałach. A co różni Giant Rock od skały? Skały są większe. No ale dobra. Liczy się legenda. Mówią, że to było święte miejsce dla Indian, którzy tu żyli. To akurat możliwe. Wygląda to wystarczająco niesamowicie. Pewnie na Indianach też robiło wrażenie. Obok największego głazu leżą pomniejsze. A ciut dalej górka, na którą się wspinamy z puszkami piwa w dłoniach. Za górką skała, pod którą w miłym cieniu spożywamy meksykańskie piwo.</p><p>Pod Giant przyjeżdża się biwakować. Są ślady ognisk. Są paleniska świeże i są starsze, i są bardzo stare z głębokimi opaleniami skały powyżej, możliwe, że jeszcze poindiańskie. No i sporo graffitti, wiadomo. Co ciekawe, prawie nie ma śmieci. I tylko jedna kupa z kawałeczkami papieru toaletowego. </p><p>W tym miejscu, pod Giant Rock w roku 1953 medytował George van Tassel, mechanik samolotowy i inspektor lotów. W trakcie medytacji przyleciało UFO. Przekazali mu instrukcje. Zgodnie z nimi zbudował niedaleko stąd okrągłą budowlę. Zgodnie z instrukcją nazwał ją Integratron. Budowla stoi do dziś i do dziś odbywają się w niej zloty ufologów oraz kąpiele w dźwięku. </p> Teatr Tekstu w Landers http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6017.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,6017.html Fri, 28 Jul 2017 22:00:00 +0000 Samotny bar na pustyni. Gorąco, chociaż już wieczór. Od ziemi, od piasku paruje gorące powietrze. Przed barem samochody. Ktoś stoi i patrzy na Księżyc. Ktoś pali papierosa. Muzyka ze środka. Szafa grająca gra. Słychać cykady.<br />Landers to małe miasteczko na wielkiej pustyni Mojave. Mieszkają tu kojoty, skorpiony, grzechotniki, króliki i masę kłujących roślin. Ale najniebezpieczniejszy, jak mówią, jest niepozorny pająk o nazwie czarna wdowa.<br />Mieszkają tu też ludzie. Trzy i pół tysiąca ludzi. Ale bar jest za miasteczkiem. Wokół tylko pustynia. Robimy tu dziś teatr tekstu. Napisaliśmy krótkie teksty ja i Darek. Joanna i Joe przekładali je na angielski. I teraz czytanie.<br />Ladies and gentleman, specjalnie dla państwa z dalekiego kraju Teatr Tekstu!<br />Tłumaczę krótko, że przez kilka lat robiliśmy taki w Bielsku i o co chodzi. Gromadzimy wszystkich wokół stołu bilardowego i rozdajemy teksty, w których kolorowymi flamastrami zaznaczyliśmy podział na role. Zaczynamy!<br />Tak, jak u nas, wszyscy popijają piwa, drinki, alkohole (dlatego Jasiek nie mógł tu przyjść). W luźnej atmosferze czytamy najpierw krótkie opowiastki Darka z dotychczasowego pobytu tutaj, a potem napisaną przeze mnie tutaj Pieśń pustynnych królików, quasi-mityczną, rytmiczną opowieść o zdobywaniu Ameryki i o ludziach, którzy uciekli z Europy tu, i o ludziach, którzy uciekli już tu na pustynię.<br />Czytają na głos, śmieją się, zastanawiają. Jest genialnie! Żywo reagują!<br />Później oprócz klasycznych grzecznościowych podziękowań, bo wszyscy są tu tradycyjnie bardzo mili i grzeczni dla siebie, są rozmowy o tym, co przeczytaliśmy, o formule. Ludzie opowiadają mi swoje historie, dlaczego tu są, dlaczego tu przyjechali i jak jest.<br />W euforycznym nastroju pijemy kolejne piwa, które stawia wszystkim Joe, który ma dziś urodziny i daje jeszcze na koniec wieczoru swój koncert. Pojawiają się głosy, żeby zorganizować kolejny taki wieczór, zanim wyjedziemy, jeśli będzie czas. Ludzie chcą napisać własne teksty, które miałbym skompilować w jakąś całość.<br />Wychodzę później w noc, w pustynię, i patrzę w gwiazdy, których jest mnóstwo, mnóstwo, mnóstwo. Z czarnej oddali, z pustyni bar wygląda zjawiskowo, jak maleńki cud. Hollywood http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5902.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5902.html Tue, 25 Jul 2017 22:00:00 +0000 Wielki jarmark. I tlumy ludzi, którzy przyjechali, jak my, zobaczyć Hollywood, i którzy przewalają się tam i z powrotem po Hollywood Boulevard. Masa sklepów i sklepików, a w nich tysiące mniej lub bardziej tandetnych pamiątek z Hollywood. Plastikowe oskary dla babci, dla cioci, dla ukochanej, pocztówki, medaliki, koszulki, czapeczki, magnesy na lodówkę. Szukam czegoś oryginalnego, nietypowego i nie znajduję. Na chodniku słynne gwiazdy. Przy niektórych ludzie sobie robią zdjęcia. Siadają, kładą się na chodniku i pstrykają selfie z nazwiskiem swojego ulubieńca na wtopionej w chodnik gwieździe. Nie jest to łatwe przy nieustannie przechodzących sznurach ludzi. Jasiu szuka Clinta Eastwooda, ale nie ma. Tych gwiazd jest strasznie dużo, więc można pewnie chodzić pół dnia. No i ikony Hollywood z plastiku, przy których robi się zdjęcia. Najbardziej udany jest King Kong. Pewnie dlatego, że oryginalny, filmowy King Kong z lat trzydziestych też był z gumy. Marylin Monroe nie była z gumy, a teraz jest i wygląda nieco upiornie. Jeszcze gorzej z Elvisem Presleyem. Ale wiem, czepiam się. Nikomu tu nie chodzi o to, żeby to było jakieś. To jest jarmark. I nie ukrywa, że jest jarmarczny. Ulice pełne są ludzi, którzy zarabiają pieniądze. Chodzą na przykład z żywymi wężami na ramionach. Można sobie z takim wężem zrobić zdjęcie. Sporo tych węży. Co oczywiste tutaj, przebierają się w stroje filmowych bohaterów. Jest to nastawione głównie na młodzież, więc ja tych bohaterów, za których oni są przebrani, średnio kojarzę. Jasiek mi mówi, że to na przykład avengersi. Mijamy dwa muzea figur woskowych, mijamy ze trzy kina. Największy tłum kłębi się przed Dolby Theatre, tu gdzie co roku rozdają oskary. Jakieś dziewczę ubrane skąpo w amerykańską flagę wiesza mi się tam na szyi:<br />Are you ready, daddy? - pyta.<br />No, I'm not.<br />Skupiony jestem na tym, żeby się nie zgubić z Jasiem w tym tłumie. Wymaga to wysiłku. Kawałek za Dolby Theatre jest wielki sklep z pamiątkami z Hollywood. To największy sklep z pamiątkami, jaki widziałem. Wielka hala pełna pierdółek. Pośrodku groteskowy Elvis Presley przy swoim cadillacu. Zanurzamy się w to. Oprócz klasycznych pierdółek takich, jak wszędzie, są działy poświęcone poszczególnym bohaterom Hollywood na przestrzeni, że tak powiem, dziejów. Są więc regały poświęcone najstarszej wersji &bdquo;Czarnoksiężnika z krainy Oz&quot;, jest Chaplin, John Wayne, oczywiście Marylin etc. W każdej z tych wersji są koszulki z bohaterem bądź bohaterami, kubki, breloczki, czapeczki. Nie ma co ukrywać, tanie to nie jest. Po ponad półgodzinnym oglądaniu nie kupujemy nic. Wracamy do auta. Jeszcze zdjęcie z Myszką Miki z plastiku. Jeszcze odnaleziona na chodniku gwiazda aktora, którego znam, pośród masy nieznanych mi nazwisk. Harpo Marx. Czemu nie są koło siebie gwiazdy wszystkich braci Marx? I już dosyć. Możemy jechać. Tuż obok Hollywood Boulevard, dosłownie przecznicę obok śpią na kartonach bezdomni. W przecznice nikt się nie zapuszcza. Wszyscy ciągną bulwarem. W przecznicach nic nie ma.<br />Przejeżdżamy obok legendarnej wytwórni Capitol. W oknach zdjęcia Beatlesów, którzy tu nagrywali.<br />Jedziemy w górę od Capitolu, tak jak się jedzie do słynnego napisu i do obserwatorium astronomicznego, i myślę sobie, że Lennon z kumplami też jechał tą drogą, patrzył na te pobocza, też otwierał szybę i wdychał powietrze.<br />Jest już ciemno. Napis się nie świeci. Ledwo go widać. Ciekawe, że go nie podświetlili. Chyba nikomu na tym nie zależy. Za to kolejka samochodów do obserwatorium Griffitha. Wysiadamy z auta w końcu i idziemy pieszo, mijając sznury ugrzęźniętych kierowców. Obserwatorium właśnie się powoli zamyka. Jeszcze rzut oka na interaktywne eksponaty ukazujące fazy Księżyca itp. Największą atrakcją Griffith o tej porze jest rozległa, nocna panorama Los Angeles od strony wzgórz Hollywood. I po to wszyscy przyjeżdżają. Stajemy więc na tarasie obserwatorium i kontemplujemy to rozlewające się na całą dostępną okiem przestrzeń morze światełek. Co się rzuca w oczy, nie są te światełka tak gęsto i nie ma takiej łuny, jak można by się spodziewać po czteromilionowym mieście. Nie. Nawet powiedziałbym, są duże przestrzenie mroku, szczególnie dalej od centrum. W kraju, gdzie większość rzeczy jest prywatna, jest ciemniej. Oświetlenie kosztuje. Są ulice, gdzie w ogóle nie ma latarni. Bo kto miałby za to płacić? Często wystarczy, że jest światło od sklepowych wystaw. Ale generalnie w nocy jest noc. Getty http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5827.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5827.html Mon, 24 Jul 2017 22:00:00 +0000 Wyjeżdża się wagonikiem. Coś w rodzaju kolejki na Gubałówkę. Nie da się inaczej wejść do Getty Museum niż wyjeżdżając wagonikiem. Trzeba zostawić auto na parkingu za piętnaście dolarów i dalej już jest wszystko bezpłatnie.<br />Mała dygresja o komunikacji miejskiej. Istnieje w LA komunikacja miejska, ale jest niełatwa. Jeżeli chce się poruszać w ramach jednej dzielnicy, Culver, czy Beverly, czy Śródmieście, to ok, podobno wystarczy. Ale jeśli chce się jechać np. z Culver do Getty, to już jest problem. Przesiadki, przechodzenia. Długo to trwa. Generalnie nie polecają. Można natomiast szukać w necie podwózki prywatnym autem. Na kilkupasmowych ulicach przecinających LA, bardzo często jest specjalny pas ruchu, najbliżej środka jezdni. To jest pas dla tych kierowców, którzy wiozą minimum dwie osoby. Jest szybszy, szczególnie w czasie korków, więc o tyle łatwiej załapać się na podwózkę.<br />No więc wagonikiem na górę. Odsłania się panorama Los Angeles. Jeśli kogoś nie interesują zbiory Getty Museum, to może nacieszyć się panoramą miasta. Wyraźnie wyróżniająca się dzielnica biurowców, bo stoi tam garść wysokich budynków. Nie są takie wysokie jak nowojorskie i jest ich niewiele, i są nowe. Zaczęto je budować, kiedy odkryto technologie pozwalające budować bezpieczniejsze wieżowce na terenach, na których występują trzęsienia ziemi. Poza tym Los Angeles to wielkie, rozległe dzielnice niewysokich domów, z których każda jest osobną całością, osobnym miasteczkiem.<br />Jean Paul Getty był multimilionerem, który we właściwym czasie, jakoś zaraz po II wojnie, zainwestował w pola naftowe w Kuwejcie i w Arabii Saudyjskiej. Przyniosło mu to bajeczne zyski, a że pochodził z rodziny potentatów naftowych, więc dołożył swoje bajeczne zyski do bogactwa rodziny. Zbierał dzieła sztuki, w tym takie, o których się mówi, że są bezcenne: Van Gogha, Tycjana, impresjonistów, Breughla sztukę starożytną, średniowieczną. Nie zbierał sztuki nowoczesnej. Jego zainteresowania kończyły się na XIX wieku. Zbudował dla swojej kolekcji muzeum w Malibu, gdzie mieszkał, a potem drugie w Los Angeles. Zatrudnił, wiadomo, najlepszych na świecie architektów, w tym architektów ogrodów. Sam ponoć regularnie doglądał budowy i zmieniał. Zmarł w 1976 roku. Podobno pozostałe po nim Getty Museum utrzymywane jest wyłącznie z procentów od jego majątku. Nie pobiera się żadnych opłat poza parkingową, jeśli się przyjechało autem. Nie ma żadnych biletów. Są ludzie, którzy przychodzą tu poleżeć na zieloniutkim, wypielęgnowanym trawniku i poczytać książkę albo się poopalać. W ramach muzeum działa ośrodek badawczy. To naukowcy z Getty zaprosili swego czasu do Los Angeles Jana Kotta. <br />Muzeum jest wielkie, więc oczywiście nie ma sensu go zwiedzać w całości. Zatrzymuję się dłużej na wystawie miniatur z ksiąg średniowiecznych, z motywem kobiety. To wystawa czasowa ułożona ze zbiorów muzeum. Pierwszy raz w życiu widzę z tak bliska tyle niesamowitych manuskryptów średniowiecznych zgromadzonych razem. Mam wrażenie, że każdy z nich jest wart tyle, co zaprojektowanie i wybudowanie całego tego muzeum. W gablotach leżą pootwierane na wybranych stronach stare księgi, które niejednego mocarza i bogacza już przeżyły, z przepięknymi, przedziwnymi ilustracjami. Nie zdawałem sobie sprawy, że po tylu wiekach te kolory są nadal tak soczyste, tak intensywne, tak działające na zmysły. W przypadku tych ksiąg, obawiam się, i zrozumiałem to, oglądając tę wystawę, żadna, najlepsza reprodukcja tego nie odda. Dlatego, że barwniki, jakich używali mistrzowie ilustrujący te księgi są nie do podrobienia dla dzisiejszych maszyn drukarskich i barw, jakimi dysponują. Nie są także do odtworzenia przez komputerowe piksele. Oglądam te obrazki świadczące o niepokorności wyobraźni tamtych mistrzów, czytam uważnie opisy, odszyfrowuję kaligrafowane napisy, mógłbym tu spędzić już resztę czasu do wieczora. W zasadzie już nie mam głowy do Tycjanów i Rembrandtów, ale rzucam na nie okiem. Potem leżymy z Jasiem i Joanną na trawniczku, turlamy się po zielonej trawce i oglądamy panoramę LA z góry. Słońce przygrzewa. Jest jasno, bardzo jasno. Los Angeles. Śródmieście http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5695.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5695.html Sun, 23 Jul 2017 22:00:00 +0000 <p>Mieszkańcy Beverly Hills nie chcą szerokich ulic. Alternatywą są korki. Mimo to bronią się skutecznie przed szerokimi ulicami. Jedziemy więc przez Beverly Hills dwupasmówką. Poza tym, że to dość niesamowite, że jedziemy z Jasiem przez Beverly Hills, to nie mamy poczucia jakiejś niezwykłości. Wydaje się, że to klasyczna dzielnica centrum dużego miasta. Sklepy, banki, galerie, teatry, instytucje. Przejeżdżając obok komisariatu policji przypominamy sobie Gliniarza z Beverly Hills.<br />A to jest najdroższy sklep na świecie - mówi Joanna, pokazując sklep z ciuchami. No fajnie. Co chwilę stoimy na światłach. Mamy szczęście. Nie ma zbyt wielkich korków dzisiaj o tej godzinie. Sporo motocyklistów. W teatrze grają balet Czajkowskiego. Nic więcej nie jestem w stanie napisać o Beverly Hills. Naszym celem jest downtown. Śródmieście LA. Nie jedliśmy cały dzień, od śniadania w naszej ulubionej kafejce w Culver. Fajne jest w tych kafejkach, że po kupieniu jednej kawy można ją sobie dolewać w nieskończoność bezpłatnie. Ale jedzenia nie można dokładać. Po długim plażowaniu w Santa Monica jesteśmy już mocno głodni. W downtown mamy coś zjeść wspólnie z Alice i ze Stevem, którzy czekają na nas. Steve odpowiada za muzykę w hollywodzkich filmach.<br />Współtworzył muzykę do większości filmów z Hollywood, jakie znacie - mówi Joanna. Co nie znaczy, że komponował. Wymyślał charakter, zlecał, dobierał, układał, składał, kompilował, czasami dawał swój kawałek. Filmy hollywoodzkie tworzone są przez sztaby ludzi.<br />Jakiś czas szukamy miejsca do parkowania. Jest wieczór. Parkowanie bezpłatne. Już! Emocje. Downtown. Przedziwne miejsce. Jedno z najdziwniejszych, jakie widziałem w życiu. Te ulice to kosmos ludzki. Trudny do opisania. Co jakiś czas widać charakterystyczne wózki sklepowe wyładowane dobytkiem bezdomnych. Z rzadka gazety, czy koce na ulicy, na których śpią. Jakiś mężczyzna na środku chodnika tańczy taniec indiański i okadza otoczenie tlącą się szałwią. Jacyś młodzi śmigają koło nas na deskorolkach. Ktoś biegnie i krzyczy. Transwestyci, przeciekawie poubierani ludzie, punkowcy, hippisi, raperzy. Kobiety wręczają ulotki. Zapraszają na demonstrację przeciw Trumpowi. Co któryś człowiek mówi sam do siebie, i nie dlatego, że rozmawia przez telefon. Grupka policjantów rowerowych stoi przy swoich rowerach, ktoś przechodzi, krzyczy do nich obraźliwe słowa na temat policji, potem przechodzi ostentacyjnie na czerwonym świetle, wstrzymując samochody. Policjanci nie reagują. Śmieją się tylko. Na podwórku, przy ulicy koncert rockowy. Wstęp za dolara. Co chwilę czuć zapach palonej marihuany. Mężczyzna z damską torebką i w marynarskiej czapce, w białym kożuszku, pcha wózek z dwójką dzieci. Kupuje im po lizaku w food trucku. Dużo food trucków z przeróżnymi rzeczami. W nich jest najtańsze żarcie i na to się nastawiamy. Nie możemy trafić na miejsce spotkania z Alice i Stevem. Joanna dzwoni do nich. Trafiamy za to do teatru. Chcemy do toalety, a wszystkie toalety we wszystkich miejscach, w których próbowaliśmy, są tylko dla klientów. Trzeba mieć rachunek, że się coś kupiło. I dopiero w teatrze. To w zasadzie centrum teatralne. Teatrów jest tu kilka. Przed wejściem tablica, na której wypisano, że wszystkie narodowości, wszystkie religie, wszystkie ludzkie rasy, wszystkie tożsamości genderowe, wszyscy uchodźcy legalni i nielegalni itp. itd. są mile widziani, tu jest ich dom. W wielkim foyer trwa wielki jarmark. Masę stoisk z naklejkami, płytami, herbatami, bio-żarciem, i nie wiem, z czym jeszcze. Pośrodku - koncert. Nie mamy czasu. Czekają na nas. Przedzieramy się przez tłum. Jest Alice i Steve. Idziemy na podwórko, gdzie stoi sporo food trucków jeden koło drugiego. Tu hamburgery, tam chińszczyzna, w innym hinduszczyzna, obok spaghetti i lasagne, do wyboru, do koloru. Ale Steve mówi, że w sumie zna lepsze miejsce. Niezwykłe, bo zabytkowe. Super lokal. Idziemy tam coraz bardziej głodni. Okazuje się, że w lokalu sprzedają alkohol, więc nie wpuszczają młodzieży do 21 lat.<br />To Jasiu zostanie z Alice na zewnątrz, a wy przynajmniej wejdźcie popatrzeć - mówi Steve. Wchodzimy. Nie wygląda na tanio. Pośrodku lokalu rośnie wielkie drzewo. Lokal zbudowano wokół tego drzewa, nie naruszając go. Design trochę a la lata dwudzieste - myślę. Steve mówi, że to właśnie są lata dwudzieste, bo z tego czasu jest ten lokal i nic się podobno od tego czasu w nim nie zmieniło. OK, super. Burczy w brzuchu. Idziemy do food trucka, ale innego, ponoć lepszego niż tamte.<br />Polecany food truck prowadzą dwie czarnoskóre kobiety. Jedna wygląda na temperamentną, myślę, że jak trzeba, potrafi przywalić. Kolejka. Starszy człowiek prosi o drobne na jedzenie. Mówi, że jest koszmarnie głodny.<br />Nie dawajcie mu. Przed chwilą ten pan chciał mu kupić jedzenie. Powiedział, kupię ci co zechcesz, ale pieniędzy ci nie dam. I nie chciał - ostrzegają nas.<br />Ten pan jest w białej koszuli i czarnych spodniach. Wygląda, jakby wyskoczył na chwilę z przeszklonego biurowca.<br />Przed samym nosem przejeżdżają przede mną na deskorolkach. Jakiś tata prowadzi malucha, może trzyletniego, jadącego na deskorolce.<br />Zamawiamy meksykańskie burrita i tortille. Joanna przypomina o napiwkach. Tak, w food truckach też trzeba. 15-20 procent. Nie ma zmiłuj.</p><p>Czekamy z 20 minut. Jemy na ulicy, opierając się o wystawy sklepowe. Nie potrafię powiedzieć, czy było tak smaczne dlatego, że to najlepszy food truck w LA, czy że byliśmy tak strasznie głodni.</p><p>Potem Alice i Steve prowadzą nas do niesamowitego miejsca. Stwierdzili, że na pewno mi się spodoba. Bo to gigantyczna księgarnia, czynna do późnej nocy, a może i do rana. Nigdy jeszcze nie byłem w tak wielkiej księgarni. Jest jednopiętrowa, ale to ogromne piętra. Labirynty półek z książkami i płytami. Sporo winyli. Pewnie mógłbym tu spędzić parę godzin na samym przeglądaniu, co gdzie jest, ale tak się nie da. Więc przypadkowo, trochę tu, trochę tam, na wyrywki. Trafiam do obszaru, gdzie jest masę książek historycznych o całym świecie. Szukam, co jest o Polsce. W końcu po dłuższych poszukiwaniach (nie jest alfabetycznie) obok całego regału rosyjskiego znajduję dwie półki z historią wschodniej Europy. Parę książek o Czechach, trzy książki o Bułgarii, parę o Węgrzech, o Rumunii. Na samym, samiutkim końcu znajduję jedną, jedyną książkę o Polsce. Adama Zamoyskiego przelotka przez tysiąc lat historii Polski. To wszystko. Hm. Dziwne.<br />Kupuję nową poezję amerykańską. Z powrotem zanurzamy się w niesamowitych ulicach downtown. Postanawiamy kupić sobie kawę, Jasiowi szejka i po prostu pogapić się na ludzi. </p><p>Młody facet z dużym dekoltem staje przed nami i nawija coś bardzo szybko. Kompletnie nic nie rozumiem. Potem odstawia dla nas krótki taniec i odchodzi. Po nim podchodzi bardzo wysoki czarnoskóry w eleganckiej koszuli, w muszce. Wygląda jakby się urwał z filmu gangsterskiego o bardzo eleganckich i wyrafinowanych gangsterach. Pochyla się nade mną, pyta o papierosa. Pyta, skąd jesteśmy, przedstawia się. Mówi, że jeździ tu uberem i czeka właśnie. Kawę sobie popija, tradycyjnie, po amerykańsku, z wielkiego kubka. Papierosa ćmi. Jest najwyższy na tej ulicy. I najbardziej elegancki.</p><p>Mógłbym tak opisywać każdego przechodzącego przed nami człowieka. To było strasznie ciekawe wszystko.</p><p>Zmęczeni, padnięci, jak po niesamowitej podróży, bardzo późno wracamy do spokojnego, zacisznego Culver.</p> Santa Monica http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5635.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5635.html Fri, 21 Jul 2017 22:00:00 +0000 - To dla mnie ważna chwila - powiedziała Joanna, kiedy postawiła przede mną filiżankę z kawą. - To jest filiżanka Jana Kotta.<br />Prawie się zakrztusiłem.<br />- Jak to Jana Kotta?<br />Jeździłam do niego i dostałam część rzeczy po nim. I teraz ty z niej pijesz.<br />Nie wiedziałem, że on tu mieszkał. Mieszkał w Los Angeles?<br />W Santa Monica.<br />No i właśnie jesteśmy w Santa Monica. Parę wieżowców, ale nie takich wysokich. Nie ma tu wysokich, bo to rejon trzęsień ziemi. Palmy na ładnie przystrzyżonych trawnikach. Jasne słońce. Idziemy na plażę. Po raz ostatni przed wyjazdem na pustynię, idziemy na plażę.<br />Widać duży szacunek do drzew. Płotki, chodniki, ścieżki omijają drzewa. Drzewa są wszędzie, również między ulicą i chodnikiem w centrum.<br />Ludzie są swobodni. Znacznie swobodniejsi niż u nas. Nikomu nic do tego, jak kto się ubiera, co nosi i co robi na chodniku. Rób, co chcesz, tylko nie rób krzywdy innym.<br />Tuż obok plaży biegnie trzypasmowa ulica z przeszklonym przejściem nadziemnym. Plażę od ulicy odziela ciąg budynków mieszkalnych. Duża skarpa. Bardzo duża. Zastanawiamy się, jak to możliwe, że się nie obsypuje na tę ulicę. Nie ma żadnych zabezpieczeń. <br />Plaża tak szeroka jak w Venice, ale to pierwsza plaża tutaj, która jest zatłoczona. Nie tak, że ciało przy ciele, ale jak na tutejsze warunki i jak na amerykańską potrzebę prywatności, są dość blisko jeden drugiego. <br />Rozkładamy się. Piasek, długo niegłęboko, woda ciepła, spokojnie. Cudownie, cudownie. Jaś idzie pływać, Joanna zostaje z nim. A ja z Darkiem idę na długi spacer wzdłuż plaży. Oglądamy malusieńkie kraby, mewy, ale najciekawsi są ludzie. Ich różnorodność. Różnorodność kolorów skóry, rysów twarzy, wieku. Ludzie osiemdziesięcioletni są tutaj normalnie aktywni. Bez problemu rozbierają się na plaży do kostiumu, do kąpielówek. Mam wrażenie, że poziom tolerancji dla własnego i cudzego wyglądu jest tu dużo, dużo większy. I, jeszcze bardziej niż na ulicy, dla ludzkich zachowań. Ludzie sobie tańczą, ćwiczą jogę, śpiewają.<br />Kładę się na wodzie, przy samym brzegu, unoszony falami. Ciepłe, lekko chłodne od dołu, gorące od góry. Zastygam potem, siedząc w tych rytmicznie liżących mnie falach na nie wiem, jak długo. Być może to jest właśnie ta słynna medytacja... Santa Barbara http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5577.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5577.html Thu, 20 Jul 2017 22:00:00 +0000 <p>Na molo w Santa Barbara można wjechać samochodem pod sam jego koniec, przed sam ocean. Nie ma barierek. Gdyby ktoś się po prostu nie zatrzymał, nie poczułby żadnego oporu. Chciałeś się utopić, twój problem. Zaparkować nie ma gdzie, wszystko zajęte, więc łatwo się zdenerwować i chlupnąć.<br />W miasteczku wszystko białe. Wszystkie budynki są białe. Tak jak budynek dawnej misji świętej Barbary. Nieskalana biel. Biel dobrze dobrana. Ani jeden budynek się nie wyłamuje. Biel i zieleń drzew, brązowo-siwe pnie palm, brązowe, drewniane molo, piaszczysta plaża i biel jachtów - to kolory Santa Barbary. I żółty kabriolet, który powoli jedzie przez molo, w którym siedzi Brad Pitt. Słowo daję, Brad Pitt. Z jakimś kolegą. Obaj uśmiechnięci, wiedzą, że są na widoku. Obaj w marynarskich, białych czapeczkach.</p><p>- Naprawdę? To był Brad Pitt? - pyta Darek. - Ja patrzyłem tylko na ten żółty kabriolet, nie zwróciłem uwagi, kto tam siedzi.</p><p>- Naprawdę? Brad Pitt? A jaką miał bródkę? - wypytuje Jasiek. </p><p>Dużo ich tu mieszka, tych hollywoodzkich bogów, w Santa Barbara. Gdzieś tu była willa Michaela Jacksona. Blisko LA, blisko wytwórni Capitol, blisko Hollywod, blisko do pracy. Góry i ocean. Trochę jak połączenie Ustronia i Ustki. Albo raczej Zakopanego i Ustki, bo góry wyższe. Dużo plaż jest zamkniętych dla ogółu. Są prywatne. Należą do rezydencji. Podobnie te góry. Wspinanie się grozi natknięciem się na ogrodzenie i tabliczki: Private property. No trespassing. I to jest ta różnica.</p><p>Przed wejściem na molo boisko do siatkówki. Na skraju plaży niezwykła rzeźba z piasku. Amerykański żołnierz klęczy przy leżącym, rannym koledze. Leżący trzyma w dłoni małą flagę państwową. Obok rzeźby siedzi na krzesełku mężczyzna. Ludzie przechodzą, zerkają, fotografują. Mężczyzna lekko się uśmiecha.<br />Na molo dużo wędkarzy, kobiety i mężczyźni w różnym wieku, ale przeważnie o azjatyckiej urodzie, ciekawe.<br />Wbrew temu, czego spodziewałem się po Santa Barbara, nie mam wrażenia luksusu. Bardziej luksusowo wygląda chyba molo w Sopocie. Łowią, dowcipkują, spacerują, palą papierosy w miejscach wyznaczonych do palenia, piją piwo, bo pod koniec mola, przy parkingu jest knajpka piwna z ogródkiem. Piwo w normalnej cenie, ale nie kupujemy, bo kolejka i nie chce się nam czekać. Łazimy za to długo po sklepiku z pamiątkami. Dużo kalifornijskich tablic rejestracyjnych do kupienia na pamiątkę, mnóstwo magnesów na lodówkę, zabawne kartki pocztowe i maszyna Zoltar do wróżenia za pieniądze.Patrzymy na ocean i myślę sobie, że gdyby tak płynąć prosto przed siebie, to dopłynęłoby się po długim czasie do Japonii, chyba że udałoby się po drodze trafić na Hawaje, i to jest dziwne uczucie.</p> Solvang http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5551.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5551.html Wed, 19 Jul 2017 22:00:00 +0000 <p>Amerykańskie rodziny przechadzają się wśród słodko duńskich domków. Wszystko to przesadzone, przesłodzone, jak w Disneylandzie. Gdyby w Disneylandzie istniało duńskie miasteczko, wyglądałoby jak Solvang. Śliczne to wszystko, zadbaniutkie. Domek z pamiątkami, domek z ciasteczkami, domek z pamiątkami, domek z ciasteczkami i wiking z plastiku przed sklepem, i wiatrak. Taki duński skansen w sam raz na wypad w wolne popołudnie. W sam raz na spacer zadbaną uliczką pomiędzy domami w kratkę, z dużymi lodami w ręku. A na ryneczku koncert. Tradycyjnie, jak to w Stanach, dwójka ludzi gra na gitarach i śpiewa. Zemsta Dylana. Wszędzie dylanopodobne muzykowanie. Pomnik Andersena. Poczet królów duńskich.<br />Solvang zbudowane zostało przez duńskich pionierów w czasach zdobywania Dzikiego Zachodu. I z duńskości dziś miasteczko czerpie profity. Specjalizują się tu w ciasteczkach. Różne amerykańskie miasteczka w różnych rzeczach się specjalizują. A to mają najlepsze taco, a to najlepszą pizzę, a to potrawy z grochu. Wtedy w całym miasteczku rozkwitają sklepiki z danym produktem, o którym w każdym przewodniku piszą, że jest specjalnością miasteczka i wieść się niesie. I każdy kto przyjedzie do Solvang, musi kupić ciasteczka. No jak nie kupić, skoro to tutejsza specjalność?<br />Kupiliśmy z dodatkiem wielkiej kawy. Smaczne.</p><p> Kiedy wyjeżdżamy z Solvang, natrafiamy na zamkniętą drogę. Jest zamknięta, bo jest impreza. Rodeo. Nieduże to rodeo. Pllacyk wielkości połowy boiska piłkarskiego. Jeźdżcy przgotowani. W kowbojskich strojach. Ludzi na widowni tyle, co u nas na meczu okręgówki. Postanawiamy zobaczyć. Wysiadamy z auta i idziemy do wejścia. Wejście zamknięte niskim płotkiem. Łatwo przez niego przejść. Zastanawiam się z Jasiem, czy przejść. I wtedy widzę starego kowboja. Ma skórzane nakładki na nogawki spodni, ma broń za pasem, ma kapelusz, ma wszystko, co powinien mieć kowboj. I wygląda kowbojsko. Widzę, ze patrzy na nas i mówię Jasiowi, że wracamy.</p><p>Kiedy wracamy, powoli podjeżdża do nas na koniu.</p><p>- W czymś wam mogę pomóc?</p><p>- Chcieliśmy na rodeo.</p><p>- To prywatny teren i prywatne rodeo.</p><p>- Ok, nie wiedzieliśmy.</p><p>- W porządku.</p><p>- Ale drogą publiczną nie możemy przejechać?</p><p>- Nie. Zamknięta, bo rodeo.</p><p>Jedziemy dookoła. Mijamy prywatne rancza, prywatne pola golfowe, prywatne pola i prywatne gołe ziemie nieużywane. Wyjdziesz z samochodu, zrobisz pięć kroków od drogi w bok, albo i dwa kroki i prywatne. Ale bardzo ładne te prywatne krajobrazy.</p><p>W drodze powrotnej wstępujemy coś zjeść obiadowego, bo w Solvang drogo. Hamburgerownia. Bardzo smakowite i fajnie przyrządzone hamburgery, ale rachunek mnie zaskakuje.</p><p>- Jak to? Czemu tak dużo? - pokazuję na cenę w menu.</p><p>No tak. Zapomniałem! Do ceny podanej w menu trzeba sobie doliczyć podatek, który jest różny i nie wiem, od czego zależy. Oraz do ceny w menu trzeba sobie doliczyć napiwek. Napiwek dają wszyscy. Daje się napiwek. Nie można w zasadzie nie dać napiwku. W rachunku podają napiwek sugerowany. Minimum dziesięć procent, a normalny napiwek to dwadzieścia procent ceny.</p><p>- A frytki? Nie zamawiałęm frytek. Myślałem, że były w cenie.</p><p>- Niestety, nie były w cenie.</p><p>Pytał, czy chcę frytki i nie zrozumiałem i zamówiłem niechcący. </p><p>I nagle cena dwóch hamburgerów rośnie do dwudziestu dolarów. Masakra. No przynajmiej smaczne. Nie to, co w MacDonaldzie.</p><p>MacDonaldów widzimy mało, bardzo mało, nieporównywalnie mniej niż w Polsce. McDonald w Stanach to jadłodajnia dla ubogich. W Macu na wjeździe do LA od strony Santa Monica jest brudno i niechlujnie, a w ubikacji dramat! Za to jest dużo taniej. </p> Monty Roberts Ranczo http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5482.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5482.html Mon, 17 Jul 2017 22:00:00 +0000 Brama. Naciskamy dzwonek. Otwiera się bez pytań. Długą aleją dojeżdżamy na parking przed ranczem.<br />To jest Pat, żona Montiego - szepcze Jasiu.<br />Pat wita nas serdecznie, zaprasza do środka. Trzeba wypełnić oświadczenia, że wchodzimy na własne ryzyko i jak na koń kopnie albo coś, to nie będziemy zgłaszać pretensji. Nie ma żadnych opłat. Jesteśmy gośćmi rancza.<br />Jest duże i bardzo zadbane. Pośrodku kącik palacza - smoking corral. Dookoła stajnie. Słynny Shyboy - tytułowy bohater jednej z książek Robertsa, ma boks specjalnie oznaczony. Oglądamy basenik do mycia koni. Akurat jeden się myje. U nas takich nie ma.<br />W małej ujeżdżalni mały Meksykanin ujeżdża dzikiego mustanga. I tu jest ta zmiana. Amerykańska tradycja ujeżdżania mustangów to łamanie konia. System kar i represji, oparty na przemocy. Stary system, który swego czasu również w Europie stosowano do wszystkiego, także do dzieci i do kobiet. Monty Roberts opracował własną metodę oswajania, ujeżdżania dzikiego konia bez przemocy, poprzez porozumienie z koniem, przyswojenie jego języka, jego sposobu komunikacji i jego reguł postępowania.<br />Obserwujemy, jak mały Meksykanin powoli podchodzi do konia, głaszcze go. Koń wyrywa się, wyskakuje w górę, próbuje doskoczyć do nas kopytami. Fascynujący spektakl, ale długotrwały.<br />Podglądamy kursantów, którzy akurat mają tu dziś zajęcia. Rozmawiamy z paniami przy siodłach. Mówią, że Monty Roberts właśnie zaczyna lekcję, możemy tam iść.<br />I rzeczywiście. W osobnej ujeżdżalni odbywa się seans samego mistrza. Wchodzimy po cichu. Starszy pan tłumaczy nam szeptem, że to trzeci seans z tym koniem, a na trzecim seansie odbywa się zakładanie siodła.<br />Monty mówi do konia, ale też rozmawia z nami. Chodząc wokół konia, mówi spokojnie do nas. Pyta, skąd jesteśmy. Mówi, że był w Warszawie.<br />Wyobrażam sobie, że Jasiu może czuć coś takiego, jak ja bym czuł w wieku piętnastu lat, gdyby zmaterializował się przede mną Winnetou i Old Shatterhand.<br />Przez godzinę oglądamy w ciszy i skupieniu seans siodłania dzikiego konia. Jasiek zafascynowany, Darek i ja zaczynamy nieco przysypiać. Seans wygląda zapewne ekscytująco dla znawców i pasjonatów. Zostawiam więc Jasia i wymykam się po cichu do smoking corral, a potem siadam przed wejściem.<br />Wszystko ok? - pyta mężczyzna, jak się okazuje, pracownik rancza. Często tu słyszę to pytanie, czy wszystko ok. Bo jest gorąco, bo można zasłabnąć, bo ludzie są różni etc.<br />Tak, dziękuję. A można tu gdzieś kupić kawę? - pytam, bo czuję, jak przysypiam.<br />Kupić nie, ale zapraszam tutaj.<br />Wchodzę do biura rancza, dostaję kubek i mam się sam obsłużyć kawą z dużego ekspresu.<br />No problem - mówi pan.<br />Miło, miło.<br />Jasiek wraca podekscytowany, że Monty Roberts rozmawiał z nim i zaprosił go na kurs, jak będzie starszy, bo kurs tutaj dopiero od 16 lat.<br />Ciągle nie mogę w to uwierzyć - mówi.<br />Chcemy zobaczyć jeszcze tor wyścigowy. Błądzimy. Wjeżdżamy na jakiś teren, między jakieś stajnie, mijamy jakichś ludzi, rodzinę, która macha nam, jedziemy dalej. Stajemy na placyku, łazimy między stajniami i między uprawami winogron, szukając koni i toru.<br />Podchodzi do nas szeroko uśmiechnięta pani.<br />Czy wszystko ok? - pyta.<br />Tak, dziękujemy.<br />A czego szukacie? Bo wjechaliście na teren prywatny. Machaliśmy wam. To nasze ranczo - mówi z życzliwym uśmiechem.<br />Zaczynamy gorąco przepraszać i tłumaczyć się.<br />- Ależ nie ma sprawy. Chciałam pomóc - mówi. Pyta, skąd jesteśmy i oprowadza nas trochę po stajniach. Na koniec machają nam wszyscy serdecznie na pożegnanie. Idylla. Route 101 http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5446.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5446.html Mon, 17 Jul 2017 22:00:00 +0000 To było pragnienie Jasia. Pojechać na ranczo Monty Robertsa. Dwie i pół godziny autostradą na północ od Los Angeles. Monty Roberts to zaklinacz koni. Wydał kilka książek o jeździectwie naturalnym, o ujeżdżaniu dzikich koni bez przemocy. Na całym świecie uczy się jego metody. Od niedawna i w Polsce jest kilkoro instruktorów. Dla koniarzy Monty Roberts to postać legenda. No i on właśnie tu mieszka i tu ma ranczo. Pojechaliśmy.<br />Route 101 biegnie zachodnim wybrzeżem, wzdłuż Pacyfiku.<br />Odcinek Los Angeles - San Francisco jest uznawany za jedną z najpiękniejszych dróg świata - mówi Joanna.<br />Jedziemy wzdłuż tych wszystkich słynnych plaż i miejscowości znanych z amerykańskich seriali. Santa Monica, Santa Barbara, Malibu... To od nazwy tej miejscowości pochodzi drink malibu.<br />W Malibu widzimy samochody surferów, te w których mieszkają i podróżują, szukając długiej fali. I samych surferów, których jest tu mnóstwo, bo fala jest piękna.<br />Z prawej strony - góry, których szczyty są w chmurach, z lewej - ocean, w którym skaczą delfiny. Naprawdę! Widziałem skaczące delfiny! Patrzę w lewo - szczyty w chmurach, w prawo - delifny, w lewo - brązowo-zielono-sepiowe góry, w prawo - błękitny Pacyfik. Niesamowite są te kolory, niespotykane zupełnie w Europie.<br />W oddali, w górach płonie ogień. O tej porze roku zdarzają się pożary. Zdarza się, że dochodzą do domów.<br />Wszystko to dość niesamowite.<p>Przerywam. Padam. Skończę jutro. Chciałem napisać cokolwiek, żeby zachować dyscyplinę i regularność, bo już wiem, że jak nie, to wszystko się to rozlezie. Ale mroczki w oczach.</p> Venice http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5419.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5419.html Sun, 16 Jul 2017 22:00:00 +0000 Miliarder Kinney zamiast jeździć do Wenecji, postanowił ją zbudować. W 1905 roku dewelopper, Abbot Kinney otworzył nową Wenecję, miasteczko nad oceanem, tuż przy Los Angeles. Z kanałami, gondolami, z piękną plażą oraz licznymi atrakcjami typu Latający Cyrk, które miały ściągnąć tu ludzi z LA. Po wojnie Venice przyłączono do Los Angeles. Część zamulających się kanałów zasypano. Gondole były ponoć jeszcze niedawno. Ale Venice zasłynęła nie z tego, czego spodziewałby się jej twórca. Posyła się w świat coś, co potem żyje własnym życiem. Legendę Venice Beach stworzyli hippisi. Stała się miejscem dzieci-kwiatów i do dzisiaj żyje w tej aurze.<br /><p>Na tej plaży spotkali się Ray Manzarek i Jim Morrison i tu odbył się sławetny dialog: - Załóżmy grupę, która podbije cały świat.<br />Tu tworzyli pierwsze kawałki i tu dali pierwszy koncert.<br />Z pewnym nabożeństwem więc na tę plażę wstępowałem. Jest szeroka. Piaszczysta. Zero glonów. Łagodniejsze fale niż w Lagunie, ale i tak mocno kołyszą, i w ogóle przyjemniej. Jasiek zachwycony, że to najlepsza plaża, na jakiej był. Dotarliśmy tu wieczorem, ale woda nadal ciepła. Obok nas bawią się punkowcy, dwaj chłopcy i dziewczyna, odważnie ubrani. Kąpią się w tych ubraniach. Czuć zapach marihuany. Można ją też tu kupić w sklepie. Marihuana w Kaliforni jest legalna pod warunkiem, że się ją dostało na receptę. W sklepie przyjmuje więc lekarz, który bada i przepisuje recepty do realizacji na miejscu. Na plaży jest więc pełno kurujących się chorych. Po zachodzie słońca ratownik jeździ quadem i informuje wszystkich grzecznie, że plaża pozostaje bez opieki i dalej zostajemy na własne ryzyko. Żadnych uwag, komentarzy, wypędzania z wody. Grzeczna informacja. Idziemy na spacer aleją wzdłuż plaży. Mnóstwo deskorolkowców, boiska do gry we wszystko, masę klasycznie nadmorskich sklepików, restauracji, barów. Słynny tu placyk ze sprzętem do ćwiczeń. Nie pamiętam z czego jest słynny, pewnie, że jakieś gwiazdy go odwiedzają. W Venice nad kanałami mieszka Julia Roberts, Nicolas Cage i wielu innych aktorów hollywoodzkich. Domy są bardzo blisko kanałów, chodniczki przebiegają między kanałem a domami. Holenderskim zwyczajem w domach nie ma firanek, więc pokoje wychodzące na chodnik to pokoje wystawowe. Szczególnie wieczorem przechodzi się, jak obok akwariów i wypatruje się rybek.<br />Jemy u Hindusa. Hindus w turbanie. Sikh. Śmieje się, żartuje. Robi pyszne samosy, które dostajemy na przekąskę w gratisie. Pyta, skąd jesteśmy. Polska? Kojarzy. Był kiedyś w Niemczech. W korytarzyku na ławeczce szamamy pyszne hinduskie potrawki za parę dolarów i wracamy jeszcze pochodzić bo bulwarze Venice, gdzie zaczyna się nocne życie. Jesteśmy trochę padnięci. Poza tym nie wpuszczą nas z Jasiem do żadnego miejsca, w którym sprzedaje się alkohol, a o tej porze głównie takie miejsca są tu otwarte. Amerykanie są tu diabelnie restrykcyjni. Jeśli to bar z alkoholem, to nie wejdziesz, dopóki nie skończyłeś 21 lat. Jeśli wejdziesz i cię nie wyrzucą od razu, ktoś doniesie i bar straci licencję.<br />Są na to bardzo wrażliwi. W sklepie, w hipermarkecie Walmart robiliśmy duże zakupy. Kupiliśmy m.in. wino i zgrzewkę piwa. Jasiek wykładał zakupy na ladę przy kasie. Kiedy wyłożył piwo, kasjerka przestała kasować, spojrzała na niego:<br />Chłopcze, ile ty masz lat?<br />On jest ze mną - mówię.<br />Nieważne - mówi kasjerka. - Dotknął piwa.<br />Okazało się, że przed ukończeniem 21 lat nie wolno nawet dotknąć publicznie alkoholu, nawet w hipermarkecie przy wykładaniu zakupów. Nie wolno i już. Grozi to wezwaniem ochrony i kłopotami. Po grubych tłumaczeniach i przeprosinach, kasjerka puszcza nas.<br />- Gdybyście byli czarni, nie skończyłoby się tak łatwo - mówi Joanna, która tu mieszka od lat. - Wiem, co mówię. I już nieraz widziałam.</p> LACMA http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5388.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5388.html Thu, 13 Jul 2017 22:00:00 +0000 Dzielnica etiopska pełna jest pozamykanych etiopskich restauracji w kolorach rasta. Miasto żyje, modne miejsca się zmieniają życie się przenosi, potrzeba zmiany. Ludzie przestali tłumnie odwiedzać etiopskie kafejki, lokale, sklepiki. Za to ożywiło się pustawe jeszcze niedawno downtown, dzielnica biurowców. Ale o downtown innym razem. Bo teraz jedziemy z Culver przez Małą Etiopię do LACMA, Los Angeles County Museum of Art. LACMA geograficznie jest w środku Los Angeles. To pokaźny kompleks połączonych ze sobą kilkupiętrowych budynków. Oczywiście niemożliwością jest zwiedzić je całe za jednym razem. Trzeba wybierać i w dużej mierze zdać się na los. Percepcja jest ograniczona. Po dwóch godzinach choćby i największe arcydzieła przestają wchodzić. A odhaczanie nie ma sensu. Moja metoda polega na długim trwaniu. Lubię zatrzymać się przed czymś i trwać. Lubię, jak prowadzi los i intuicja. Nie idę więc na lep wielkich nazwisk i arcydzieł. Trafiam do części pogardzanej - sztuka amerykańska od początków brytyjskiej kolonizacji. Nieznane obrazy i nazwiska. Słabe naśladownictwa sztuki europejskiej. Ale ciekawe to strasznie. Bo jednak widać te amerykańskie rodziny, te salony u swoich początków, jeszcze w zasadzie nieamerykańskie, jeszcze europejskie salony na innym kontynencie. I jak to się zmienia z dziesięciolecia na dziesięciolecie, jak nabiera powoli własnego charakteru, jak się zaczyna różnić, jak miejsce oddziałuje, przestrzeń, ludy, które tu mieszkały i ich sztuka, te miliony ludzi z Afryki, które tu przywieziono, jak wszystko zaczyna na siebie oddziaływać, łączyć się, miksować i tworzyć coś nowego, zupełnie innego od europejskiej sztuki, europejskiego myślenia, europejskich wyobrażeń.<br />Nie warto wpatrywać się w to tak długo - mówi Joanna. - Dalej są dużo bardziej wartościowe rzeczy.<br />Dalej jest dwudziestolecie, trzydziestolecie, kryzys, wojna, po wojnie już wyraźnie sztuka amerykańska idzie totalnie swoją drogą, kompletnie inną niż w Europie. No i Andy Warhol. Fotografia przy sławetnej puszce zupy Cambell. I kolekcje. Wszystkie te obrazy, które tu przywieziono, kupiono, te Cezanny, Renoiry, Picassa, La Toury. Fajnie. Pewnie. Fajnie zobaczyć oryginały tych klasycznych arcydzieł. No i współczesna sztuka amerykańska. Bardzo ciekawa. Ale szybko, szybko, bo już nie ma czasu. Muzeum jest gigantyczne. A jak zaczynamy lecieć, to już przestaję zwracać na cokolwiek uwagę tak naprawdę. Fotografuję co ciekawsze, żeby potem zgłębić. Jeszcze widok na LA z tarasu muzeum. Jeszcze oglądamy przy muzeum bardzo ciekawą rzecz, czyli wypływającą spod ziemi smołę, cuchnącą smołą smołę. Wypływają źródełka, bulgocą. Zostało smoliste jeziorko, w którym odnaleziono szczątki mamutów.<br />Jedziemy do galerii Krakart, gdzie mamy mieć występ 28 lipca. Darek i Joanna długo oglądają przestrzeń. Janek znudzony idzie na spacer. Nie ma go i nie ma. Cholera! Zgubiłem dziecko w Los Angeles! Czuję powiew paniki. I wtedy wraca Jasiek z wielkim jogurtem.<br />Tam jest super sklep! - mówi zadowolony. - Zamrożone jogurty w różnych smakach i z różnymi dodatkami. Sam sobie nakładasz, jakie chcesz. Tylko cztery dolary.<br />I sam się obsłużyłeś i kupiłeś?<br />No.<br />Dziecko mi się usamodzielnia w Ameryce. No tak. Laguna Beach. Culver City http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5362.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5362.html Wed, 12 Jul 2017 22:00:00 +0000 Laguna to plaża i miejscowość przy plaży, część metropolii LA. Jeśli ktoś marzy o kalifornijskiej plaży, to to jest spełnienie. Czyściutko, schludnie. Na nabrzeżu, przy wąskiej uliczce, wśród zieleni luksusowe wille. W ogóle reguła jest taka, że im bogatsze, im bardziej luksusowe miasto, miasteczko, tym więcej zieleni, tym więcej drzew, im biedniejsze, tym mniej. Bujne drzewa i trawniki Laguny dobrze pasują do luksusowych samochodów zaparkowanych w miłym cieniu, przy plaży. Obrazu dopełniają imponujące, wysokie palmy o długich gołych pniach i kępce liści w górze, jak z obrazków. Wśród zieleni wiją się ładne chodniki, co jakiś czas czyste toalety publiczne, placyki zabaw dla dzieci, zadaszone punkty widokowe. Leżąc na piasku pod skałkami stwierdziliśmy, że do Laguna Beach najlepiej pasuje zespół Kombi, który Darek niezwłocznie odtworzył z komórki. Tradycyjnie, jak na wszystkich tutejszych plażach, tłumu nie ma, a ludzie usadawiają się jeden od drugiego w odległości co najmniej dwudziestu metrów. Woda ciepła. Sporo wodorostów plącze się między nogami. Dzieci się pluskają przy brzegu. Największą atrakcją są fale. Nie doceniliśmy ich siły. Sponiewierały mnie i Jasia, poszorowaliśmy po dnie. Pierwszy raz przeżyłem rzucenie falą o dno. Strach, jak sobie wyobraziłem, że bylibyśmy bliżej skał. Człowiek się uczy całe życie.<br /><p>Artur, czy tobie dużo potrzeba do szczęścia? - pyta Darek, kiedy, słuchając szumu oceanu oraz zespołu Kombi leżymy sobie w LA-słoneczku, po meksykańskim piwie.<br />Kawałek dalej na plaży - ratownicy, boiska do gry w kosza i w siatkówkę, punkty gastronomiczne W miasteczku - sklepy i sklepiki. Pamiątki znad morza takie same jak w Ustce. Nawet widokówki podobne. Robi na nas wrażenie nadmorska galeria z cudownie kiczowatymi obrazami morskich stworzeń, pośród których pływają animowane postacie z Disneya.<br />W restauracji spotkanie z dziewczyną z Iranu. Mieszka tu i pracuje od kilku lat. Wygrała zieloną kartę. Łatwo nie jest, ale sobie radzi. Zaczyna od tematu polskich emigrantów Iranie w latach 40 dwudziestego wieku. Mówię, że przypadkowo znam temat, gdyż właśnie o nim piszę i właśnie w grudniu w tym celu byłem w Teheranie. No proszę, proszę. Gadamy trochę o polityce, jedząc spaghetti. Nie, to nie Iran jest na drugim biegunie świata. Na drugim biegunie świata jest Burkina Faso.<br />No i mam okazję poszpanować irańskimi słówkami, jedząc włoskie spaghetti w kalifornijskim nadmorskim miasteczku.</p><p>Nocą wjeżdżamy do Los Angeles.</p><p>W zasadzie są dwa Los Angeles. Pierwsze jest małe, właściwie, miasto Los Angeles, 4 miiony mieszkańców. Drugie to metropolia, którą też się nazywa tą nazwą. W skład metropolii LA wchodzi m.in. Laguna i wiele innych. Metropolia liczy 11 milionów mieszkańców.</p><p>Tymczasem wjeżdżamy do małego, czteromilionowego LA. Wąskie uliczki, niskie budynki, morze jednorodzinnych domów. Żadnego wrażenia wielkiego miasta. Raczej połączone w jedno przedmieścia.</p><p>Mieszkamy w Culver City. To dzielnica studiów filmowych. Tu mają swoje siedziby MGM, Universal, Sony i inne. Konkretnie mamy mieszkanko przy ul. Keystone. Od tej ulicy wzięło swoją nazwę Keystone Studio, które produkowało pierwsze filmy Chaplina. Długo szukamy adresu, bo gps wariuje. Spokojnie, pusto o tej porze. Wszędzie trawniki, drzewa. Jest! Wejście na podwórko przyozdobione amerykańską flagą. Na podwórzu stół, krzesełka, jakieś stare coś. Jest tu chyba kilkanaście małych mieszkań. Po schodkach wchodzimy na górę do naszego. Moskitierowe siatki na drzwiach. Słychać telewizory z mieszkań. Niektórzy mają otwarte całkiem drzwi i tylko siatki. Jest gorąco i duszno. Po wejściu od razu włączamy wentylatory i nawiew.</p> Morongo. Orange County http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5337.html http://www.arturpalyga.blog.bielsko.pl/blog_news,5337.html Tue, 11 Jul 2017 22:00:00 +0000 W połowie drogi między Yucca Valley a Los Angeles zatrzymujemy się na stacji benzynowej. To duża stacja obrośnięta restauracjami, barami, sklepami, w tym obowiązkowo - starbucks i taco bell. Całość należy do Indian. Pośrodku stoi budynek zarządu autonomicznego terytorium Indian Morongo. Kawałek obok - wysoki budynek kasyna. W całych Stanach w ramach rekompensaty za wszystko, Indianie na preferencyjnych warunkach prowadzą kasyna gry. Pieniądze z kasyna idą na utrzymanie rezerwatu. Dyskretnie rozglądam się za czerwonoskórymi wojownikami, ale może śpią w tym upale, w swoich wigwamach. Powietrze drży od gorąca. Na horyzoncie wysokie góry, z dominującym szczytem San Jacinto, na którym byliśmy wczoraj.<p>Orange County to zakątek republikanina. Republikańska oaza pod Los Angeles. Do LA jedzie się stąd autostradą (pięć do ośmiu pasów ruchu w każdym kierunku) półtorej godziny (jeśli nie ma korków większych niż zwykle) i sporo ludzi codziennie dojeżdża tak do pracy. Wstaje się o szóstej, o siódmej się wyjeżdża, żeby na dziewiątą zdążyć do pracy. Jest spory problem z parkowaniem w LA, więc jak się nie ma opracowanego sposobu, tajnego miejsca etc. warto wyjechać jeszcze wcześniej. Do czasu pracy nie jest wliczana obowiązkowa przerwa na lunch, więc kończy się, jeżeli praca trwa przepisowe osiem godzin plus przerwa, o osiemnastej i o dwudziestej jest się w domu.<br />W Orange przystanek w Starbukcs Cofee. Kawiarnie starbukcsa to przypadek zwycięskiej korporacji. Sieć starbucks jest wszędzie. Ludzie nie pamiętają, czy starbaksy rozpowszechniły się tak, dlatego, że brakowało innych kawiarni i korporacja wyczuła lukę, czy też dlatego nie ma innych kawiarni, bo starbaks je wykosił. Faktem jest, że, jak mówią, trudno znaleźć inną kawiarnię, gdzie chce się spożyć kawę i ciastko i posiedzieć, jak w kawiarni. Do starbaksa przychodzi się trochę jak do świetlicy osiedlowej, posiedzieć, pogawędzić z sąsiadami, poczytać gazety. Nauczycielka opowiada mi, że dzieci w szkole dają jej zamiast kwiatów, karty promocyjne do starbaksa. A promocje są warte tego, żeby z nich korzystać.<br />Brama jak na strzeżone osiedle. Dzwonimy. Wpuszczają. Tylko, że to strzeżone osiedle jest wielkości małego miasteczka. A każdy domek w Polsce uchodziłby za zamożny lub bardzo zamożny. No i oczywiście te równiutko przystrzyżone trawniki. Na domu, do którego wchodzimy, nad drzwiami wisi flaga Marines. Mieszkają tu ludzie, którzy przed laty wyjechali z Bielska-Białej. Niedawno najmłodszy ich syn, osiemnastolatek zaskoczył rodzinę informacją, że dostał się do szkoły kadetów Marines. Najpierw szok i niedowierzanie, potem jednak duma i radość. Szkoła Marines to bardzo dobre wykształcenie, prestiż i pewność zatrudnienia dożywotnio.<br />Wnętrze domu takie, jakie odwiedzałem w Teksasie, ze scianami pokrytymi fotografiami rodziny, z dużą przestrzenią nie podzieloną na pokoje, z tarasem z tyłu domu. Rozmawiamy o naszej podróży, trochę o Bielsku. Najmłodsze pokolenie nie mówi już po polsku w ogóle. Jemy słodkie amerykańskie ciasto, palimy papierosy na tarasie. Tak, pali się, pali, tylko papierosy w Kaliforni są trzykrotnie droższe niż w Chicago - mówi młody.<br />Miłe pożegnanie i wyruszamy do Laguna Beach, w stronę LA.</p>